Adwent z Arkiem

Dziś mija miesiąc – a ja wciąż zbieram wspomnienia, żeby pożegnać Przyjaciela, Sąsiada, a z Nim część mojego bogoryjskiego dzieciństwa. 1 listopada odszedł od nas nagle Arek Wójtowicz, leśnik, mąż, ojciec, syn, brat, przyjaciel, sąsiad. Był częścią mojej Bogorii na Jędrusiów.

Nie czuć było upływu czasu przy powrotach i rozmowach. Był, po prostu był. Taki Konstans. Zwykle rozmowy z Bliskimi zahaczały i o Niego. Pamięć wspólnych lektur i szczególnego zaznaczania słów, Wąwozu Ognisk i ratunku dla mojej nogi, pogoni ze mną na rękach, rajdowej trasy syrenką na pogotowie. Później traktowanie gipsu, pożyczanie roweru, wyprawy na głębiny, do Złotych Piasków w wąwozie. Wspominki Placu Jerzyka, asfaltu, jazd rowerowych „do zakrętu”. Zabaw w podchody, chowanego, budowania tam na Korzennej, hodowli kijanek, skarbców, zabaw w dom, fortów w górze piasku, wynajdywania kolorowych miedzianych drucików u Pana Tadka. I rozpłaszczanie złotówek na torach. I leżenie z uszami przy nich w oczekiwaniu na echo ciuchci. I nasze domy o siebie wsparte.

I jeszcze kościół, poza tym harcerstwo, wyjazdy na obozy, zbieranie grzybów i jeżyn, śpiewy na placu, papierówki. Wymienianie się psami, kotami, pamiętny królik.

I wspólne dojazdy autobusami do szkoły w Staszowie. I rola w kabarecie, która przyniosła Arkowi przydomek Kamizel. Moje dzieciństwo i wczesna młodość ma także Twoją buzię.

Zamyka się razem z Tobą Arku ta kłódka na bramie, która pokazuje nasze miejsce w Bogorii. Bardzo współczuję Iwonce, Mai, Kubie i Filipowi, Pani Niuni, Elizie, Mateuszowi i Piotrusiowi, Bliskim i Sąsiadom.

Twój Tato, Pan Tadeusz i Dziadkowie, Bliscy i znajomi z naszej ulicy, Remek – powitali Cię w święto. Tylko nam pozostanie zrozumieć.

Adwent z Arkiem.

Tylko czas wyciąga się niemożliwie. Spoczywaj w Pokoju.

O tym, że czuwasz wiem.

Czujemy to wszyscy

#arekwójtowicz #arkadiuszwójtowicz

Święty i zapamiętany stempel pamięci

Cały wczorajszy dzień w obecności Świetego. Tyle pieśni, kazań, czytań, cytatów i głos, za którym tęsknię. I świadomość, że od 1990, gdy byłam w Rzymie przed maturą i dane mi było tam przeżyć Święta Wielkanocne, minęło – mija 30 lat. Życie całe dorosłe. Ten Rzym i Włochy odbijają się we mnie echem od tylu lat. Nikt mi tego nie zabierze. „Tyś dał, tyś wziął – Twoja jest wola i Twoja jest moc”.

Przedziwne i mocne wspomnienie – podczas modlitwy pod Colosseum, gdzie wysportowany i dzielny Papież niósł krzyż i odprawiał Drogę Krzyżową chłonęłam atmosferę i obserwowałam nadlatujące nad Rzym samoloty. Kosmiczne strzeliste życzenie – aby tak kiedyś mieszkać – wypełnia mi się od 20 lat. Mieszkam pod ogromnym lotniskiem i samoloty, które fascynują mnie nadal swoją żelazną gracją są częścią mojego pejzażu horyzontalnego. Pamiętam tamte święta pełne czuwania, śpiewu, czekania, zimno było, my wiecznie zmarznięci i senni, ale szczęśliwi. Czerstwy chleb, konserwy, słoiki, spacery. Czuwający nad nami Śp. Ksiądz Wiesław Gibała. Dowcipny, bezpardonowy, opiekun duchowy. Autokar, dwóch rzadko uśmiechających się kierowców, pakowanie, przemieszczanie – zgrzyt pomiędzy Włochów zachodniością i naszą ubogą raczej wschodniością. I bronienie się językami: francuskim, łaciną i maminym angielskim. I duma. Jesteśmy biedniejsi, ale z Jego narodu. On nasz jest. U Was teraz. Takie uskrzydlenie polskością właśnie. I ta radość podróży. Te place, kościoły, mosty, obrzędy, muzea, galerie. I powroty do salek katechetycznych, gdzie swój dmuchany materac, plecak na stelażu i różowy śpiwór w kremowe kwiaty. Wspólne posiłki przy długich, połączonych stołach w korytarzach. Potęga tych stołów. Naszej radości. A na zdjęciach jesteśmy tacy młodzi, tacy zasłuchani, radośni, szczupli jak modele tamtego czasu w naszych tureckich swetrach, bluzkach, z wypieszczonymi zachodnimi elementami garderoby. Trzymamy się za ramiona z gospodarzami: Nicolettą, Maurizio, Massimo, Asią naszą z włoskim zaśpiewem. Carabinieri, którzy grali na gitarach i śpiewali Margaritę. Uczyli się naszych Litanii śpiewanych, dośpiewywali po swojemu refreny z Taize. Telespazio jak z filmów.

Tych amerykańskich i my pomiędzy tymi antenami – kosmicznie przejęci. I spotkania z rodzinami włoskich znajomych. Przywilej kąpieli. Zapachy ich delikatnych środków myjących, oszałamiających cytrynową trawą i pomarańczami.

Sekrety kuchni. Pasta. Płaskie pizze. Oliwki. Zachwyt cienką jak papier mortadellą z pieprzem. Apetyt na życie. Podziękowania muzyką. Wyśpiewywanie serc. Prywatna audiencja w Castel Gandolfo. Prasowanie najpiękniejszych ubrań bezżelazkowe i sposobem. I dar z żółtym kamieniem siarki, z której ziemi pochodziliśmy. I zdjęcia zamawiane. Losowanie miejsc na nich. Stałam blisko, druga od Niego. Jako wysoka z tyłu. Ten moment wyłączności, gdy zdawaliśmy się tylko my istnieć dla Niego. I ks. Marek, cały w czerni i On cały w bieli w serdecznym uścisku. Zaczepiali o siebie. Papież czarnymi butami, a ks. Marek białą koloratką. Przechodzili w siebie. Dopiero później przypomnieli mi poznany symbol równowagi. Zapamiętany stempel pamięci. To zdjęcie jest ze mną od tylu lat. Przesłania Dni Młodzieży i pielgrzymki oficjalne i transmisje telewizyjne.

A potem rzeka słów wszechogarniających. A ulubione pochodzą z Pieśni o Bogu ukrytym. Dzięki Ewie – Bogdan Łańko, którego cenię od lat i podziwiam przeczytał je na trzy sposoby. Świeca się paliła w oknie. Świat uczestniczył w tym czytaniu dygitalnie, kwarantannowo.

Dziękuję z serca! Łatwiej mi będzie trwać. Bóg zapłać nasz Kochany Święty!

8.

Co to znaczy, że tyle dostrzegam, gdy nic nie widzę,

kiedy już poza horyzont ostatni osunął się ptak

kiedy fala w szkle go ukryła – opadłem jeszcze niżej,

zanurzając się razem z ptakiem w nurcie chłodnego szkła.

Im bardziej wzrok natężam, tym widzę mniej,

i woda schylona nad słońcem tym bliższe przynosi odbicie,

im dalszy od słońca oddziela ją cień,

im dalszy cień od słońca oddziela moje życie.

Więc w mroku jest tyle światła,

ile życia w otwartej róży,

ile Boga zstępującego

na brzegi duszy.

9.

Z wolna słowom odbieram blask,

spędzam myśli jak gromadę cieni,

z wolna wszystko napełniam nicością,

która czeka na dzień stworzenia.

To dlatego, by otworzyć przestrzeń

dla wyciągniętych Twych rąk,

to dlatego by przybliżyć wieczność,

w którą byś tchnął.

Nie nasycony jednym dniem stworzenia,

coraz większej pożądam nicości,

aby serce nakłonić do tchnienia

Twojej Miłości.

Zaszczyciliście mnie Swoimi opowieściami o spotkaniach ze Świętym Janem Pawłem II i jeszcze mi poopowiadacie lub napiszecie – tak dobrze jest słuchać. Tyle nas w opowieściach. Czekam

Przy jaźni jaźń

Odbywam podróż w teksty niepublikowane. Historie, które czekają na czytelników. Refleksyjny czas odosobnienia krystalizuje pragnienia.

Milczenie wybrzmiało. Czasami zdarzało mi się mówić obrazami na Instagramie. To miejsce jest bardziej moje. Poczytałam dialog SMSów z przyjaciółmi. Nasze przezbywania naznaczone charakterem każdego z nas. Nawet w pisaniu lakonicznym jesteśmy sobą. W kropkach, wykrzyknikach, mordkach. Nie pisujemy często w grupie. Panie się wycofały, kiedyś pisały więcej. Ale gdy już piszemy tworzymy swoją własną powieść. Prywatną literaturę.

Inaczej z Wami pisze się indywidualnie. Dialogowe powieści w przepastnej pamięci iPhonicznej. Z ilustracjami. Muzyką. Nagraniami. Na kilku kanałach. Wolicie tak pisać niż komentować tu, czy na Kotowie. Zadziwiające ilu ścieżek do siebie nam potrzeba. Co noc zasypiam patrząc na regał serdeczny. Korespondencji życiowej. Tej papierowej. Kiedyś dałam jej okładki, oprawy. Wracam do niej, cieszy mądrością archiwum i papierową formą. Pomyślałam sobie, że zachowam od zapomnienia te obrazki przelotne nie zapisane tutaj. Być może sięgniecie po nie Wy. Być może Synowie moi. Gdybym zgubiła telefon i siebie. I nie znalazła kodu do chmury – odejdą. A cieszą i mnie. Szkoda tych koralików wspomnień. Nas szkoda. Tak dobrze, że istnieje przyjaźń. Z całą swą jaźnią co przy.

Las. We Friendship. Tyle znaczeń. Nie było nas – był. Nie będzie nas – pozostanie. Pachnie sosnami, mchem, mydlnicą, macierzanką, dziurawcem. Wspomnieniami. Przyjechaliśmy tu po raz pierwszy blisko dekadę temu dzięki Marcie. I tak Pani Irenka stała się naszą daleką krewną, symbolem Babć i Cioć pozostawionych w stronach rodzinnych. Dom rozbrzmiewał tupotem małych stóp naszych dzieci, zwierzęta były zawsze miłe widziane, różowa kuchnia i jej mały stół zdawały się powiększać w miarę potrzeb. Las rozbrzmiewał naszym śpiewem, rozmowami do świtu. Sosny dotykały niewidocznych w Chicago gwiazd. Wspólne gotowanie, grzybobranie, marynowanie, łowienie ryb – zbliżało nas do siebie jak mało co. Dla każdego z nas Friendship oprócz znaczenia słownikowego ma tę właśnie podszewkę. Z placu zabaw, plaży, pętlowego drzewa na brzegu, kwitnącej na zielono wody, trampoliny, teleskopu, stodoły z kotkami, śpiewu.

I najważniejszy z tych wspomnień jest nasz wspólny czas. Uwaga. Przyjaźń właśnie

Na podorędziu

Oj. Nadciąga. Jak w literaturze. Psychoza. Podszyta strachem. Zrobiłam polskie zapasy. Blokuję umysł przed tumultem myśli. Pomaga modlitwa. Muzyka. Nervina od Bonifratrów nadesłana przez Rodziców. I ten powrót. Do pisania. Słowa dają mi poczucie ogarniania i bezpieczeństwa.

Zgromadziłam przepisy. Połączyłam ogrodowe zioła. Nareszcie zsypane z rozmaitych słoików pomagają pełnią. W herbacie. To jak przytulenie własnego ogrodu. Godzin starań przy plewieniu, suszeniu, rozdrabnianiu, przechowywaniu i teraz ta potrzeba przednówkowa zużycia i podzielenia się. I wiara w to, że pomaga. Łagodnością swojego istnienia. Mój dziki bez sprzed domu; oregano po którym tańczyły pszczoły, mięty serdeczne, melisy rozcierane, tymianek kojący. I wiązówka od Donaty. Przysłana z Polski w reakcji na moje infekcje gardła. Płatki bogoryjskiej róży dla koloru i delikatnego posmaku dzieciństwa. Smakuje. Motywacji udzieliła mi Marynia. Podesłała poniższy link. Okazało się, że większość zbierałam, hodowałam, mam. Powrót do źródeł. Polecam.

Zioła przeciwwirusowe – 12 najsilniej działających naturalnych substancji

Domowa herbata. Koi

Dom okazuje się mruczeć. Ogród czeka na cięcia. Muzyka wydobyta z oddalenia przynosi wspomnienia. To czas rekolekcji myślowych. Czas koronny. Nie chcę nadużywać tego słowa choć tyle kojarzy się ewidentnych spraw.

Widać jak na dłoni co i kto stanowi dla nas priorytet. Amplitudą telefonów, SMSów, połączeń. Po kogo sięgamy. Po co. Kto bliski jest bardziej niż strach i samotność bycia. Kto jest potrzebny. Kto niezbędny. Bądźmy dla siebie. Nawet wirtualnie. Na podorędziu

Drewienko

Mam to drewienko z plaży.

Z farbą z jakiejś łodzi.

I oranż od kajaka, która myśli wodzi ku ufności i trosce.

Błękitu łamaniu. Odległemu w spokoju bujanemu spaniu.

Oddali nie oddalisz.

Nie uśniesz w błękicie.

Zatęsknisz za przestrzenią raz na całe życie.

Nawał kar

Stanął na głowie i skończył się prawie. Inny był. Wyraźniejszy. Mniej szampański, bardziej winny i nalewkowy. Nie uderzał mi do głowy. Raczej izolował.

Weekendy miał bardzo intensywne. Ograniczone wyjazdy. Częste podróże samochodem z głośną muzyką na tropie prac, odwiedzin, zleceń.

Dane mi było zacząć go w doborowym towarzystwie. Być w trakcie na balach jako zaproszony gość zacnych Dam. Ucieszyłam się nimi. Zmogłam z własną wersją odświętną. Mądre naprawianie moich nóg nie wybiło mnie z rytmu, miłosierne przeziębienia pomogły wypocząć.

Poznałam kilka nowych i utalentowanych, skromnych osób, o których wielkości zdarza mi się rozmyślać. Przyjaciele mnie nie opuszczają. Czuwają przy mnie, zamieniają się miejscami, dzwonią, piszą, przychodzą. Każdy w Swoim czasie. Nasze światy na siebie zachodzą. Są błogosławieństwem.

Mam wspaniały zespół w pracy. Utalentowani, mądrzy, chętni i pracowici.

Synowie dobrze się uczą i są pogodni.

Wiele słucham, czytam, oglądam, wróciłam do pisania, śpiewam.

Sprzątam swój świat. Staram się skupiać na pozytywnej stronie życia.

Tylko tęsknię. Postu mi było trzeba. I jest

Język matczyny. Język ojczysty

Mowa jak trawa. Tak samo wieczna. Od początku pamięci. Szczebiotanie. Pierwsze dźwięki pochodzące od ludzi ważnych sercu. Sopran Mamy. Baryton Taty. Bas Dziadzi. Głosy rodziny. Radiowe. Telewizyjne.

Głosy z bajek na czarnych płytach, na kasetach. Pismo. Zapisy. Zeszyty w wąską linię. Szlaczki uzdalniające dłonie. Mozolne przenoszenie wyrazów. Podkładanie dłoni pod brodę aby podzielić je na sylaby. Wyrabianie się w linijkach. Przestrzeń nawykowa. Mozoł. Nareszcie zeszyt w szeroką linię i margines nabity cyrklem. Wymierzony fioletowym długopisem. Dłonie zaplamione od tuszu. Uczenie się wierszy na pamięć. Schola. Bogurodzica dzielona na oddechy nowiutką złotówką. Pragnienie słyszenia drugiego głosu zamiast prostego pierwszego. Nagrywane na Grundigu audycje i przepisywane piosenki poetyckie. Uczenie się ich. Występy. Śpiewanie z siostrą na placu. Echo aż do rzeki. Legenda.

Czytaj dalej

Teoria smaku i jego głębi

W samotności i ciszy dochodzimy do różnych wysublimowanych smaków. Często ten zmysł zastępuje nam inne. On nie zawodzi. Wytwarza się w nas reakcją.

Dojrzałe daktyle kalifornijskie o tajemniczej nazwie Medjoll pozwoliły mi odkryć nieprzeciętną słodycz. Ich pestki pomagają ćwiczyć podniebienie według zaleceń lekarza. Ślizgają się po nim z przyjemnym skrzypieniem i pomagają zapomnieć o nawykowym zaciskaniu szczęk. Radzę spróbować.

Najpierw przyszło święto serdeczne. Dziękuję Bogu za przyjaciół, za dar Patrizia i Jego talentu, za troskę i rozmowy nocne. Za odwiezienie do domu. Tyle wrażeń. Mieszanych emocji.

Od rana zaczęłam słabnieć. Gdy leżałam złożona chorobą z gwiazdami przed oczyma przy każdym podniesieniu się zastanawiałam się nad własnym ciałem. Jego psychosomatycznymi zachowaniami i miłosierdziem choroby właśnie. Grzanka przyniesiona przez syna, herbata i kawałek ciasta przez drugiego. Herbata. Zapachy z kuchni drażniące i skondensowane. Woda z cytryną. Ile znaczy serdeczność. Troska. Gest nawet z innego świata. Telefon. Skrawek dźwięku. Sygnał.

Napraszam się ludziom. Dzielę pozytywnymi piosenkami, tekstami, wspomnieniami. Odganiam depresję. Robię to rutynowo wybierając adresatów. Niektórym to przywodzi uśmiech na twarz. Niektórzy reagują. Niektórzy milczą. Każdy ma takie prawo.

Istnieję teraz bardziej w obrazkach. Choroba rozłożyła mnie tak, że nie uczestniczyłam ani w ważnych urodzinach przyjaciela, ani w epokowym jubileuszu organizacji z którą współpracuję. Ale Fb poinformował mnie o wszystkim, co chciałam i czego nie chciałam zobaczyć.

W sukurs przyszedł Dziadzio. W 29 rocznicę Swojego odejścia był ze mną. Lekturami, wspomnieniami, w zdjęciach. Szczęśliwa jesteś Dziecko? Słyszałam. Właściwie Dziadziu – bywam.

Tak bardzo zatęskniłam za domem, że podniosłam się z tego marazmu i spędziłam czas z moimi synami i ich przyjaciółmi. Przyjechali do nas malować i muzykować. Zostali na noc. Spali jak w schronisku przy kominku, grali i śpiewali mi od rana. Rozmawiali miło ze starszą panią, mamą jednego z nich. Jeszcze są dziećmi. Jeszcze nie mogą sami prowadzić, nie wyrywają się, a garną do siebie. To takie ulotne. Dobrze mi z nimi było. Serdecznie.

Był czas na posiłek, grę planszową, kino, przejście po sklepie gdzie powitał mnie cud metalowej wycinanki. Czy jestem silniejsza po tym przymusowym, wymierzonym mi przez ciało wypoczynku? Bywam

Urlop od siebie

Jan Van Goyen. Fishing Boats off an Estuary 1633. Z wyprawy do Art Institute

Zawsze marzy mi się wyjazd. To odcięcie. Oddalenie, zmiana domowego horyzontu. Tymczasem zatracając upór organizatora pozwoliłam swojemu światu zorganizować mi ten czas. Zdjęłam żagiel muszę. Pozostało mi wiosło trzeba. I tak przepłynęłam przez święta i zetknięcie dekad. Prawie przystań.

Słuchałam najbliższych. Gdy trzeba było – byłam. Nie narzucałam się najbardziej jak mogłam. Wystałam swoje w moim ulubionym miejscu kuchni oglądając kojące filmy. Podzielność uwagi sprawia, że krojenie, mieszanie, mycie wychodzi sprawniej z podkładem muzycznym i wizualnym. Wiele dawno odkładanych obrazów mnie zachwyciło, wzruszyło, obeszło. Przyjaciele podzielili się Swoimi zasobami. Najpiękniejsze prezenty nie kosztują wiele. Przemawia przez nie serdeczność, uwaga i troska.

I to stałe oddzielanie myśli. Tu nie idź. Tu boli. Nie teraz, zaufaj. Trwaj. Pozwól sobie na cierpliwość. Nie naglij. Uśmiechnij się sobą. Teraz teraz teraz.

Gotowanie sprawia mi mniej radości. Sprzątanie też. Bardzo kicham. Nadal jednak lubię wspólne malowanie, strojenie, śpiewanie, oglądanie, spacery.

Odpuściłam. Nie mogę ciągle wymierzać sobie cięgów. Zajęte czym innym niż zwykle dłonie dają odpocząć myślom. Drobiące nogi, gdy spoczną na koniecznym podwyższeniu dają posłuchać gdzie cierpną i gdzie pulsują. Takie wewnętrzne rzeki zdarzeń. Jak dziwnie jest traktować własne nogi jak osobny byt.

I cerowanie. Przyszywanie zapomnianych podszewek, podkładek, zaszywanie pęknięć. Metodyczna i rytmiczna czynność sprawiająca zwyczajną przyjemność. Inną niż praca szydełkiem. I dawanie prezentów młodszym. I radość, że szydełka właśnie, pióra, blejtramy, farby, kredki przydają się i powodują tworzenie, radość pracy, skłonność dłoni. I ta cisza w sercu, kiedy wspólnie się pracuje. I te rozmowy z muzyką. I skupienie. Jednak marzenia się spełniają.

Podczas urlopu doznałam kilku takich chwil, które zachwyciły mnie swoim wdziękiem. Strojenie choinki z synami. Spotkanie naszej Podróżniczki Olivii i wspólny czas. Radość przedwigilijna z przyjaciółkami. Odwiedziny Frania. Poranna rozmowa z Małgonią.

Wigilia u Koników z bezbrzeżną akceptacją i przytuleniem naszej rodziny. Wspólne kolędowanie przy naszym rocznicowym stole z Jezuskiem śpiącym na nim właśnie, z kolędą dla Nieobecnych, która wzruszała każdym słowem, z darami tego, czego nam brakuje pod okiem anioła z suknią découpage, który stał się radosnym hasłem przekomarzania. I z błogosławieństwem od najbliższego nam kapłana Piotra. Dzięki temu specjalnemu dniu przeszliśmy przez stajnię dnia następnego spowodowaną problemami z rurami bez szwanku. I praca i ogród i my skorzystaliśmy na tym kryzysie. Panowie hydraulicy udrożnili także moje myślenie o sytuacji dolnego poziomu naszego domu, mojej bazy.

Dzień ten, dzień św. Szczepana był jakby włoski. Ciepło na zewnątrz. Rodzące się do życia mięta i chrzan. Winorośl. Trawy. Ognisko wonne. Brak kanalizacji w domu. Jak na łodzi. Jedno źródło wody. I ablucje w misie. I zmiana rytmu. Nowe odczucia. I wyrzucenie gruzu i szlamu. Zabranie śmieci. Ile symboli. I wzięcie sobie do serca życzeń znad opłatka i próba pokochania swojego życia. I reakcja jak przed laty. Na ścianie skutej – kwiaty.

Spotkanie u Przyjaciół. Drugie z trzech. Szydełkowanie. Wspólny śmiech. Czuwanie nad drogą.

I wysłuchanie pragnień synów. Pozostanie w domu. Wbrew porywom serca do przestrzeni leśnej i jeziornej. Spokój zadbania o Blusia. Wyprawa z Babcią do lekarza. Herbata w poczekalni. Szydełkowanie. Wspólnota myśli.

I kino. Jego komfort. Wielki ekran. Goście w domu. Wino.

Malowanie z Dziećmi. Młodzieżą. Wypalanie wzorów w drewnie. Zapach tej pracy. Radość i spokój, jaką wyzwala Gabrysia. Rozmowy przy delikatnej muzyce francuskiej. O życiu. O nas. O naszych wyborach. A śnieg padał i otulał nasze myśli. Na kształt mostu do wspólnego czasu, który nie do końca minął. Taka Wigilia Sylwestra Serca. Życzenia wpisane w malowanie.

I spokój końca roku, dekady, lat dziesiątych. Jak przepłynięcie przez łagodną śluzę. Ta wspólna radość. Przy stole – ten śmiech do łez i bólu szczęk. Tak bardzo długo z nimi wszystkimi na raz nie byłam. Tak świadomie doceniając każdego z nich. Patrząc na nich. Słuchając. Pietrek miał rację. Żaden ekran tej jedności nie zastąpi. A zdjęcia są wyzwalaczem pamięci. Miłą funkcją mojego telefonu jest grupowanie zdjęć z jego przepastnych zasobów. I kalejdoskop naszych wspólnych spotkań krzepi mnie niebywale. I to jak się uzupełniamy. Nawet kulinarnie. Tańczyłam, śpiewałam, słuchałam – zostaliśmy na noc. Nie chciałam wracać do pustego domu. Przeciągnął się ten Sylwester w wieczór Nowego Roku. Śpiewaliśmy w radości. Sprzątaliśmy. Rozmawialiśmy.

Koniki kochane dokonali cudu. Stworzyli przystań. Po powrocie do domu poszłam do kościoła aby za wszystko podziękować. Sercem byłam w Taize.

A wczoraj pomimo chwilowych przeciwności udało nam się pojechać do miasta. Zdenerwowanie minęło. Małgonia podzieliła z nami radość obcowania ze sztuką. Światła naszego drugiego miejsca.

Wszystkim Wam za ten urlop dziękuję

Stalówka boczna z błękitnym atramentem. Rzadkość prawdziwa

Miłosz

Ręka Iwonki z wybraną sową z kolekcji Miłosza

Żegnam rok i dojrzałam symbolicznie do pożegnania Miłosza, którego odejście stało się dla mnie rekolekcjami adwentowymi i smakiem świąt. Wczoraj też minęło 30 lat odkąd odszedł w dramatycznych okolicznościach mój Chrzestny – Wujek Jurek. Poświęcę Mu w przyszłości monografię. Zrobię kwerendę serdeczną.

Z Miłoszem nie byliśmy aż tak bardzo blisko, jednak lekcja, jaką mi dał umierając rezonuje. Jego życie odbija się w mojej współczesności, wybory powodują do przemyśleń, a słowa wracają bumerangiem. I tak wsłuchanie się w czas obecny ze świadomością tej lekcji uzmysławia, że pozostają te słowa. Te zapisane. Że po moim odejściu poproszę, aby przyjaciele zabrali ze sobą moje korale, obrazki, szydełkowanie, książki i płyty. Te, które zechcą.

I pozostaje świadomość, że dla nas samych nasze relacje z każdym Bliskim, to kilka scen pisanych przez czułego narratora w naszym sercu. Po zakończeniu, nawet najbardziej pospiesznym, można sobie zadać pytanie czy zechce ktoś naprawdę posiedzieć przy mnie majaczącej i potrzymać za rękę, wypełnić moją ostatnią wolę? Złożyć ostatnią symboliczną żaglówkę z moich słów i zgodnie z wolą wsypać mnie odrobinę i delikatnie z dobrym słowem pchnąć na głęboką wodę w zachwycające piękno miasta, które się stało drugim domem, w którym przeżyło się miłość, gniew, ból i radość?

Pozostaje kochać i ufać, że tak będzie. Możemy się od wszystkiego odizolować, ale nie zapominamy uczucia, jakim napełniają nas bliscy w codzienności.

Napisałam w przesileniu poniższe słowa po śmierci. Tak długo mi zeszło z odnalezieniem w sobie siły do zakończenia.

Był charyzmatyczny. Kończył zdania dopowiadał pointy. Miał w sobie wdzięk wilka morskiego i jego mrukowatość.

I wolność górala. Odwagę TOPRowca. Ofiarowywał swoje książki, które kochał, gromadził i którymi się otaczał. Zbierał sowy. Wirtualne i prawdziwe. Pamiętał imiona.

Odbyliśmy kilka ważnych rozmów w życiu. W bibliotece, przy obrazach, przy gotowaniu zalewajki u mnie w domu, a ta na otwartej łące podczas Tatry Sport w tym roku na zawsze zostanie mi w pamięci. Wokoło gwar i radość konkurujących rodzin. Wspólnota pomimo deszczu. I my w środku. Temat o sprawach ostatecznych. O pojednaniu się z Bogiem, rodziną, bliskimi. I uścisk i pożegnanie. Ostatnie stojące.

Przed Świętem Dziękczynienia miałam okazję odwiedzić Go w Szpitalu Cook County w Chicago. Wyjechałam z pracy w jasny dzień. Było blisko. Podprowadził mnie do Miłosza doktor Waldemar. Iwona z Tatą już tam byli.

Udało się odrobinę pożartować. Popatrzeć w te przepaściste oczy. Potrzymać za rękę. Wyglądał jak Święty Mikołaj. I choć niecierpliwił się – przyjął modlitwę do Najświętszej Marii Gwiazdy Morza. Zostawiłam przy Nim część nas. I zapamiętam go takim. Skupionym. Gdy mniej bolało mówił o pływaniu. O Darze Pomorza, który był Jego Dalą.

Ostatnie spojrzenie. Źrenica. Radość

Ksiądz Andrzej przyniósł najważniejsze. Pojednanie.

Bogdan i Darek czuwali przy nim do końca. Jurek przyjechał z Polski i zabrał go do domu. Ania pomogła z tyloma sprawami, z mogiłą. Iwona, Kazik, Marek, Jacek, Piotrek, Kasia, tylu ludzi. I śpiew w kościele do dreszczy. I prawdziwe słowa, łzy, wzruszenie, ale i świadectwa i czas na żarty, nawet te rodem z Bytomia.

I symboliczne rozdanie kolekcji. Sowa jeździ ze mną samochodem. Maleńka siedzi w stroiku.

A słowa z ostatnich emaili trafiają prosto w punkt. Nic na siłę.

Idę w dryf nowego 2020.

Powinien być stabilny.

Zostanie ze mną tyle. Przede wszystkim modlitwa stworzona przez św. Urszulę. Miłosz też

Gwiazdo Morza, Panno Święta,

Ześlij jasne swe promienie

W duszę moją. Wniebowzięta,

K’ niebu serca zwróć pragnienie!

Gwiazdo Morza! Ucisz burze,

Duszą moją co miotają.

Gwiazdo cudna, tam, na górze,

Rozkaż wiatrom, niech ustają!

Gwiazdo Morza! Mgłę ciemności

Promień łaski niech rozproszy.

Niech ma dusza ku wieczności

Z wiarą, ufnie wzrok swój wznosi.

Gwiazdo Morza! O Maryja,

Niech me serce jak to morze

Tylko niebios toń odbija,

Gwiazd miganie, blaski zorzy.

Gwiazdo Morza! Głębie duszy

Niech promienie złocą słońca.

Niech Twe tchnienie je poruszy

Jak wiatr morze Twe, bez końca.

Gwiazdo Morza! Ku błękitom

Niechaj dusza ma się wzbija.

Ku miłości jasnym szczytom,

Ku mej Gwieździe, o Maryja!