Święty i zapamiętany stempel pamięci

Cały wczorajszy dzień w obecności Świetego. Tyle pieśni, kazań, czytań, cytatów i głos, za którym tęsknię. I świadomość, że od 1990, gdy byłam w Rzymie przed maturą i dane mi było tam przeżyć Święta Wielkanocne, minęło – mija 30 lat. Życie całe dorosłe. Ten Rzym i Włochy odbijają się we mnie echem od tylu lat. Nikt mi tego nie zabierze. „Tyś dał, tyś wziął – Twoja jest wola i Twoja jest moc”.

Przedziwne i mocne wspomnienie – podczas modlitwy pod Colosseum, gdzie wysportowany i dzielny Papież niósł krzyż i odprawiał Drogę Krzyżową chłonęłam atmosferę i obserwowałam nadlatujące nad Rzym samoloty. Kosmiczne strzeliste życzenie – aby tak kiedyś mieszkać – wypełnia mi się od 20 lat. Mieszkam pod ogromnym lotniskiem i samoloty, które fascynują mnie nadal swoją żelazną gracją są częścią mojego pejzażu horyzontalnego. Pamiętam tamte święta pełne czuwania, śpiewu, czekania, zimno było, my wiecznie zmarznięci i senni, ale szczęśliwi. Czerstwy chleb, konserwy, słoiki, spacery. Czuwający nad nami Śp. Ksiądz Wiesław Gibała. Dowcipny, bezpardonowy, opiekun duchowy. Autokar, dwóch rzadko uśmiechających się kierowców, pakowanie, przemieszczanie – zgrzyt pomiędzy Włochów zachodniością i naszą ubogą raczej wschodniością. I bronienie się językami: francuskim, łaciną i maminym angielskim. I duma. Jesteśmy biedniejsi, ale z Jego narodu. On nasz jest. U Was teraz. Takie uskrzydlenie polskością właśnie. I ta radość podróży. Te place, kościoły, mosty, obrzędy, muzea, galerie. I powroty do salek katechetycznych, gdzie swój dmuchany materac, plecak na stelażu i różowy śpiwór w kremowe kwiaty. Wspólne posiłki przy długich, połączonych stołach w korytarzach. Potęga tych stołów. Naszej radości. A na zdjęciach jesteśmy tacy młodzi, tacy zasłuchani, radośni, szczupli jak modele tamtego czasu w naszych tureckich swetrach, bluzkach, z wypieszczonymi zachodnimi elementami garderoby. Trzymamy się za ramiona z gospodarzami: Nicolettą, Maurizio, Massimo, Asią naszą z włoskim zaśpiewem. Carabinieri, którzy grali na gitarach i śpiewali Margaritę. Uczyli się naszych Litanii śpiewanych, dośpiewywali po swojemu refreny z Taize. Telespazio jak z filmów.

Tych amerykańskich i my pomiędzy tymi antenami – kosmicznie przejęci. I spotkania z rodzinami włoskich znajomych. Przywilej kąpieli. Zapachy ich delikatnych środków myjących, oszałamiających cytrynową trawą i pomarańczami.

Sekrety kuchni. Pasta. Płaskie pizze. Oliwki. Zachwyt cienką jak papier mortadellą z pieprzem. Apetyt na życie. Podziękowania muzyką. Wyśpiewywanie serc. Prywatna audiencja w Castel Gandolfo. Prasowanie najpiękniejszych ubrań bezżelazkowe i sposobem. I dar z żółtym kamieniem siarki, z której ziemi pochodziliśmy. I zdjęcia zamawiane. Losowanie miejsc na nich. Stałam blisko, druga od Niego. Jako wysoka z tyłu. Ten moment wyłączności, gdy zdawaliśmy się tylko my istnieć dla Niego. I ks. Marek, cały w czerni i On cały w bieli w serdecznym uścisku. Zaczepiali o siebie. Papież czarnymi butami, a ks. Marek białą koloratką. Przechodzili w siebie. Dopiero później przypomnieli mi poznany symbol równowagi. Zapamiętany stempel pamięci. To zdjęcie jest ze mną od tylu lat. Przesłania Dni Młodzieży i pielgrzymki oficjalne i transmisje telewizyjne.

A potem rzeka słów wszechogarniających. A ulubione pochodzą z Pieśni o Bogu ukrytym. Dzięki Ewie – Bogdan Łańko, którego cenię od lat i podziwiam przeczytał je na trzy sposoby. Świeca się paliła w oknie. Świat uczestniczył w tym czytaniu dygitalnie, kwarantannowo.

Dziękuję z serca! Łatwiej mi będzie trwać. Bóg zapłać nasz Kochany Święty!

8.

Co to znaczy, że tyle dostrzegam, gdy nic nie widzę,

kiedy już poza horyzont ostatni osunął się ptak

kiedy fala w szkle go ukryła – opadłem jeszcze niżej,

zanurzając się razem z ptakiem w nurcie chłodnego szkła.

Im bardziej wzrok natężam, tym widzę mniej,

i woda schylona nad słońcem tym bliższe przynosi odbicie,

im dalszy od słońca oddziela ją cień,

im dalszy cień od słońca oddziela moje życie.

Więc w mroku jest tyle światła,

ile życia w otwartej róży,

ile Boga zstępującego

na brzegi duszy.

9.

Z wolna słowom odbieram blask,

spędzam myśli jak gromadę cieni,

z wolna wszystko napełniam nicością,

która czeka na dzień stworzenia.

To dlatego, by otworzyć przestrzeń

dla wyciągniętych Twych rąk,

to dlatego by przybliżyć wieczność,

w którą byś tchnął.

Nie nasycony jednym dniem stworzenia,

coraz większej pożądam nicości,

aby serce nakłonić do tchnienia

Twojej Miłości.

Zaszczyciliście mnie Swoimi opowieściami o spotkaniach ze Świętym Janem Pawłem II i jeszcze mi poopowiadacie lub napiszecie – tak dobrze jest słuchać. Tyle nas w opowieściach. Czekam