Nawał kar

Stanął na głowie i skończył się prawie. Inny był. Wyraźniejszy. Mniej szampański, bardziej winny i nalewkowy. Nie uderzał mi do głowy. Raczej izolował.

Weekendy miał bardzo intensywne. Ograniczone wyjazdy. Częste podróże samochodem z głośną muzyką na tropie prac, odwiedzin, zleceń.

Dane mi było zacząć go w doborowym towarzystwie. Być w trakcie na balach jako zaproszony gość zacnych Dam. Ucieszyłam się nimi. Zmogłam z własną wersją odświętną. Mądre naprawianie moich nóg nie wybiło mnie z rytmu, miłosierne przeziębienia pomogły wypocząć.

Poznałam kilka nowych i utalentowanych, skromnych osób, o których wielkości zdarza mi się rozmyślać. Przyjaciele mnie nie opuszczają. Czuwają przy mnie, zamieniają się miejscami, dzwonią, piszą, przychodzą. Każdy w Swoim czasie. Nasze światy na siebie zachodzą. Są błogosławieństwem.

Mam wspaniały zespół w pracy. Utalentowani, mądrzy, chętni i pracowici.

Synowie dobrze się uczą i są pogodni.

Wiele słucham, czytam, oglądam, wróciłam do pisania, śpiewam.

Sprzątam swój świat. Staram się skupiać na pozytywnej stronie życia.

Tylko tęsknię. Postu mi było trzeba. I jest

Język matczyny. Język ojczysty

Mowa jak trawa. Tak samo wieczna. Od początku pamięci. Szczebiotanie. Pierwsze dźwięki pochodzące od ludzi ważnych sercu. Sopran Mamy. Baryton Taty. Bas Dziadzi. Głosy rodziny. Radiowe. Telewizyjne.

Głosy z bajek na czarnych płytach, na kasetach. Pismo. Zapisy. Zeszyty w wąską linię. Szlaczki uzdalniające dłonie. Mozolne przenoszenie wyrazów. Podkładanie dłoni pod brodę aby podzielić je na sylaby. Wyrabianie się w linijkach. Przestrzeń nawykowa. Mozoł. Nareszcie zeszyt w szeroką linię i margines nabity cyrklem. Wymierzony fioletowym długopisem. Dłonie zaplamione od tuszu. Uczenie się wierszy na pamięć. Schola. Bogurodzica dzielona na oddechy nowiutką złotówką. Pragnienie słyszenia drugiego głosu zamiast prostego pierwszego. Nagrywane na Grundigu audycje i przepisywane piosenki poetyckie. Uczenie się ich. Występy. Śpiewanie z siostrą na placu. Echo aż do rzeki. Legenda.

Czytaj dalej

Teoria smaku i jego głębi

W samotności i ciszy dochodzimy do różnych wysublimowanych smaków. Często ten zmysł zastępuje nam inne. On nie zawodzi. Wytwarza się w nas reakcją.

Dojrzałe daktyle kalifornijskie o tajemniczej nazwie Medjoll pozwoliły mi odkryć nieprzeciętną słodycz. Ich pestki pomagają ćwiczyć podniebienie według zaleceń lekarza. Ślizgają się po nim z przyjemnym skrzypieniem i pomagają zapomnieć o nawykowym zaciskaniu szczęk. Radzę spróbować.

Najpierw przyszło święto serdeczne. Dziękuję Bogu za przyjaciół, za dar Patrizia i Jego talentu, za troskę i rozmowy nocne. Za odwiezienie do domu. Tyle wrażeń. Mieszanych emocji.

Od rana zaczęłam słabnieć. Gdy leżałam złożona chorobą z gwiazdami przed oczyma przy każdym podniesieniu się zastanawiałam się nad własnym ciałem. Jego psychosomatycznymi zachowaniami i miłosierdziem choroby właśnie. Grzanka przyniesiona przez syna, herbata i kawałek ciasta przez drugiego. Herbata. Zapachy z kuchni drażniące i skondensowane. Woda z cytryną. Ile znaczy serdeczność. Troska. Gest nawet z innego świata. Telefon. Skrawek dźwięku. Sygnał.

Napraszam się ludziom. Dzielę pozytywnymi piosenkami, tekstami, wspomnieniami. Odganiam depresję. Robię to rutynowo wybierając adresatów. Niektórym to przywodzi uśmiech na twarz. Niektórzy reagują. Niektórzy milczą. Każdy ma takie prawo.

Istnieję teraz bardziej w obrazkach. Choroba rozłożyła mnie tak, że nie uczestniczyłam ani w ważnych urodzinach przyjaciela, ani w epokowym jubileuszu organizacji z którą współpracuję. Ale Fb poinformował mnie o wszystkim, co chciałam i czego nie chciałam zobaczyć.

W sukurs przyszedł Dziadzio. W 29 rocznicę Swojego odejścia był ze mną. Lekturami, wspomnieniami, w zdjęciach. Szczęśliwa jesteś Dziecko? Słyszałam. Właściwie Dziadziu – bywam.

Tak bardzo zatęskniłam za domem, że podniosłam się z tego marazmu i spędziłam czas z moimi synami i ich przyjaciółmi. Przyjechali do nas malować i muzykować. Zostali na noc. Spali jak w schronisku przy kominku, grali i śpiewali mi od rana. Rozmawiali miło ze starszą panią, mamą jednego z nich. Jeszcze są dziećmi. Jeszcze nie mogą sami prowadzić, nie wyrywają się, a garną do siebie. To takie ulotne. Dobrze mi z nimi było. Serdecznie.

Był czas na posiłek, grę planszową, kino, przejście po sklepie gdzie powitał mnie cud metalowej wycinanki. Czy jestem silniejsza po tym przymusowym, wymierzonym mi przez ciało wypoczynku? Bywam