Urlop od siebie

Jan Van Goyen. Fishing Boats off an Estuary 1633. Z wyprawy do Art Institute

Zawsze marzy mi się wyjazd. To odcięcie. Oddalenie, zmiana domowego horyzontu. Tymczasem zatracając upór organizatora pozwoliłam swojemu światu zorganizować mi ten czas. Zdjęłam żagiel muszę. Pozostało mi wiosło trzeba. I tak przepłynęłam przez święta i zetknięcie dekad. Prawie przystań.

Słuchałam najbliższych. Gdy trzeba było – byłam. Nie narzucałam się najbardziej jak mogłam. Wystałam swoje w moim ulubionym miejscu kuchni oglądając kojące filmy. Podzielność uwagi sprawia, że krojenie, mieszanie, mycie wychodzi sprawniej z podkładem muzycznym i wizualnym. Wiele dawno odkładanych obrazów mnie zachwyciło, wzruszyło, obeszło. Przyjaciele podzielili się Swoimi zasobami. Najpiękniejsze prezenty nie kosztują wiele. Przemawia przez nie serdeczność, uwaga i troska.

I to stałe oddzielanie myśli. Tu nie idź. Tu boli. Nie teraz, zaufaj. Trwaj. Pozwól sobie na cierpliwość. Nie naglij. Uśmiechnij się sobą. Teraz teraz teraz.

Gotowanie sprawia mi mniej radości. Sprzątanie też. Bardzo kicham. Nadal jednak lubię wspólne malowanie, strojenie, śpiewanie, oglądanie, spacery.

Odpuściłam. Nie mogę ciągle wymierzać sobie cięgów. Zajęte czym innym niż zwykle dłonie dają odpocząć myślom. Drobiące nogi, gdy spoczną na koniecznym podwyższeniu dają posłuchać gdzie cierpną i gdzie pulsują. Takie wewnętrzne rzeki zdarzeń. Jak dziwnie jest traktować własne nogi jak osobny byt.

I cerowanie. Przyszywanie zapomnianych podszewek, podkładek, zaszywanie pęknięć. Metodyczna i rytmiczna czynność sprawiająca zwyczajną przyjemność. Inną niż praca szydełkiem. I dawanie prezentów młodszym. I radość, że szydełka właśnie, pióra, blejtramy, farby, kredki przydają się i powodują tworzenie, radość pracy, skłonność dłoni. I ta cisza w sercu, kiedy wspólnie się pracuje. I te rozmowy z muzyką. I skupienie. Jednak marzenia się spełniają.

Podczas urlopu doznałam kilku takich chwil, które zachwyciły mnie swoim wdziękiem. Strojenie choinki z synami. Spotkanie naszej Podróżniczki Olivii i wspólny czas. Radość przedwigilijna z przyjaciółkami. Odwiedziny Frania. Poranna rozmowa z Małgonią.

Wigilia u Koników z bezbrzeżną akceptacją i przytuleniem naszej rodziny. Wspólne kolędowanie przy naszym rocznicowym stole z Jezuskiem śpiącym na nim właśnie, z kolędą dla Nieobecnych, która wzruszała każdym słowem, z darami tego, czego nam brakuje pod okiem anioła z suknią découpage, który stał się radosnym hasłem przekomarzania. I z błogosławieństwem od najbliższego nam kapłana Piotra. Dzięki temu specjalnemu dniu przeszliśmy przez stajnię dnia następnego spowodowaną problemami z rurami bez szwanku. I praca i ogród i my skorzystaliśmy na tym kryzysie. Panowie hydraulicy udrożnili także moje myślenie o sytuacji dolnego poziomu naszego domu, mojej bazy.

Dzień ten, dzień św. Szczepana był jakby włoski. Ciepło na zewnątrz. Rodzące się do życia mięta i chrzan. Winorośl. Trawy. Ognisko wonne. Brak kanalizacji w domu. Jak na łodzi. Jedno źródło wody. I ablucje w misie. I zmiana rytmu. Nowe odczucia. I wyrzucenie gruzu i szlamu. Zabranie śmieci. Ile symboli. I wzięcie sobie do serca życzeń znad opłatka i próba pokochania swojego życia. I reakcja jak przed laty. Na ścianie skutej – kwiaty.

Spotkanie u Przyjaciół. Drugie z trzech. Szydełkowanie. Wspólny śmiech. Czuwanie nad drogą.

I wysłuchanie pragnień synów. Pozostanie w domu. Wbrew porywom serca do przestrzeni leśnej i jeziornej. Spokój zadbania o Blusia. Wyprawa z Babcią do lekarza. Herbata w poczekalni. Szydełkowanie. Wspólnota myśli.

I kino. Jego komfort. Wielki ekran. Goście w domu. Wino.

Malowanie z Dziećmi. Młodzieżą. Wypalanie wzorów w drewnie. Zapach tej pracy. Radość i spokój, jaką wyzwala Gabrysia. Rozmowy przy delikatnej muzyce francuskiej. O życiu. O nas. O naszych wyborach. A śnieg padał i otulał nasze myśli. Na kształt mostu do wspólnego czasu, który nie do końca minął. Taka Wigilia Sylwestra Serca. Życzenia wpisane w malowanie.

I spokój końca roku, dekady, lat dziesiątych. Jak przepłynięcie przez łagodną śluzę. Ta wspólna radość. Przy stole – ten śmiech do łez i bólu szczęk. Tak bardzo długo z nimi wszystkimi na raz nie byłam. Tak świadomie doceniając każdego z nich. Patrząc na nich. Słuchając. Pietrek miał rację. Żaden ekran tej jedności nie zastąpi. A zdjęcia są wyzwalaczem pamięci. Miłą funkcją mojego telefonu jest grupowanie zdjęć z jego przepastnych zasobów. I kalejdoskop naszych wspólnych spotkań krzepi mnie niebywale. I to jak się uzupełniamy. Nawet kulinarnie. Tańczyłam, śpiewałam, słuchałam – zostaliśmy na noc. Nie chciałam wracać do pustego domu. Przeciągnął się ten Sylwester w wieczór Nowego Roku. Śpiewaliśmy w radości. Sprzątaliśmy. Rozmawialiśmy.

Koniki kochane dokonali cudu. Stworzyli przystań. Po powrocie do domu poszłam do kościoła aby za wszystko podziękować. Sercem byłam w Taize.

A wczoraj pomimo chwilowych przeciwności udało nam się pojechać do miasta. Zdenerwowanie minęło. Małgonia podzieliła z nami radość obcowania ze sztuką. Światła naszego drugiego miejsca.

Wszystkim Wam za ten urlop dziękuję

Stalówka boczna z błękitnym atramentem. Rzadkość prawdziwa