Prezenty na odchodnym w osiemnastą rocznicę zamachu

Kiedy żegnamy kogoś, kogo kochamy odjeżdżamy też, oddajemy mu część siebie, jako symbol nas samych. Czasami wkładamy po kryjomu do ich toreb coś naszego, obrazek, medalik, guzik, wstążkę, samochodzik – zdarzało się tak moim Bliskim. Te znaleziska, te małe sprawy są cząstką nas, która przypomina i którą można potrzymać w dłoniach. Czasami oddajemy otwarcie – poproszeni o coś. Czasami wręczamy. Wymieniamy się ubraniami, czapkami, szalami. Jakby ciepło tej Bliskiej osoby mogło nas ogrzać pomimo oddalenia. Najpiękniejszy dar to ten ulubiony, oddawany bez żalu z radością, jaką sprawia. Symbol szarfy

Na lotnisku nagrywam sobie w pamięci film z pożegnań. To, jak je przeżywamy, ile dla nas znaczy rozdzielenie, co mamy na wierzchu podczas rozstania sprawdza nasz poziom zaangażowania w konkretną relację.

Przywiązuję się do ludzi. Bliskich kocham jakimi są. Rozczulają mnie ich prywatne, używane rzeczy. Zwyczajność. To, jak dobrze jest z nimi po prostu być. Trwać obok. Jak pięknie jest mieć kogoś, z kim cisza nie uwiera, a czas zdaje się zatrzymywać. Wystarczy wówczas być.

Przyszło mi lecieć w 18 rocznicę zamachu. Media napełnione relacjami i wspomnieniami. A ja dziś jakoś zdaję sobie sprawę z naszej dorosłości w świadomości tego, co się wtedy wydarzyło. Każdy dzień otwiera nowe doświadczenia. Istnieje dzisiaj w odniesieniu do wczoraj, sytuacji sprzed miesiąca, dwóch, pięciu, osiemnastu lat. To wiek dojrzałości. Symboliczny.

Odnalazłam w centrum ogrodu naskórek węża. Wyszedł z niej. Czy ten sam, którego obserwowałam na leszczynie? Pora i mnie zrzucić starą symboliczną skórę, która uwiera.

Ale jednak lotu boję się bardziej niż zwykle.

Wzrusza mnie pamięć Bliskich o moim wylocie. Zapominam wiele, ale tego jak czuję się dzięki komuś – zapominać nie powinnam.

Chwila

Ogród gra. W rynnach dzwoni, świerszcze śpiewają, strumyk szemrze, samoloty przypominają o środzie, zioła o jesieni. Chwila spokojna. Kawa ciepła, fotel wilgotny od rosy. Ale ten oddech warty poświęcenia.

Sobota i niedziela pełna ważnych zdarzeń. Początek roku szkolnego, wernisaż sztuki, rodzinny dzień sportowy i kongres teatralny. Kilkadziesiąt osób o zadziwiającej wrażliwości zaangażowanych w tak rozmaity sposób. W pośpiechu przed umykającym latem. A to tylko mój punkt widzenia. Tyle się działo wszystkim.

Powróciłam do dawnych torów nanizywania wspomnień.

Życzliwość i pomoc. Grupa cała wolontariuszy. Praca u podstaw. Solidarność przy staraniach. Talent artystów – płótna pełne przestrzeni, piękna ceramika, wzruszające rzeźby, szczególnie drewniane ptaszki. Poczucie święta. Artyści obchodzą je nieśmiale. Z dystansem. A jeśli jest okazja – tańczą.

Rodzinne zawody sportowe, przygotowania przestrzeni ogromnej, trud i wysiłek wielu pracujących zgodnie osób. Uczestnictwo całymi rodzinami, pomimo deszczu. Radość zmagania. Wspólnota. Rozmowy. Najważniejsza z legendą, mentorem, redaktorem, marynarzem, Miłoszem. Cały ten czas skupił się w jednym pożegnalnym geście – przed moim wyjazdem, Jego zabiegiem. I świadomość uczestniczenia w tej chwili jakby z lotu ptaka. I uszanowanie postanowień. I próby przekonywań. I wsparcie. I cierpliwe oczekiwanie ze wzruszeniem. I jakość tej rozmowy. Jej sedno. Powrócę Doń. Podróż do pracy, gdzie wszystko tętni z ciszą przemyśleń.

Kongres – Sala Pani Sabiny wypełniona prawie wszystkimi znajomymi ludźmi teatru. Kolorami bogata. Osobowościami tryskająca. Jak dobrze usiąść i oddać się spektaklowi. Posłuchać z zainteresowaniem. Ucieszyć. Wzruszyć. Miałam towarzysza do wzruszeń i radości. Głównego pomysłodawcę. W niektórych momentach zapierało dech. Przy Alicji, Stefanie, Bogusiu i Ewie, Wiechu. Wstawaliśmy z miejsc wzruszeni klaszcząc.

A narodowe czytanie było prezentem. Czuwanie nad wszystkim Ewy i Małgosi – opiekuńczym, taktownym wsparciem. Kwiaty zaskoczeniem. Dobre słowa plastrem.

I dzień dzisiejszy, szeregowanie natłoczonych doznań. Kończenie spraw przed wyjazdem. Dobre rozmowy, jak deser po wysiłku rozlewające dzielone opinie na szklanki, których wnętrze zechcemy przyswoić.

I entuzjazm w ludziach obudzony, który łagodzi zmęczenie i smutek długotrwały.

I zaskoczenie spontanicznością Ewy. I szal na drogę. I światło płynące z domu, jakie udało mi się zobaczyć.

Toż metafizyka wysiłku. Dla tych chwil – warto otworzyć drzwi

Soboty

Oddech. Wdech. Napiętrzenie rozłączne.

Kto bardziej. Jak lepiej. Gdzie ciekawiej.

I drżenie ogrodu. I spokój wiatraka. Rozleniwienie synków. Film. Muzyka. Chmury, które się chłonie.

Jak dobrze jest lubić stan, w jakim się jest. Jak dobrze zawisnąć na brzegu świata i spokojnie na niego popatrzeć.

Odnaleźć przestrzeń prześwietloną i zakręcić się w niej. Uspokoić. Uśmiechnąć. Jak dobrze w swojej samotności odnaleźć miejsce dla innej.

A na ludzi czekać otwarcie. Ugościć. Posłuchać. Życzliwie prowadzić rozmową.

Okazać radość.

Sumowanie lata

Ponad rok milczenia. Ciążącego jak wyrzut. Pewne okiełznywanie smutku. Nie godzenie się na rzeczywistość i silne ufanie. Praca. Nad sobą. Swoim nastawieniem. Przestrzenią. Odczuciami. Humorami.

Ludzie. Przynoszący dobre słowa. Radujący. Mnożący doznania.

Grono prawdziwe. Jesteśmy sumą doznań.

Agusia powiedziała: coś miłego dla siebie każdego dnia. Tym miłym są zapachy, smaki, dostrzegania, słowa, dotyk.

I powroty tutaj, do zdarzeń zaprzeszłych. Ludzi, którzy minęli a żyją dla mnie w słowach. Moich słowach o nich.

Już się nie wyliczam z życia. A nie chcę zaprzestać pisania o nim.

O ludziach mi drogich, którzy mijają. Jak ja