Kotorado

Kolejna wyprawa Sokola, tym razem było mi dane w niej uczesniczyć. Męski świat, rumaki – szybkie i sprawne, jeźdźcy karni, niektórzy o rogatych duszach, a niektórzy o anielskiej cierpliwości. Studium zgrania, eskapada, rekolekcje, materiał do książki, badanie siebie.

Przygotowania z obawą. Jak zmieścić swój niewieści świat w kufrze? Jak okroić potrzebne rzeczy? Czy podołam, czy nogi nie zawiodą, choroba się nie włączy, czy nie będę działać na nerwy, nadgarstki, plecy… Tysiące pytań, ale i spokój – jadę z moim Mężem, doświadczonym kierowcą, najbliższym mi człowiekiem. Z chłopcami zostaje ukochana Babcia i Bliskie mi osoby.

I wiatr z głowy. Odziedziczona kurtka, pożyczony kask, uzupełniony ekwipunek. I potrzeba wsłuchania się w grę motoru, własną ciszę. Myśli splatały się same. Na motorze można wpadać w stan półsnu, szczególnie w upale – jawa przeplata się ze snem, wspomnienia, marzenia, zdarzenia – zaplatają się koliście. A widoki, zapachy, przestrzeń – nie do opisania.

W liceum nazywano mnie Zebelią od serialu o Zebie McCainie, który przemierzał otwarte przestrzenie jakże podobne do tych z Kolorado. Wyobrażałam sobie ile czasu zajęłoby nam przemierzenie tych 3 600 mil konno. Trudno to ogarnąć, nawet z pozycji Google Earth.

Rozmaitość gór Kolorado mogłabym katalogować – zaskoczona zostałam zupełnie. Onegdaj pokochałam Utah. Chciałam tam powrócić, zobaczyć Nowy Meksyk, a okazało się że Kolorado godzi jedno i drugie i jeszcze dysponuje pięknem górskim kilku innych stanów. Można się do siebie nie odzywać zbyt wiele – można w ogóle ograniczyć słowa, do jedynie wskazywania sobie świata i piękna jego ogromu, a to zbliża. Tych chwil nie zabierze nikt.

Fajni są. Sokoły. Skupieni. Uwielbiają jazdę – nie lenią się, nie ociągają – chcą więcej i więcej, pomagają sobie bez słów. Gna ich. Radośni są, droczą się i przekomarzają, opowiadają sobie historie i dowcipy, obcują ze sobą. Dla niektórych z nich klub jest rodziną. Szanują siebie i drogę, nawet kiedy ich męskie charaktery trzeszczą przy dyskusjach. Nawet gdy zmęczenie zdaje się brać górę. Studium pysznych charakterów. Małgosia przysłała mi Prismę i miałam zabawę – robiłam im portrety, które wydobywały na wierzch ich symboliczne cechy charakteru, ich zatrzymanie w konwencji.

Zapamiętam zapach pastwisk. Przejazd nocą przez góry. Śnieg na szczytach. Śpiew z radości. Piszczenie moich traperów. Miniaturowe słoneczniki alpejskie. Zjazd do Czarnego Kanionu, który tak bardzo przypominał jazdę na moim Bodziszku. Ból pięt, jak w strzemionach. Tajemnicę dosiadu. Sushi z widokiem. Selfie z Dorotką. Podstawianie kolana. Rozmowy przełomowe. Winnicę z Shiraz. Wydmy wśród gór. I miłych kompanów, ich atencję, pomoc, rady, wsparcie. Wchodzenie w zakręty, ósemki, łopot zielonej apaszki. Pomoc Dziewczyn.

Dziękuję Mariuszu za Kotorado