Katalog cisz wszelakich

Główna cisza zaległa. Na długo, wypierana codzienną bieganiną, gadulstwem, natłokiem, pragnieniem ucieczki w słowa barwne i kojące. A jednak zaległa. Po drodze doświadczyłam wielu z jej odcieni, na które sobie nie pozwalam, a które we mnie trwają – w moich dłoniach, policzkach, stopach.

Cisza na stoku, gdy waga ciała wpływa na pęd, samotność wśród skrzenia, jest jak modlitwa strzelista. Koi, daje się wsłuchać w swoje tętno, strach, walkę z materią. Inna to rachunek sumienia i cisza konfesjonału, naturalnej terapii na własną głupotę, próżność, gniew, bunt.

Cisza postanowień, narastającego krzyku upomnienia się o siebie, o swoje prawo do odpoczynku, zieleni, błękitu, turkusu, śpiewu. Cisza podróży uwypuklającej wszelkie ułomności ciała, pulsowanie krnąbrnych żył, huk w głowie. Cisza strachu – planowania testamentu, złych wersji wydarzeń. I cisza decyzji – wsłuchiwanie się w normalność. Cisza służby, bycia użyteczną, choćby przyziemnie. Pojęcie własnej roli, w związku, grupie, układzie. Gorzkie wnioski, kwaskowe odkrycia, słodkawe słowa. Cisza odpoczynku.

Narcisza. Cisza odwagi. Pływanie po 25 latach przerwy, mieszanie się z wodą – wymarzone wiszenie w masce nad otchłanią wodną, której krawędzie rozmywa wzrok krótkowidza. Nawet śpiew podwodny oddaje jej pierwszeństwo złota.

Dziękuję