Z Wiktorią w ramionach

„Przyszliśmy choć na chwilę po to, by zapytać – czy można serce zdjąć naprawdę z krzyża” ksiądz Jan Twardowski

Gdy dzieje się we mnie tyle tumultu, to w galopie ważnych spraw, wydających się doniosłymi, trwa wyczekująca cisza na coś, czego chciałabym doświadczyć prywatnie i prawdziwie, aby warto było pisać. Mówię ciągle. Milczę częściej. Za pisaniem – tęsknię. I pomimo tego, że bardzo chciałam opisać zwycięstwo nad sobą na nartach, tę walkę z pragnieniem pędu,  przestrzeni i skołatane ciało, lękliwe serce – pogubiłam przecinki, odpoczęłam i odpoczęło też moje pisanie. Codzienne rozgrywki myślowe z zimą, rozważania na temat karnawału nagród, a później postu i postanowień – wdzięczność świąteczna, momenty uniesień, kłótni, gorzkich rozważań i dobrych rozmów, muzyki, audycji, stereofonii, lęków, odkryć. Tyle zachwytów, prób poetyckich, przepięknych chwil pozostanie jednak na kliszy pamięci. Jak w kalejdoskopie złożą się kiedyś w wymarzoną powieść.

Dopiero wczoraj, w dzień walentynek, a u nas w dzień chorego, odczułam Wiktorię, gdy dane mi było wśród gwarnej i serdecznej rodziny przyjaciół potrzymać w ramionach przez godzinę chorą dziewczynkę o tym imieniu, o której nie wiem czy spała, czy była świadoma, a jednak spokojnie oddychała i uśmiechała się. Znałam ją dotąd jedynie z filmów, zdjęć, opowiadań. Jak dobrze, że poznałam Ją osobiście. Dotarło do mnie to, co najważniejsze w dzień Walentego i każdy – miłość. Ta prawdziwa, codzienna, bez czekoladek, w ludzkich odruchach, życzliwości, gestach, nawet zmęczeniu codziennym. „Przychodzimy – odchodzimy leciuteńko na paluszkach”. Jako Bliscy próbujemy robić dla siebie różne rzeczy. Wykonujemy rozmaitość gestów, posługujemy często się siebie bojąc. „Nie wiem, czy w mojej samotności wystarczy miejsca dla Twojej”. Czasami wystarczy ze sobą po prostu być. Wchłonąć serdeczność wbrew wszystkiemu. Zawalczyć ze swoją trudniejszą stroną. Rozważam takie oczywistości, ale właśnie dzięki dzisiejszemu wolnemu czasowi pozwoliłam sobie na tę właśnie czynność, wyzwoleniem której było przyzwolenie rodziców, którzy pozwolili mi potrzymać Wiktorię w ramionach.

Od początku roku dotknęło mnie wiele pożegnań i świadectw miłości. Odejście po paśmie chorób Dziadzi Jerzego, który choć nie związany z nami krwią, a przywiązaniem do Niani naszej, Babci Halinki udomowiony. Po Jego śmierci wysłuchałam najpiękniejszego serdecznego listu o Jego odchodzeniu. Jakże ważny był dla mnie fakt, iż mogłam odwieźć ich oboje razem na lotnisko po raz ostatni, Jego prochy w urnie, Babunię i syna i to, że dane nam było Obu siedzieć przy stole trzymając się za ręce. Jakże ciepłe to były dłonie. Symbol córki, symbol mamy – choć obce niby sobie, potrzeba siebie nawzajem i uściski serdeczne.

Wczoraj przytulając Wikunię – myślałam o wszystkich drogich mi chorych, przede wszystkim Cioci Anuni, mojej Mamie Chrzestnej, która w gronie najbliższych świętowała z wujkiem rocznicę ślubu. Znają obie tajemnicę uśmiechu głębszego niż ziemski. Prawdziwie metafizyczne przeżycie za które z serca dziękuję.

Dziękuję też Wam za serce!
Rodziny mi brakuje. Dużej, rozrośniętej. Mojej własnej.