Na kłopoty – Ksiądz Antoni, maleńki cud pamięci

Zaniedbuję to pisanie, przyznaję. Spowodowane to jest dojrzewaniem i niechęcią do dzielenia się wszystkimi przemyśleniami. Szczególnie, że te z ostatnich miesięcy nie pasują do białego, pozytywnego bloga. Ale czasami korci mnie, aby napisać coś małego choćby. I zmęczona, w kołowrocie codziennym zapominam o tej chęci. Przemilczam ją.
Przed świętami narzuciłam sobie konstruktywne posty. Oddzielić komputerowo pracę od domu, wsłuchać w ciszę w samochodzie, nie rozmawiać przez telefon za kierownicą, i inne. Wzięłam sobie tydzień urlopu, aby poukładać dom, wyrzucić zeń tę straszną, przedłużającą się zimę. Chłopcy mieli wolne w szkole, planowaliśmy wiele, zdołaliśmy zrobić przeglądy zdrowotne. Napisałam tradycyjny list na święta, wypisałam mniej niż zwykle kartek, które teraz dopiero dochodzą do Bliskich, jak i ich – do mnie.

Zacytuję może ten list, gdyż stał się motorem dzisiejszego zdarzenia:

Zima nie chce odejść. Tak szybko mknie czas. Chłopcy rysowali już ozdobniki jajeczne, tym razem z pokemonami w stylu minecrafta, czyli w nowoczesnym kubizmie, zaczęli już zdobić jajka. Zakupiłam styropianowo-gipsowe i ciekawa jestem, czy zdadzą egzamin pod woskiem i w farbie. Muszę je wypróbować jeszcze w tym tygodniu, gdyż w sobotę czekają mnie warsztaty muzealne, później zwyczajowe – domowe. Święta tym razem nie u nas, najprawdopodobniej u przyjaciół. Byliśmy z Tuniem na wspaniałym przedstawieniu Pasji, bardzo nas poruszyło. Postaram się wybrać na nabożeństwa Triduum, na pewno na Glorię, moją ulubioną Mszę, a i może zabierzemy chłopaków na Rezurekcję.

Wszędzie, na każdym kroku staramy się mocniej wspierać, częściej przebywać razem i rozmawiać. Ograniczyłam sobie znacznie media na Wielki Post, właśnie poświęciłam tydzień urlopu na podróż w głąb siebie, korzystając z okazji, że chłopcy mieli przerwę wiosenną – poprzez pobyty u lekarzy ze sobą i chłopcami, sprzątanie myśli i nagromadzonych archiwaliów oraz walkę z podatkami. Na dworze było bardzo brzydko, ale czuję się mentalnie wypoczęta, uspokojona i pogodzona ze sobą. Udało mi się także zrobić częściowy porządek z ogrodem. Winorośl przycięta. Pozostały trawy i drzewka. Czekam słońca, lada dzień wysieję rośliny. Obiecuję sobie brak lenistwa ogrodowego i wykorzystanie potencjału przebywania na dworze. Ptaki śpiewają, a nam wszystkim tak bardzo zbrzydła ta zima. Na koniec urlopu zafundowałam sobie koncert Grzegorza Turnaua w doborowym towarzystwie i prześpiewałam prawie połowę. Powróciłam do siebie sprzed 21 lat, zrobiłam woltę czasową, pochyliłam się nad pięknym dźwiękiem i mądrymi słowami, które cały czas we mnie istnieją i nadal zachwycają. I ta ulotna konwencja żartu słownego na najwyższym poziomie i świadomość szczególności – że tu i teraz dzieje się coś z Krainy łagodności. Piękny prezent dla siebie. Dla ciszy w sobie. Nagrałam na komórkę fragmenty, które były najbardziej moje. Teraz mogę do nich wracać. Czyli zmieniło mi się medium, wróciłam do dawnego koryta, nie nagrywam już na walkmanie, nagrywam na smartfonie. A technikę nadal lubię i oswajanie przez nią otoczenia. Lubiłam tamtą siebie. Była mniej zmęczona i rozdrażniona, wszystko czekało, przyszłość była fascynująca, a ja ciekawa i pełna entuzjazmu. Ile mnie tamtej jeszcze pozostało?

Obecnie, tak jak dawniej każde spotkanie rozświetla naszą codzienność, każdy gest życzliwości, pamięci. Dziękujemy Wam za radość, jaką wnosicie w nasze życie. Za pamięć i modlitwy, które nam pomagają na każdym kroku.

Życzymy Wam prawdziwego duchowego Zmatwychwstania i głośnego, radosnego Alleluja. Jesteśmy z Wami, i choć w tym roku nie uda nam się przyjechać na wakacje, pozdrawiamy serdecznie! Okiełznamy tę rzeczywistość! Jeszcze będzie przepięknie! Między ciszą a ciszą sprawy się kołyszą. A my jak linoskoczkowie z nogami rozstawionymi po obydwu stronach oceanu. Łatwopalni, łatwopłaczliwi. Ten rok jest jak dotąd rokiem wyborów i zmian. Oby te zmiany były jednak na lepsze. 

W Wielki Czwartek wysłuchałam Mszy przez internet. Złożyłam życzenia moim bliskim księżom, m.in. ks. Antoniemu z Poznania. W Wielki Piątek miałam wolne i wybrałam wcześniej chłopaków z ich szkół, aby zdążyć do pobliskiej parafii na Drogę Krzyżową. Odprawiana była przez latynoskich wiernych, poruszająca; przemaszerowaliśmy ulicami w pełnym słońcu, śpiewając pieśni po polsku, angielsku i hiszpańsku. Trzymałam w rękach dłonie moich synów i czasami spod okularów widać było moje płynące łzy. Bardziej spostrzegawczy Tomek użalał się nade mną i zapewniał, że to nie naprawdę, a ja miałam mu okazję tłumaczyć, że płaczę, ponieważ kiedyś to działo się naprawdę. I też świeciło słońce, a dzieci chciały biegać i skracać drogę. Wieczorem zgodnie z życzeniem męża malowaliśmy pisanki woskiem z przyjaciółmi i znajomymi. Choć myślami byłam gdzie indziej, starałam się skupiać na liniach i wzorach. W Wielką Sobotę pojechaliśmy na Trójcowo, aby poświęcić pokarmy, a wieczorem – po kucharzeniu wyrwałam się na Glorię, która jak zwykle poruszyła mnie ogromnie. Chłopcy zrejterowali, ale zawalczyłam o siebie. Pojechałam, Koniki mieli dla mnie miejsce. wielkasobota30Mszą piękna, ludzie serdeczni, zapanowały mi w sercu święta. Pomyślałam o Bogoryjskiej Glorii, jeszcze z Dziadziem Baranem i o tej kapuście i o końcu postu, który u nas nadchodził. O dzwonach, kiju, który zrywał zasłonę i radości! Naszej wspólnej, pogloriowej kolacji tylko dla nas. Mąż nigdy tego nie przeżywał i uznaje swoje zasady, a ja się nie buntuję. Ale po powrocie i upieczeniu pasztetu go spróbowałam, bez poczucia postu. W tym roku postaraliśmy się wstać na Rezurekcję. Miałam wszystko wcześniej przygotowane. Panowie zostali momentalnie wystojeni, w kościele byliśmy przed 6:30. Siedzieliśmy pod amboną. Były i piękne fanfary orkiestry na trąbkach i chór i radość. rezurekcja28

Później dzień spędziliśmy u Hali i Jacka rozpieszczani. Tak miło przebiegł ten dzień, i choć chłopcy mieli kilka upadków – święta odprawione. W poniedziałek Tunio czekał z jajkiem – sikawką, nie chciało się nam iść ani do szkoły, ani do pracy.

A tam przygotowania do wystawy papieskiej. Tłumaczenie tekstów, do którego potrzebna mi była pomoc i Hali i przede wszystkim Taty, który czuwa za oceanem i pracuje, gdy ja śpię. I dzwoniąc po poradę co do nazewnictwa na Trójcowo – zatęskniłam za księdzem Antonim i tymi czasy, gdy pomagał mi w tłumaczeniu wystaw. Myślałam o Nim intensywnie. A dzisiaj zadzwonił z Poznania do mnie do pracy! Przebił się przez nowy system, zadzwonił, żeby podziękować za kartkę z listem. I odpowiedział na wszystkie moje pytania i wahania w tłumaczeniu. Cóż za radość. Cud pamięci w potrzebie. Obydwoje kochamy naszego Świętego. Toż to okazja do opisania! Bóg zapłać!

1000190_4347278820564_208560930_n