Tatul

   W maleńkim polskim miasteczku, które pewien mały chłopczyk przechrzcił z lubością na Bogoryjkę, żyje pewien dobry i czuły Pan, Tatul.

   Pracował zawsze dużo i wszyscy zaszczycali go, jak im się przynajmniej zdawało, powierzaniem mu odpowiedzialnych stanowisk. Podejmował się zawsze takich prac, denerwował, martwił o wszystkich, bolał nad leniwcami i przede wszystkim chciał dobrze. Kiedy zupełnie biedaczek osiwiał i jego niesforne córki zaczęły nazywać go jasnym blondynem z odzysku, postanowił odpocząć. Po raz kolejny zmienił pracę, powrócił do szkoły, do uczniów.

   Jaki jest ten Pan? Wyciszony, spokojny, ambitny i do szpiku kości dobry. Zawsze potrafi obserwować otoczenie, dostrzega maleńkie piękna w normalnych, codziennych rzeczach. Wyszykuje po lasach poskręcanych korzeni jałowca z których robi przepiękne lampy i świeczniki. Zrobione przez niego przedmioty nie są zwykłe, są stanowczo zaczarowane. Gdy się im dobrze przypatrzeć, to wyłaniają się z ich poskręcań głowy ludzi i zwierzątek podrysowane nożykiem. Po prostu Pan pomaga oglądającym dostrzec istniejące kształty dzięki swoim rzeźbiarskim dłutkom. Zawsze tak robił.

   Wszyscy jego znajomi wiedzą, że od zawsze kokietuje garnące się do niego dzieci rysowaniem. Bada takiego ciekawskiego bąbla pogaduszkami i gdy maleńki rozmówca wyrazi ochotę – wyciąga ręcznie podostrzone kredki, choć potrafi się zadowolić i skromnym ołówkiem, bądź też innym długopisem. Zabawa polega na tym, aby maluch namalował jakiś ślaczek lub zwyczajny bohomaz, literkę lub całkiem byle co, a Pan dorobił tej nieważnej rzeczy całą historię. Ile powstało z tych zabaw wspaniałych buziuń; ciekawych, powyginanych postaci; kosmicznych zwierzątek i nietypowych roślinek z charakterem. Zawsze praca przy rysowidłach akompaniowana jest śmiechem i przekomarzankami. Wypija się przy niej mnóstwo herbatek i uśmiechów, zjada ogromne ilości grubo krojonego ciasta z kruszonką (którą mistrzowsko kruszy sam Pan).

   Wielu z tych małych rysowników przechowuje swoje rysunki jak wspomnienia chwil jasnych i herbacianych. A nawet kilkoro z nich naśladuje Pana i w taki sam sposób zabawia dzieci – zawsze wtedy szczególnie mocno pamiętają kochanego nauczyciela. Te osoby w sławetny Dzień Nauczyciela wspominają swojego pierwszego pana od rysunków, którego uwagę, przychylność i czułość poprawiania gryzmołów miało się tylko dla siebie. Te osoby, choć oddalone od Pana, zawsze mają odłożone w sercu przeznaczone dla niego pachnące bukiety nigdy nie więdnących kwiatów. W tych bukietach herbaciana wdzięczność przeplata się ze słonecznym rozbawionym wspomnieniem, wspierana zieloną i zawsze świeżą sympatią.

   A Pan czasami w szkole nie dostawał nawet symbolicznych kwiatów od bezmyślnych, dorosłych uczniów i było mu smutno. Nie wiedział biedaczek o tych pachnących bukietach, jakimi był zawsze otoczony… Powiemy mu o tym, prawda?

   Pan także rozumie ból każdej domowej rzeczy. Ma złote ręce z zabawnym kciukiem-podstawką i specjalnie przyciętym paznokciem do wybierania wiórek z rzeźb i sprawiania fujareczek. Cała rodzina i wszyscy znajomi zwracają się do niego z prośbami o pomoc. Reperuje nożom trzonki, podkleja obrazki, przycina listewki, podaje szufladom i drzwiom syrop na skrzypienie, pomaga kluczom odnaleźć zamki, dzięki którym mogą się czuć użyteczne. Pomaga starym krzesłom wytrzymać kolejne lata z ludźmi, którzy myślą, że porządne krzesło to także huśtawka. Rozumie świetnie mowę kranów i bojlerów, służących w małych miasteczkach do ogrzewania wody. Jest wyrozumiały dla krzywych podłóg swojego drewnianego domku i pod meble, aby stały prosto, mozolnie podstawia drewienka i podpóreczki. Przez to nie lubi przemeblowań, bo z każdą krzywą podpóreczką zaprzyjaźnia się. Powierza im specjalne misje, więc nie może odbierać im pracy. Ulepsza codzienność. Ile te malutkie dbania dają domowi. Dom Pana za nie kocha.

   Kiedy Pan znajdzie choć chwilę odpoczynku od swoich rozlicznych naprawianiowych spraw i przytuli się do pieca, lub siądzie z pachnącą kawusią przy kochanym, okrągłym, naprawionym oczywiście przez siebie stole – rzeźbi.

   Spod zręcznych palców wychylają się główki mądrych tego świata. Z obciętej gałązki wyczarował buńczucznego chłopczyka stojącego w rozkroku. Wyrzeźbiona przez niego poważna głowa, poważnego drewnianego pana ma otwór na świeczkę i jest dzięki temu „światłą głową”. Kiedy jego córeczki były małe i w polskich sklepach nie było zabawek – wystrugał im Myszkę Miki i Śnieżkę. Tak lubi pomagać rzeczom, że rzadko rzeźbi, a szkoda.

   Pan uważa, że szlachetne wzruszenie nie ośmiesza. Nauczył córki pokazując im swoją uczuciową Panią, a ich Mamunę, że można płakać przy muzyce, podczas czytania lub słuchania i dzięki łzom przeżywa się wszystko lepiej. Z zażenowaniem przyznaje w pięknych listach, że łzy Mu się kręcą pod powiekami, gdy czyta życzenia na Swoje święta przysłane z daleka przez kochające Go osoby.

   Ostatnio Pan znalazł nową pasję – wszedł na emeryturze w szeroki, wirtualny świat dzięki Swojemu blogowi, Tatulowym opowieściom. Czuwa nad swoimi córkami za pomocą emaliowych listów, Skypowych rozmów, jest obok nas z radą i dobrym słowem, choć rozdzieleni jesteśmy wieloma kilometrami. Jest naszym punktem odniesienia, naszym prywatnym Zawiszą, do którego się można zwrócić w każdej chwili. Przesiedział niejedną noc walcząc ze zmęczeniem i sprawdzając moje tłumaczenia. Czuwa odległy o kliknięcie. Jest obok. 

   Jestem jedną z niesfornych córek tego Pana. Dlatego wiem, za co nie można Go nie kochać. Niech ta bajeczka będzie upominkiem w dniu Jego święta.

Czterdziestolatka

   Minęły moje urodziny. Wiązało się z nimi wiele rozmyśłań i lektur. Miłe wyjście z przyjaciółkami do świetnej włoskiej restauracji, podróż z mężem w poszukiwaniu nas sprzed lat. Kwiaty, życzenia i laurki. Dziękuję. Wszyscy, którzy chcieli być ze mną w jakiś sposób – byli.

   Solidnie stoję na moich własnych czterech dekadach.