Tato Mieczysław, Dziadzio Mieciu, Pan Kierownik, Druh Komendant

Trwaliśmy na modlitwie. Codziennie, sami nie wiedzieliśmy o co się modlić – zdrowie? Brak bólu? Pogodzenie z wolą Boga? Wyzwolenie? Modliliśmy się o wszystko. My z dziećmi głośno. Mariusz w duszy, cicho. Cisza, jaka w nas narastała była kosmiczna, bardzo ciężka. Telefonami nie trafialiśmy na dobry czas. Uwieraliśmy Ich codzienności. Bardzo odczuliśmy to rozdzielenie oceaniczne. Przyjaciele nas wspierali, za co dziękujemy głeboko i z ważnym, należnym pokłonem, szacunkiem. Bałam się telefonu. Wiadomość nadeszła mailem. Moi rodzice zawiadomieni przez Mamę Zosię dali nam znać do polskiej szkoły. Powadomiłam Mariusza. Poszliśmy z chłopcami do kościoła. Pomodliliśmy się żarliwie, zapaliliśmy świece. W powrotnej drodze dzwoniłam na komórkę Mamy. Łkaniem prosiłam o pożegnanie od nas Taty. Dowiedziałam się o spowiedzi i ostatnich sakramentach, dramatycznych zaszłościach Mamy z księdzem, współczułam. W domu zapaliłam świecę na kominku, przed drewnianym, zrobionym przez Dziadzię Zimka krzyżem. Tkwiliśmy w letargu. Mariusz już nie chciał dzwonić po nocy. Byliśmy zaproszeni do przyjaciół. Ubrałam się bardzo kolorowo, ostatni raz. Atmosferą, rozmowami, zaklinaliśmy czas, ale i on nadszedł z ustaniem polskiej nocy. Znów pośredniczyli moi rodzice. Tato odszedł w sobotę po 22, a Mama poczekała z tą wiadomością do naszego rana. Ofiarowała nam kilka godzin oderwania. Wychodziliśmy od znajomych wiedząc, ale milcząc. Tak chciał Mariusz, metodą Taty, aby nie mącić innym nocy. W domu telefon do Polski i poważne rozmowy. Moje zrozumienie dla żałoby Mariusza, którą pragnął przeżyć po swojemu. Decyzja o tym, kto pojedzie. Zamówienie biletu. Działanie. Modlitwa i zakupy. Naręcza czerni. Już nie tej eleganckiej, a tej, która kojarzy się teraz jedynie z żałobą. Tydzień obcowania z synami dla mnie, a dojrzewania w synostwie dla męża. Jak szybko napełniają się łzami oczy wnuczków. Jak łakną zapewnień, że Dziadziuś już nie cierpi, ale czeka na nas w niebie. Namalowali serca, które pożegnały Dziadziusia. Mariusz poleciał w poniedziałek, przeżył wszystko bardzo. A my zostaliśmy w domu. Oglądaliśmy filmy i zdjęcia. Poszliśmy na Mszę we środę. Zjawili się na niej przyjaciele. Zdałam sobie sprawę jak wiele wspomnień wydarzyło się w naszym domu. Skanowałam je, układałam w pliki, szeregowałam. Próbowałam ogarnąć.

Kochałam mojego Teścia. Nasze relacje stawały się trudniejsze z biegiem lat, ale wiele mnie nauczył. Widzę Jego odbicie w mężu, synach. Był królem wypoczynku – nie miał go wiele, ale, gdy go miał – potrafił go smakować, najczęściej leżąc a kocu, podłodze, trawie. Sam będąc kierownikiem nie znosił kierowania, organizował ludziom czas, a nie chciał pokazówek, zwłaszcza w rodzinie. Opowiadał fascynujące historie; o sąsiedzie, co konie dusił; o zagonach kontraktowanej mięty; o ojcu wójcie; o służbie w wojsku i Warszawie, obozach harcerskich, kumplach z młodości, psikusach na zabawach; o swoim stosunku do ojcowizny i matki.

Na drugie miał Julian. Zawsze w tle musiało brzęczeć Mu radio i uważał, że w prawdziwej kuchni trzeba się móc położyć. W ogródku zawsze winno być coś do „ućknięcia”. Nosił krawaty ode mnie, nawet ten rudy w rozmyte kwiaty. Nauczył Tunia wybierać proszki spomiędzy palców u stóp i teraz nie wejdzie do wanny, jeśli tego nie zrobi. Lubił paprotki, kupiłam więc dwie, aby każdemu z wnuków przypominały Dziadzia. Dodawał powidła do bigosu. Ziemniaki miały parzyć w usta. Pięknie pisał, miał to swoje M z zawijaskiem, akceptował moje pismo, miał jednak zastrzeżenia do trzymania przeze mnie pióra. Zasadził u nas dwa drzewa. Palił ogniska przez całe życie. Piekł jabłka w kominku. Był wspaniałym dziadkiem, wymyślał zabawy i po prostu był obok, pochłonięty tym, co się działo. Potrafił zainteresować wszystkie dzieci. Miał dar.

Tęsknimy za Tobą Tato!