Razem mozemy zdzialac cuda

Pisze znow na uczelni. Nie mam ani minuty w domu. Jak trudno jest uczestniczyc w chorobie kogos Bliskego. Niektorych slow nie wolno glosno mowic, niektore mysli nalezy bardzo szybko usuwac. Panuje pozorny spokoj, ale sny budza leki. Trudno jest kochac i wspierac na odleglosc, szczegolnie teraz. Modlimy sie bardzo intensywnie z chlopakami o zdrowie Dziadzi Miecia. A i Was prosimy. Mamy przyjaciol do tanca i do rozanca. Gdy Mariusz mial pojechac do Polski – przyjaciele zamowili Msze swieta, i wszyscy sie na niej stawili. We srode wieczorem. Pojechalam tam zaraz po pracy – bylam u spowiedzi, a pozniej sluchalam litanii i odwrocilam sie dopiero na znak pokoju. Stali za mna. Murem, grupa. Ta sama, ktora stawia sie na chrzcinach, urodzinach, imprezach. Wzruszenie poruszylo mnie niebywale. Prawdziwa grupa modlitewnego wsparcia. Poznajemy w biedzie – prawdziwych przyjaciol.

Dwutygodniowy pobyt Mariusza w Polsce byl dla nas rekolekcjami. Dla kazdego z nas innymi. Mariusz przeszedl przez zderzenie rzeczywistosci odmiennych, jakoby cofnal sie w czasie. Nie chce zbyt wiele mowic o przemysleniach, mowi o smogu, jaki wisi nad opalanymi czym popadnie wioskami, o ekogroszku, ktory dominuje rozmowy i o poczuciu bezsily wzgledem sluzby zdrowia.

A dla mnie jego wyjazd byl naznaczony choroba chlopcow. Blonnica z grypa, zarazliwa bardzo osadzila nas na 5 dni w domu. Zakupy z przeszkodami anegdotycznymi. Chore dziecko w kolejce i przemawianie do zawzietych kolejkowiczow. Dom, pomoc Moni z inhalacja, syrop przywieziony przez odwazna Ale, sterydy, nawadniania, czuwanie. Obejrzelismy wiele starych filmow rodzinnych – m.in. nasz slub sprzed 19 lat. Chorzy chlopcy, o dziwo, byli bardzo zainteresowani szczupla mama i mlodziutkim tata. Gdy ogladalismy cywilny – powiedzialam, ze nadal mam ten kostiumik wlasnego projektu, a Tunio chcial go dotknac. I tak lecial nasz archiwalny slub, a kostium spoczywal u naszych stop jak namacalny gwarant tamtych czasow. Posluchalam specjalnie dla nas stworzonego kazania ksiedza Wiesia Gibaly, z tymi wszystkimi cytatami z moich listow, ktore postrzegal jako wiersze. I chcialabym to kazanie spisac, zeby utrwalic sobie ponadczasowe slowa bliskiego mi kaplana, ktory zginal w gorach Kaukazu. Jest dla mnie symbolem, wyznacznikiem zwyczajnej nadzwyczajnosci. Bog mi zeslal te chorobe dzieci, abym mogla poklonic sie z oddali nad choroba Taty Meza. Odnalazlam nasze wspolne zdjecia i nagrania, z naszych wspolnych chwil w tym domu – te najrozmaitsze miny, to moje przymuszanie do dokumentacji i jego wzbranianie sie przed czyms na pokaz. I te wazne momenty z zycia chlopcow – powitania, karmienie, pierwsze kroki, ulubione zabawki, przejazdzki rowerem Dziadzia, nauka jazdy na wlasnym  rowerze, pieczenie jablek w kominku, palenie ogniska, nauka poprawnego trzymania olowka, pedzelka, kredki. Cwiczenie nadgarstkow, wierszykow, piosenek. Opowiesci o mlodosci, hodowli ziol, krow, Mikulowickich czasach, wspomnienia. Tak wazne sprawy codzienne, o wiele wazniejsze po latach niz male sprzeczki, roznice zdan i podejscia. Dobrze, ze krecilam, moge teraz skupiac sie na tym, co wazniejsze, ponadczasowe, mozemy z chlopcami utrwalac milosc, ktora wpisana byla w kazdy gest. Modlic sie zarliwiej, prosic o zdrowie, lagodny przebieg choroby, zrozumienie, ulge w bolu, otworzenie sie na wiare. Sama nie wiem o co jeszcze.

Dlatego milcze, gdyz wszystko inne, gwaltowny wybuch lata, ktore jakby przenioslo cale Chicago na wakacje florydzkie i powrot chlodnawej wiosny, wydaje sie malo wazny w porownaniu z cicha walka Taty. I czekaniem. I godnoscia. I miloscia, jaka sobie okazuja Rodzice. Metoda Kamizelki Prusa.

               Wierze w modlitwe i prosze Was o nia. Razem mozemy zdzialac cuda.