Lilijkowa lekcja

    

Kiedy odchodzi ktoś bliski składamy wszystkie nasze wspomnienia o nim w książkę, którą oglądamy wciąż na nowo.  Mnie zdarza się ostatnio łączyć odejścia.  Przez trzy miesiące odchodził co miesiąc ktoś bliski – Pani Sabina, w której pożegnaniu odnalazłam pożegnanie moich babć, sąsiadek z Polski i cioć. Jerzy, a raczej Sylwek – w którego pożegnaniu żegnałam wujków i bogoryjskich znajomych, wczuwałam się w Bożenę, a raczej Ewę i przeniosłam się do Bogorii, Staszowa.  Przeżyłam te dni w jakiś sposób jako zaległe pożegnania w Polsce, na których nie byłam i nawet w myślach je pominęłam, wymazałam. 

   A ostatnio odszedł druh Zbigniew Kobus. Jego odejście zbiegło się z 20. rocznicą śmierci mojego Dziadzia Józka – Tomka.  Druh pracował w MPA jako wolontariusz, był delikatny, oddany ludziom, elegancki, cierpliwy, wyrozumiały, o niezapomnianej kindersztubie.  Mentor w wielu sprawach, pełen taktu i spokoju.  Zbigniew – oznacza tego, który pozbył się gniewu. I takim był druh Zbigniew. Gdy dowiedziałam się o tym, że przez chorobę nieszczęśliwie spadł ze schodów i na wskutek obrażeń zmarł w szpitalu, zrobiło mi się bardzo smutno.  Że nie uparłam się go odwiedzać, że gdy przestał do nas przychodzić – poprzestałam na kilku telefonach.  Zajęłam się kimś innym. Pożegnanie odbyło się w tydzień po śmierci, oddzielone od niej epokową śnieżycą, jaka nadciągnęła nad Chicago. Miałam cały tydzień myślenic z „Przychodzimy, odchodzimy, leciuteńko, na paluszkach” pod powiekami, bo jakoś mam piosenki właśnie tam umiejscowione. 

   I rozmyślałam o nauce, jaką nam dał przez wspólnych wiele lat, i składałam te wspomnienia w książkę.

   Pożegnanie mnie odmieniło. Pożegnanie harcerskie. Druh w mundurze, uśmiechnięty, jego ordery w gablotce, a na sercu podwójna szyszka od zuchów. Widoczny guz na głowie. I ten spokój, i ten uśmiech, i ten wieniec w formie lilijki. 

   Gdy byłam w harcerstwie w Polsce – zawsze mi czegoś w nim brakowało. Właściwie Kogoś – Boga. Było całkowicie pozakościelne.  Harcerze osobno, Oaza osobno, choć ci sami ludzie często byli w obydwu kręgach w małych miejscowościach z mojej młodości.  A na studiach przeminęło zainteresowanie, później wyjechałam.  Moi teściowie poznali się w harcerstwie, jest Im bliskie, działali w nim już w dorosłości.  Mama Zosia świetnie porozumiała się z druhem Zbigniewem.

   Podczas pożegnania dorośli mężczyźni i kobiety, mieszkający całe życie w Stanach lub tu urodzeni – łamiąc i potykając się na polszczyźnie – żegnali się z Druhem w szacunku do Niego, po polsku.  Prezes Koła AK swoim przemówieniem zadziwił wszystkich. Blisko 200 osób zamarło, wielu szlochało słuchając po raz pierwszy w życiu historii życia Druha.  Zawsze jej strzegł, nie mówił o Sobie, wychodził wcześniej z fet, żeby przypadkiem do głowy nikomu nie przyszło honorowanie Druha. A tu dowiedziałam się we łzach, że na herbatkę do mnie przychodził i wypytywał o malców bohater jakby wyjęty z Kamieni na szaniec, ten, który malował swastyki na szubienicach w Alei Szucha, zamontował plakietę z napisem po polsku o pochodzeniu Kopernika na jego pomniku w miejsce niemieckiej, powstaniec warszawski ze śródmieścia, jeniec, później absolwent IIT, chórzysta Lyric Opera, kościelny Matki Bożej Anielskiej.  Odwiedzał opuszczonych i samotnych, opiekował się bliskimi. Codzienny święty, „który wymodlił sobie łatwą śmierć” – jak powiedziała Jego siostra.

   Miałam przemożne poczucie, że chciałabym przeczytać Jego szczegółową biografię. Zapamiętam to, że był nazwany wujkiem Chipmunk z racji swoich „wysokich” policzków. A najbardziej wzruszały mnie piosenki, których uczył swoich zuchów – w średnim obecnie wieku i  harcerzy. Był w nich Bóg. To były te pieśni, które przyjechały z nim z przedwojennej Polski i w USA przetrwały nie ocenzurowane.  Dlatego myliłam się śpiewając.  Pamięć dyktowała inne zakończenia zwrotek. Nigdy z nim nie śpiewałam, nie wiedziałam, że śpiewa.  Mogłam się, durna, tyle nauczyć.  Nauczyłam się teraz.  A gdy na koniec zrobiliśmy krąg i zaśpiewaliśmy „ognisko już gasi złoty blask (…) Bóg jest tuż” przyszedł mi na myśl miły i sympatyczny sąsiad z Bogorii druh Tadeusz Wójtowicz, który też niedawno odszedł.  Na sali było wielu starszych ludzi, podobnie ubranych, o podobnych cechach do moich sąsiadów z Bogorii. Ten harcerski szyk, ta nieuchwytna uroda piękniejąca, pasująca do munduru. Komentowałyśmy z Halką jedynie monosylabami spostrzeżenia z tego niecodziennego wydarzenia, płacząc ramię w ramię. Wracając z pożegnania jechałam tą samą drogą, fizyczną i myślową jak od Pani Jo-Mary Kani Piegzik i Profesora Franka Kujawińskiego, z krainy łagodności przy Harlem.  

   Każdy cytuje przy takiej okazji ks. Twardowskiego.  Miał bowiem rację.  Pamiętam naszą dyskusję i oburzenie druha na poczynania młodzieży na paradach 3 Maja – na umalowane twarze, obwijanie się flagami.  Lepiej rozumiem owe święte oburzenie.

   W sobotę byłam na pogrzebie w wielkim kościele, na Marianowie, w którym zabrakło organisty. Warty honorowe zmarzniętych chłopców. Hymn harcerski głośno wyśpiewany przez przyjaciół. 

   Pojechałam na cmentarz. Maryhill – Jerzy też tam spoczął. 

   Zalany słońcem. Polski prawie, kończący się przestrzenią. Druh wyławiał drogi swoje, nie te oczywiste – te potrzebne. Pogładziłam trumnę na pożegnanie.

   A w poniedziałek w radiu bardzo mi drżał głos, prawie rozpłakałam się na antenie.

   Druhu Zbyniu, przepraszam za opuszczenie ostatnich lat.  Dziękuję za lekcję o prawdziwej lilijkowej cnocie.

   Chciałabym, żeby moi chłopcy zechcieli być zuchami.