Pani Sabina

     Poruszenie, przejęcie, wzruszenie i rozrzewnienie.  Trudno nawet podać w skrócie, nad ranem, prawdziwy wymiar ostatnich tygodni.  A jakoś nie godzi się przejść nad tym wydarzeniem niemo.  Skrajne zmęczenie doprowadza mnie do zasypiania na siedząco.  Wszystko się komplikuje i zapętla.  Narasta we mnie bunt popychadła.

   Odchodziła już czas jakiś.  Skupiona w sobie i na sobie, odmawiająca jedzenia, niecierpliwa.  Przy każdej z wizyt odczuwałam jej niejaką ostateczność.  Przedostatnia była życzliwa, bliska rozmowa i ważne słowa płynęły kojąco.  Ostatnia wizyta, gdy podrażniona niewyspaniem Pani Sabina zdawała się popychać spojrzeniami na zegarek nasz wspólny czas, gdy Jej niecierpliwa, chłodna ręka podnosiła puszkę z napojem do ust, gdy żadne moje słowo zdawało się nie docierać.  Dopiero, gdy musiałam wychodzić po kwadransie w ciszy z Jej dłonią we własnych, te słowa się znalazły, pośpieszne.  A w poniedziałek wybrałam rodzinę.  Pojechałam z chłopcami do lekarza.  Choć czułam, że mogłabym Ją odwiedzić; a chciałabym być na spotkaniu z Olgą Tokarczuk – wybrałam nas, wspólny, codzienny czas, zakupy z krzykiem oranżowej torby, symbol walki o siebie.  Pamiętam zachodzące tego dnia słońce i dotyk małych dłoni moich synów, ich radość.  We wtorek wiadomość o 10:50 rano, piękny dzień, chaos spowodowany decyzją dotyczącą ustaleń pogrzebowych, towarzyszące temu burzliwe dyskusje.  Konieczność zakończenia rozdziału, jaki kiedyś napisałam, nagląca potrzeba spokoju przy pracy.  I wspomnienia.  Chwil dobrych i anegdotycznych, chwil pouczających. Artykuł ze zdjęciem portretu, jaki wykonałam komórką obiegł wiele miejsc, publikowany wciąż na nowo.  W domu szeregowałam zdjęcia, wyłuskiwałam z plików okruchy naszej wspólnej historii, odnalazłam filmy.  Wyłoniłam z nich te radosne, bez smutnych fragmentów, opublikowałam je na profilu bibliotecznym Fb.  Pisałam pracę na zajęcia, otworzyłam puszkę z Pandorą muzyki, moje przemyślenia poruszyły profesora jako wybitnie osobiste. 

   Pomimo starań – stało się tak, jak miało się stać.  Odebrałam lekcję akceptacji amerykańskich zwyczajów.  Pani Sabina w rogu Sali Głównej, pod witrażem wyglądała, jakby zawsze tam była.  I w pamięci już zawsze tam będzie. W powodzi kolorowych jesiennych kwiatów, w turkusowym kostiumie o tym samym odcieniu, co dominanta kolorystyczna witrażu.  Znów zapłakałam.  A później pojechałam na koncert Jana, młodego chłopca przypominającego Paderewskiego.  Płakałam przy Nokturnie, którego dedykowałam Sabinie.  I wracałam do domu obok Muzeum, wygaszonego, w którego centrum spoczywała przez noc przed ostatnią drogą.  Rano obowiązki powiodły mnie na Uniwersytet Loyoli, gdzie przyszło nam prowadzić panel poświęcony Muzeum.  Wszystko udało się na czas, byłam dumna z Hali.  I tylko ona towarzyszyła mi na pogrzeb.  Odgrzałyśmy naszą przyjaźń.   

   W Sali Głównej już Jej imienia było niewiele osób.  Ale były to osoby naprawdę dla Niej ważne. Za karawanem pojechałyśmy z Halą i Wujkiem w kawalkadzie samochodów przepiękną, ostatnią trasą prowadzącą przez Sabinowe Chicago.  Deszcz i subtelne kolory dojrzałej jesieni, muzyka Chopina i Paderewskiego, Augusta, Humboldt Boulevard, Bernard Avenue, Logan Square, Elston i Milwaukee.  Tyle wspomnień. 

   Udzielono mi ostatniego słowa nad trumną.  Nikt więcej nie przemawiał.  To był dla mnie najtrudniejszy moment ostatnich dni.  Obietnica kontynuacji, słowa dławiące, ostateczne, na które brakło wcześniej odwagi, wypowiedziane.  Czy byłam żałosna? Nieważne.  Kilka uścisków moich przyjaciół pokrzepiło mnie.  Jestem tylko sobą.  Toodle-loo Pani Sabino!