Jeszcze w zielone gramy

Mój starszy syn właśnie wychylił się z sypialni z zapytaniem – Mamo! Jak się nazywa to dwa zero zero? – Dwieście! – A, dziękuję! Liczę barany! I słychać wszędzie, jak scenicznym szeptem usypia sam siebie.  

Dwie śmierci, Pani Halinki i Pani Małgosi, obydwie na raka, wypchnęły mnie dzisiaj do lekarza.  Mam skierowanie do szpitala na badanie tarczycy i mammogram, pobraną krew i obejrzane gardło, gdyż nie mówię od dobrych 4 dni.  Mariusz mi przywiózł antybiotyk.  Mam się oszczędzać.  A raport z Facebooka i jego wykorzystywania przez biblioteki kwiczy coś niejasno po angielsku.

Panią Halinkę pamiętam ciepło, z pierwszych dni pobytu w Stanach, z pierwszych tu świąt.  Pamiętam, jak zgromadziła całą, daleką nawet rodzinę, zrobiła niesamowite ozdoby – gałęzie podświetlone światełkami.  Pamiętam rozmowy w jej ciepłym domu, w którym przystań odnalazło tylu Bogorian.  Pamiętam fronton wysypany florydzkimi muszelkami i to pragnienie, aby się tam przenieść, do córki.  Przeniosła się i wraca właśnie.  Miła kobieta, taka swoja i życzliwa.  Wybiorę się Ją pożegnać.

Panią Małgosię pamiętam inaczej, przypominam sobie jak fachowo nam pomagała, jak ciekawie zadawała pytania, jak dzielnie walczyła z chorobą, jaka była pełna życia, jak śpiewała pełną piersią hymn na obchodach 3 Maja.  Pamiętam także, jak dwa tygodnie temu Jej mąż prosił w modlitwie powszechnej, aby dobry Bóg zachował Ją przy życiu.  

Najdalej w zeszłym tygodniu profesor na zajęciach polecił nam blog, który go zachwyca prostotą.  http://succcess.org/2009/11/write-your-own-obituary-the-best-advice-nobody-ever-gave-me/#more-99 , a tam znów odnalazłam poruszającą radę: napisz swoją klepsydrę.  

Na dictum ostatnich dni, na moje porażki i sukcesy ortograficzne wystarczy zanucić: Jeszcze w zielone gramy… pójść się przebadać, dać się ponieść chwili i nią cieszyć.  Tunio pyta co to jest trzy zero zero…

Wyzej nerek nie podskocze, sama wiem

   Pan Wieslaw Golas niedawno obchodzil 80 urodziny.  Zrobil mi Facebook powtorke z rozrywki.  Ladne dni wrocily i wszyscy ciesza sie, biegaja, wygrzewaja na sloncu.  Zyc sie chce.  Wszystkim. 
   Wiedzialam od kilku dni, ze Pani Sabina jest bardzo slaba, gloduje, narastala we mnie ta wiedza.  Tydzien zaczal sie trudno, od niepewnosci Tomka i jego pierwszych dni w przedszkolu.  Strach przez nieznanym, lzy, rozdarcie i ucieczki.  A pozniej, po dwu godzinach odbieranie dumnego z siebie i promieniejacego dziecka.  Zyzn.  Nasza Niania zlamala zebro, co tylko dodalo cierpienia do jej istniejacych juz problemow zdrowotnych. 
   We srode postanowilam pojechac do Sabiny przed praca.  Jest krucha jak skorupka.  Slucha, odpowiada, ale powtarza sie bardzo.  Nawet polski chleb z maslem nie zadzialal.  Zanioslam jej wszystkie kolory z ogrodu.  Na dworze bylo pieknie.  Podziekowalysmy sobie, pozegnalysmy sie. Uscisk jej dloni czuje ciagle. 
   Nie moglam sie zabrac do pracy domowej na dzisiejsze zajecia.  Przesiedzialam blisko dwie noce.  I bylo dobrze.  Ale jednak nie.  Przed chwila okazalo sie, ze moja domena wyswietla kody po chinsku i wszystkie sztuczki podrzucane przez instruktora nie dzialaja.  Balam sie, ze to moj problem.  Brak zrozumienia konkretnej terminologii, a tu nie.  Jesli ktos, kto wyklada nie moze tego naprawic, to oznacza, ze wkradl sie jakis blad systemowy.  Ulzylo mi.  Zadzwonie jutro do domeny.
   A dzisiaj bede juz dla siebie dobra.  Pospie. 
 

Wśpiewać w siebie spokój

Post dedykuję Pani Helence, która śpiewa sercem, w Jej urodziny!

Obchodziliśmy ostatnio szesnastą rocznicę przyjazdu do Stanów.  Pojechaliśmy na grzyby do Friendship.  Zawsze było tam miło.  Ale tym razem bawiłam się jak nigdy, właściwie nie bawiłam, a radowałam.  Spowodowała to troska przyjaciół? Mądre, nieśpieszne rozmowy?  Wspólne gotowanie?  Spacery po lesie?  Nalewki?  Widok absolutnie szczęśliwych dzieci, umorusanych i w ciągłym ruchu oraz zrelaksowanego, spontanicznie tańczącego Zorbę męża?  Zapach maślaków?  Podróż sceniczna na sobotnią Mszę?  Absolutna cisza wieczoru potęgowana niebiem gwiaździstym, które już we mnie?  Lekcja rodzinnej radości w wykonaniu Ogórków?  

Z pewnością.  Ale uwielbiam wśpiewywać w siebie spokój.  Nic to, że nagrania obnażają niedostatki głosu.  Poczucie jedności przy wspólnym śpiewie jest dla mnie ważniejsze niż dyskusje.  Dłużej je zapamiętuję.  To warstwowanie i zdziwienie kto jaką drogą pobiegł za melodią, jest pewnie namiastką odczuć, jakie mają podczas grania muzycy jazzowi.  Ta kwadrofonia, polifonia dźwięków, gdy chce się stać blisko przy przyjaciołach w śpiewie i współuczestniczyć.  Przypomniałam sobie słowa już dawno zapomniane.  Ochrypłam.  Ochrypnięta też śpiewałam.  A jak się raduję i śpiewam, to przeganiam wszelkie smutki.  

Takie mgnienia wystarczy potem nanizać na sznurek.  Z migawkami wspomnień, kwintetem przy nadrannym Krywaniu.  I z tym uzbrojeniem stawić czoła kolejnej lekcji.  Może kiedyś odnajdę swój chór?  I głos mnie posłucha?  I ja go pokornie też?