Odchodzenie, dwa okrągłe stoły i batalia

   Pożegnaliśmy dwóch wujków Jurków. Obydwoje, tydzień po tygodniu – a jakże odmienne było przeżywanie tych wydarzeń. To zupełnie nie nastrajało mnie pisarsko.

   Odwiedzili nas mili goście. Basia i Jaś. Zaprosili pod niebo – w chmury na Hancocka, gdzie oderwani od przyziemności porozmawialiśmy do syta – siedzieliśmy przy najlepszym okrągłym stole z widokiem na prawie cały horyzont, nocą. Zaprosiłam ich na Trójcowo i do domu – pod kościołem, w odmiennym nastroju, ale też przy okrągłym stole zjedliśmy żurek. A w domu asystowali mi w najbardziej śnieżnym dniu tego roku, pojechali w zaprzęgu po Tuńka na przystanek saneczkami.

   Małżonek odpoczął w Salt Lake City. Przywiózł mi srebrny medal za odwagę w walce z zimą. Podczas jego nieobecności było nawet małe trzęsienie ziemi. Dosłownie.

   W pracy trwoga. Pogotowie alarmowe. Strach przed zwolnieniami. Z pomocą najbliższych skleciłam apele i ujeżdżam emalie, facebooki i inne media, otworzyłam nawet konto na N-K. Mam nadzieję, że coś to da.