Przychodzimy, odchodzimy

   …leciuteńko, na paluszkach. CzElunia odlecieli. Żegnaliśmy się ze sobą już czas jakiś. Ten napiętnowany odjazdem był wyraźniejszy, dobarwiony – mocniej przeżyty. Wspólna wyprawa do muzeum Dzikiego Zachodu, do miasta i ta przed odlotem – do szkół i na łąkę.

   Już doleceli po wielu godzinach podróży, Tatul zadzwonił z lotniska. W domu została maszyna do szycia od Pani Helenki z wyszlifowanym przez Tatula blatem, moje kąty oświetlają dobre lampy z Bogoryjki, przetwory Mamine działają jak baterie energii, lustro Babci ma ozdrowioną ramę, krzewy przycięte, pomidory podwiązane, wierzby poodginane, w szufladach ład, okna błyszczą; naprasowane, karmniki odmalowane, meble polakierowane, trudno nawet wymienić wszystkie udogodnienia – mam Dwoje Pracusiów za Rodziców. A jeszcze przed odlotem udało się z pomocą wujka Zdzisia przeprowadzić składkę na kościół w Bogorii. Na lotnisku odrysowałam Ich dłonie, wpisali mi w nie życzenia.

   Tak dobrze, że mogliśmy ze sobą pobyć, że dane nam były te dwa miesiące. Wszak najważniejsze, co mamy to wspólny czas.

   Z tym bagażem miłości wchodzę w nowe. Spokojna Kasia bawi się z Tomusiem, który jej tłumaczy po swojemu – fadzio, fadzio, fać – buch. Wczoraj powiedział specjalnie z dedykacją dla Babci – apple. Tunio pięknie ubrany, z nowym plecakiem pojechał do zerówki autobusem – pani kierująca to Polka, poznana w zeszłym roku. Nowa pani w przedszkolu jest miła.

   Ja swoje szkolne podboje rozpoczynam 4 września. Świat się zacieśnia… 

Z Biskupiego Wzgórza do Świętego Józia w aurze tłumaczeń z tomskiego

Ale fajnie jest mieć wakacje. Też mi odkrycie, niewielkie, a jak cieszy! Najpierw wyprawa w roli artystki ludowej z mężem do Bishop Hill. Przemyślne pakowanie, malowanie pisanek ponocne i wyprawa przez pola kukurydzy do miasteczka, w którym czas się zatrzymał gdzieś w minionym XIX wieku. Festyn w parku na głównym placu, stanowiska pod namiotami, ludzie w staroszwedzkich kostiumach, muzyka, galerie, artyści, tańce w starej szkole i cisza kompletna, aż dzwoniąca i małe galerie z cudami i nawet artystyczna stodoła, przychylni ludzie w restauracyjkach, odwiedzający, twórcy, organizatorzy. A ile pomysłów na przyszłe wytwory, a ile miłych, nieśpiesznych rozmów. Jaki oddech. Dzieci odwiedzały licznie moje stoisko, fascynowały ich drewniane jajka – szczególnie czerwone i różowe. Moje trafiły do nielicznych. Spotkanie z ukraińską artyską panią Verą także mnie wiele nauczyło. Zapamiętam wykład z komputerem o pisankach wygłoszony wśród bel słomy, życzliwość ludzką, kota w stodole i utopijne miasteczko z muzeum, na którego werandzie ludzie przędą na kołowrotkach. Idealne miejsce na niedzielną ucieczkę – serdecznie polecam. Tak jak posiłki w The Filling Station i rozmowę z Frankiem, wyplataczem mioteł ze stowarzyszenia artystycznego „Dwadzieścia Brudnych Dłoni”, w tym samym budynku przyjmuje rzeźbiarz, którego wizytówką są drewniane piórka. Coś dla osób z fantazją i tęsknotą za byłym… Nocować można w niedalekim Kewanee.

W następną trasę wyjechałam z Rodzicami i chłopcami do St. Joseph w Michigan. Jak to świetnie, gdy towarzysze podróży (Rodzice) obierają kierowcy jabłka i poją. Motorem wyprawy byli Aga i Dino, dzięki którym pozwoliliśmy sobie na lenistwo na plaży, podziwianie taplających się dzieci, komfort hotelu, poznawanie zakamarków St. Joseph i South Haven, nawet na podróż po zachód słońca nad jezioro, które wygląda jak morze, a słońce po naszej stronie tak pięknie nie zachodzi. Te dwa miasteczka mają najpiękniej położone w moim otoczeniu place zabaw. Gorąco polecam. Tomik zaczął więcej mówić, a Tunio i tak nam na bieżąco tłumaczył „z tomskiego”, jak sam to określił…