Moment opamiętania

Załkałam dzisiaj. Bo spiętrzam, chwytam wszystko: pisarkę w pracy, pisanki na festiwalu, korekty, artykuły, odwiedziny, wizyty, a i jeszcze pracę w domu. Film bym chciała obejrzeć, a przy okazji książkę poczytać, wykąpać się w wannie, poleżeć w hamaku. A tu wszystko inne ważniejsze niż to właśnie wykonywane, a czas się przesypuje przez palce. Basen stoi, zimno – tylko słońce wyjdzie – to możeby koniecznie skorzystać?! I teraz mnie telepie. Dobrze, że chłopców nie. Dzisiaj od rana zaplanowane było przycinanie krzewów. Od pamiętnego potraktowania ich przez męża – wolę tę czynność wykonywać sama, wtedy nie mam pretensji do tnącego. Tato jest po stronie cięcia mocnego, co widać po Karolce, ja po stronie ostrożniejszego, co widać było po wszystkim. Do dzisiaj.

Właśnie ominęła nas burza, ale wisiała w powietrzu cały dzień. Chłopcy nie chcieli mnie odstąpić, Tomek protestował, ja od strony domu wciskałam się za krzewy, stare jak on i wyrównywałam ich grzywki. Pamiętam zawsze przy tym o złej opinii cisów. O ich nie do końca pozytywnej sile. Łańcuszek wydarzeń. Rośliny widziane od domu są mniej atrakcyjne niż od ulicy – zachodzą na siebie i się zagłuszają. Wycianania cała masa, moje narastające zniecierpliwienie, chłopaki i ich żądania, Tomek tłucze szklankę, przecinam palec szkłem, zbieram pozostałe odłamki – idę zbierać gałęzie, następuję na jedną – dostaję w prawy okular, który wypada – i w zachwianej ostrości widzenia szukam w stercie gałęzi zgubionego szkła. Wściekła na siebie. Z żalu płaczę. Po chwili opamiętania Mama odnajduje mi okular, a Tato naprawia okulary w kilka minut. Ale wcześniej dotarł do mnie cały paradoks tego zdarzenia, ta moja skłonność życiowa do wręcz filmowych, anegdotycznych później zapętleń i niemoc. Nie potrafię odpoczywać, segregować doznań.

A tak dobrze mi się wczoraj do późnej nocy siedziało z Rodzicami i malowało pisanki na festyn stalówkami od Pani Helenki. Jest tyle dobrych chwil w tym galopie: parkiet z orzecha darowany mi przez męża na imieniny, mowa Tomka, starania Tunia, cud kuchnia Babci, na nowo odmalowana przez Tatę sypialnia, jagody od Ali, kwiaty przesłane przez posłańca od pani Joan, muzyka od Marzenki, czajniczek i kubeczki z rdzawymi kwiatuszkami od Moni…

Biorę 10 dni całkowitego wolnego i chciałabym, aby mnie wyciszyły, ukierunkowały, wytyczyły pion. Niech mam.

Znów mogę być dzieckiem

   Wyluzowałam. Rodzice mnie rozpieszczają. W lot pojmują sprawy i po raz pierwszy od 2 lat znów czuję się dzieckiem. Zalali nas prezentami, troszczą się o nas na sto sposobów. Możemy wychodzić z domu. Rodzice męża też dbali, ale dzieckiem czuję się dopiero teraz. Rzeczy wracają na swoje miejsca, selekcjonuję zobowiązania sortując je na te konieczne i niekonieczne. Dobrze mi. Tato przywiózł lampki, które oprawił, zajaśniało. Najbardziej rozczuliła mnie deska z ula Babci Maryni – lipowa, pachnąca pokoleniami miodu – w której Tatul rzeźbi Matkę Bożą Bogoryjską.

   Mamunia codziennie tworzy wspomnieniową książkę kucharską. Cóż za smaki – zasmażane buraczki, marchewka na słodko, krupnik z kluskami ziemniaczanymi, szarlotka. Oj.

   Obrywamy i zasypujemy cukrem maliny. Tylko te, które pozostają po „ućknięciu” chłopaków. Byliśmy w odwiedzinach u Pani Helenki – podzieliła się z nami rzeczami, okruchami swojego szczęśliwego życia. Wszystkie wpasowały się w nasz dom. Tato je odnowił, podszlifował i są z nami, jakby zawsze były. Moja teoria starych rzeczy wdzięcznych za drugie życie, rzeczy od kochanych osób, kiedyś zamieni się w kolejną bajkową historię.

   Pracuję z Alą nad korektami. Fajne będą te podręczniki. Chłopcy je polubią. Spotykam życzliwych, radosnych ludzi. Piotrek podzielił się ze mną muzyką – właśnie mi towarzyszy. Miała rację Ewa. Wystarczy się wycofać i cierpliwie poczekać. Relacje się równoważą.

   Lubię takie lato.