Szaraczek – odnaleziona bajka

   W odmętach starego komputera odnalazłam dawną bajkę. Ma ponad dziesięć lat. Dedykuję ją Wam w oczekiwaniu na wiosnę. Może któraś z moich znajomych artystek ją zilustruje?

 

Szaraczek

 

Ludzie przyzwyczajają się do rzeczy. Obcując z nimi, dzieląc swoje troski i kłopoty sprawiają, że rzeczy stają się cząstką ich samych, znaczą więcej niż pośrednicy. Stają się symbolem i ucieleśnieniem pewnych spraw. Tak jest także z rowerami, motorami, potem samochodami.

Niektóre dzieci pragną ruchu. Nie mogą usiedzieć w miejscu. Ciekawi ich to, co za rogiem, za drzewem, za polanką, za rzeczką. W swoich wędrówkach zapamiętują się do tego stopnia, że w sposób z góry przewidziany giną. Odnajdują nowe, tylko sobie znane miejsca, potem robią kółeczko i sobie znanym sposobem wracają na starą, dobrą i kochaną od lat drogę.

          Dla takich dzieci rower jest wyzwoleniem, świadkiem przeżyć wolności i swobody. Mogą poznawać świat szybciej – co dla nich znaczy: i lepiej, i dogłębniej. Pęd rowerowy zachwyca i zniewala. Ukazujące się przed oczyma obrazy są lepsze niż martwe seriale w telewizji. Są pełne życia. Kto może przewidzieć sarenkę za wielką sosną? Zabawnego drozda? Jemiołuszkę lub raniuszka? Po takiej przejażdżce biegnie się do domu i niecierpliwie szuka imion dla ptaszków w maminych atlasach. Sny nabierają kolorów, pociągają zapachami i smakiem przygody, prawie nie chce się wstawać. Ale wstać trzeba, przecież nowy dzień ofiaruje w prezencie możliwość kolejnej wycieczki, zatopienia się w poznawaniu.

          Wstęp o rowerach jest tylko wprowadzeniem w świat lokomocji, czyli w królestwo rzeczy jeżdżących. Prawdziwym bohaterem naszej bajeczki jest Biułiś, metalowy Szaraczek. Jest starym samochodem, pokiereszowanym i poobijanym niemiłosiernie. Kiedyś był dumnym, puszącym się sportowym wozem. Miał pogrubiane, specjalne koła i sportową, nisko zawieszoną sylwetkę. Był sprawny i szybki, uroczy młodością. Jego imię powstało od marki, od rodziny samochodów o nazwisku Buick, a zdrobnienie Szaraczek od koloru. Był szary. Zresztą zajączek kojarzy się ze zwinnością – więc dlaczego: nie ?

Dobrze jest nadać rzeczy nazwę, a właściwie imię. Wtedy inaczej nas lubi, czasami tak jest, że nie psuje się gwałtownie, kiedy ciemno, zimno i od domu daleko…

          Szaraczek przeżył swoje. Jeździł po najróżniejszych, często wątpliwej jakości drogach, oglądał autostrady, znaki, innych kierowców, którzy dosyć mało go interesowali. Te „brzydkie” drogi niezmiernie lubił, bo były mniej monotonne – kolorowe łatami asfaltu i interesujące dziurami. Kierowca zwykle omijał dziury, więc Biułiś nie miał nigdy poobijanych i posiniaczonych opon. Ale jeżeli nawet wpadał w którąś – wolał takie drogi bardziej niż te smutne i monotonne miejskie trakty.

          Z biegiem lat Szaraczek stwierdzał, że ma na ulicach coraz mniej braci, a ci zauważeni w radości są chorzy: klekoczą, kaszlą, plują spalinami, mrugają światłami awaryjnymi na poboczach dróg. Chciał im pomóc, ale jak? Przecież kierująca go osoba żałowała innych kierowców, nigdy innych samochodów. Przecież kierowca widząc samochody stojące na poboczu zostawiał pomaganie tym dziwnym panom w jaskrawych kamizelkach z wielkimi samochodami, które nosiły poszkodowanych na barana, lub ciągnęły do samochodowych szpitali na specjalnych noszach. Jego kierowca przejeżdżał obok takiego wydarzenia i za każdym razem wzdychał z ulgą –Jak to dobrze, że to jeszcze nie ja. Zwykle po takim stwierdzeniu Biułiś karał swojego kierowcę za to, że był pyszny i zarozumiały.

          Każdemu samochodowi może się zdarzyć choroba. Dlatego też zawsze w kilka dni po zdarzeniu tego typu Szaraczkowi coś zgrzytało w sercu, czyli silniku, lub też domagał się wizyty u lekarza – mechanika. Te wizyty to całkiem inna historia. Nie każdy samochodowy lekarz jest uczciwy. Niektórzy udają tylko to, że leczą, wstawiają w miejsce ubytku nową pokrywkę i zamiast zdrowieć, samochód choruje na przewlekłą chorobę, a kierowca na niego wyklina, że jest „złośliwą rzeczą martwą”. Szaraczek bał się tych lekarzy i na samą myśl o chorobie pracował raźniej i bardzo, bardzo się starał. Nie chciał, żeby ktokolwiek miał do niego żal. Nie pragnął niczyjej krzywdy. Kiedy zdarzały mu się stłuczki, bolał nad tym, że jego pani lub pan musieli denerwować się przy machających ich rękoma dyskusjach z innymi kierowcami. Jego wyrobione i zmęczone hamulce nie mogły już tak sprawnie wpływać na odganianie poślizgów; nie udawało się tak jak kiedyś mknąć, spracowane serce klekotało zbyt głośno i na stare lata rozsmakował się w oleju, a ta początkowa degustacja z biegiem czasu przemieniła się w nałóg.

          Nadszedł czas emerytury. Wszelkie śrubki się jej domagały. Jego kierowcy długo i wytrwale mocowali się ze sprzedawcami samochodów o rekiniej mentalności. Po długich poszukiwaniach wynaleźli zastępcę – też z rodziny Biułisiów. Jeździli w różne dziwne miejsca z szeleszczącymi kwitkami, głowy mieli pełne pytań, wciąż dyskutowali z ludźmi.

          W pierwszy dzień odpoczynku resztkami sił i w kłębach olejowego dymu dojechał do swojego następcy. Popatrzył na niego z życzliwością, tak jak się patrzy na swoje piękne dzieci. Starał się nie myśleć o tym, jak wiele traci na porównywaniu się z nowym. Boleśnie przeżył odebranie sobie tablic, ale tak było trzeba. Cząstka jego, w postaci śrubek do tychże połączyła się z następcą. Szaraczek kochał swoich kierowców i był świadkiem tego, jak z ociąganiem żegnali się z nim samym. Był ich pierwszym samochodem. Pocieszał się myślą, że dzięki temu na zawsze pozostanie dla nich kimś ważnym i wspominanym. Miał rację. Z łezką w reflektorze patrzył, jak następca, przezwany spontanicznie Beżusiem, mości jego kierowcom miejsca oferując wygody i chłód; jak cicho, prawie bezszelestnie mruczy czekając na przejażdżkę. Kiedy odjeżdżali zobaczył, że pani wciąż na niego patrzy i ma łzy w oczach. Mrugnął. Ona odczytała to jako symboliczny „zajączek” od Szaraczka.

          Szaraczek jest teraz całkiem szczęśliwy. Nie wiadomo, czy istnieje Kraina Emerytowanych Samochodów – ale wierzmy, że jednak mieści się gdzieś. A Beżuś, dzielny następca bardzo się stara. Nie choruje, oby jak najdłużej…

 

Golasek dolny, skradzione koło i pora wypisywania kartek

   Przelatuje mi ten czas przedwiosenny przez palce. Męczę mięśnie. Wykonuję szereg czynności. Tomek przeżywa wybuchowo wycinanie trzonowych i nasze napięcia domowe. Niby cisza i ferie zimowe, które przeszły w wiosenne, a jednak. Rozum podpowiada – ciesz się czasem, smakuj go, a lęk nie daje. Ja paradoksalnie mam coraz więcej małych i wielkich spraw do wykonania, niektóre przynoszą dochód. U Mania stagnacja. Wiosna się skrada. Powoli przechodzę w nowy system, oprogramowanie się zmienia, myślenie razem z nim, uniwersyteckie stopnie zaczynają się piętrzyć.

   W miarę możliwości skupiam się i korzystam z małych spraw i przyjemności, zabawnych słówek Tunia – tytułowy golasek dolny został wymyślony podczas ubierania się po kąpieli. Tak jak Tomik jest czasami trudny, tak Tunio jest zaskakująco uprzejmy i współczujący, łaknący obcowania.  

   W zeszłym tygodniu znów skradli mi dodatkowe koło. Zdarzenie uwieczniła kamera na parkingu. Wystarczyło 4 minuty. Niestety tablic nie można odczytać. Mam już nowe, ubezpieczenie działa szybko, ale boję się z nim jeździć, nie jest to miłe uczucie.

   Wypisałam kilka kartek, Tunio narysował kilka obrazków, napisałam krótki list świąteczny – podzielę się nim z Wami. Nie uda mi się pobić samej siebie sprzed lat. I nic to.   

  

Tak szybko mknie nam czas. W tym roku nadmiar obowiązków powoduje problemy z wypisywaniem kartek.

Chłopcy rysowali już karteczki, pociągami okraszone, szykują się na malowanie jajek. Ja w tym roku jadę z pokazami pisankowymi do 2 zaprzyjaźnionych bibliotek. Jeśli doliczę warsztaty muzealne i domowe – jajek będę miała aż pod brwi. Kto wie, czy w tym roku nie odpuszczę sobie domowych warsztatów i malować będziemy w najbliższym gronie. Święta najprawdopodobniej obchodzić będziemy razem z przyjaciółmi. Postaram się wybrać na Ciemną Jutrznię, Glorię i Rezurekcję. Częściowe rekolekcje mam za sobą, gdyż już jestem po gruntownej korekcie „K” na kwiecień.

Planuję podróż do Polski, jeśli lato przyniesie normalny sezon dla Mariusza. Być może więc będziemy gościć w Bogorii i Broninie na przełomie lipca i sierpnia. Na jesieni mam zamiar podjąć naukę na DU. Pora pomyśleć o przyszłości – nie tylko naszej, Chłopców. Do Biblioteki czuję od blisko 15 lat sentyment, niestety nie jest on przekładalny na dobrobyt naszej rodziny. Co Bóg Zmartwychwstały da – to się stanie.

Wiosna zaczyna zostawiać wszędzie swoje pocałunki, zielenieje nam świat. Poza Tuniem i Tomikiem, pracą oraz szeregiem prac wzmacniających budżet domowy nasze życie składa się z rozmów z Dziadziami Zosią i Mieciem, rozmów przez Skype’a z Anią, Manią, Piotrem, Ciocią Anią i Rodzicami, muzyki, spotkań oraz wykradzionych czasowi lektur. Zupełnie napięty grafik nie pozwala na codzienne obcowanie z książkami, z wyjątkiem mojego katalogowania domowego nacechowanego pośpiechem oraz niezupełnie dobrowolnym doborem tychże. Każdy list, telefon, e-mail, spotkanie rozświetla naszą codzienność. Dziękujemy Wam za radość pamięci, jaką wnosicie w nasze życie. Coraz rzadziej mam czas pisać na blogu, ale od czasu do czasu coś się tam pojawia. Życzymy Wam prawdziwego duchowego Zmatwychwstania i głośnego, radosnego Alleluja.

  

Gorzki smak niedopowiedzeń i łzy winorośli

       I tak jest. Nawet najsympatyczniejszy redaktor może dać ciała i polecieć po całości oraz nie dopracować artykułu. A zakładanie z góry, że będzie dobrze nie ma sensu. Ze mnie [ni orzeł] i z autora też. Doświadczenie kolejne zaliczone. Polityka w sklepach, narada z moją partyzantką przeprowadzona. Wnioski wyciągnięte. Koniec rozdziału.

Dzisiaj, korzystając z pomocy Babci i pięknej pogody urządziłam sobie i Ewuli piątek pracy twórczej w pokoju cichego studiowania w naszej lokalnej, wiejskiej bibliotece. Pierwszy rozdział dzieła ukończyłyśmy z radosnym śmiechem na ustach. A ile było zabawy przy obmyślaniu akcji i imion. Oby nam kiedyś ta praca przyniosła owoce. Gdy już będziemy miały się czym pochwalić – podzielę się adresem lub poprosze o ocenę. Nie ma wstydu w rzemieślniczym traktowaniu zdolności spisywania. Kiedyś, gdy dojrzeję – mam nadzieję ścigać się z moimi wzorcami. Tymczasem uczestniczę w warsztatach słownych z mistrzynią pointy – mam na myśli Ewulę.

Kryzys nas dotyka. Mariusz bywa w pracy, Tato Miecio popracował trzy tygodnie i powrót szefa spowodował kolejne cięcia kadrowe. Istny przednówek, tylko ja mam ciągle coś. Więc się miotam. Kończę wcześniejsze zobowiązania. Męczę się tym.

Znów nadszedł czas przycinania winorośli. Dokonałam tego wczoraj. Czas najwyższy. Oczyszczone pędy zdążą się obsuszyć, aby nie płakały zbyt mocno. W te mrozy nie byłam w stanie tego zrobić. Przyjdzie mi się zmierzyć ze łzami winorośli. Grabienie, wycinanie wypłowiałych traw i kompostowanie przede mną. Palenie ogniska takoż. Nastrój na ulicach inny. Porozbierani ludzie biegają z psami. Chłopcy się garną na dwór. Piaskownica odżyła.

I w bibliotece ruch. Zaprzyjaźnione koleżanki przyprowadzają swoje klasy na lekcje biblioteczne. Uczniowie zaciekawieni i wdzięczni, przyjemność obcowania. Furorę robi moja najmniejsza książeczka – cymelium biblioteczne w srebrnym pudełku o wymiarach mniejszych niż pudełko zapałek, ofiarowana nam jako pamiątka po poecie Zbigniewie Chałko przez jego żonę, Panią Władę.

Mamy Dzidka, Madonna od straconych godzin, co tam panie w „Polityce” i pięciolecie

   Wiem, że lepiej byłoby opisywać życie po odrobinie – każdego dnia po dwie linijki ciekawostek i spostrzeżeń, a tak wiele mi umyka. Opowiadam współmieszkańcom, na pisanie nie wystarcza mi czasu. I tak: zaniedbuję własne wspomnienia i Was. Ale tak jest zdrowiej. Te większe sprawy same się przesiewają przez sito pamięci. Poprzedni tydzień mnie powalił, podołałam jednak zadaniom, dzisiaj dzisieję, postaram się opisać, co we mnie piszczy. Odzywają się zaniedbywane tak długo mięśnie. Dzięki temu odczuwam inną energię wewnętrzną. Inne sprawy wydają mi się ważne. Utemperowanie napadów gniewu Tomka, miłe spotkania z Bliskimi, dorywcze prace zarobkowe – jak zwykle dostarczające mi wielu spostrzeżeń.

   Alusi, Michałowi i Gabie urodził się Przemuś – gratulujemy gorąco. Radujemy się nadal. Byłam na uniwerku. Rozmowę odbyłam miłą, szkołę obfotografowałam klimatycznie, przysiadłam przy figurce Madonny Mortis Hora. Klimat sympatyczny. Jak zwykle dorabiam sobie historie oswajające nowe.

   Odwiedził nas Cezary z Polityki, ogniwo łączące wieloletnią przyjaźń Tatula z tym pismem i naszego świata. Czekamy w niepokoju na relację z Ameryki. Byliśmy w bibliotece, muzeum, na Trójcowie [genialne pączki siostry Gertrudy z lukrem cytrynowym], w knajpce [Killer Margarita] i na koncercie bluesowym [Kingston Mines]. Ot zesłane nam z zaskoczeniem interesujące ostatki.

   Odwiedziłam z Tuniem naszego Aniołka w okularkach – Panią Helenkę. W ciszy tego przyjaznego domu brzmiał nasz śmiech, Tunio malował zapamiętale, dostałam rozgrzeszenie na wyjazd. Przeczekaliśmy pierwszą wiosenną burzę przy chlebku z bryndzą i domowymi konfiturami. Ten nastrój możnaby butelkować. Wieczorem spotkałam Sylwkę, odebrałyśmy Tunia i Babcię – ja brodząc po kostki w deszczówce. Kolejne spotkanie odwlekane, a miłe. Pojawia się Sylwka w moim życiu, gdy potrzebuję pomocy. I ją otrzymuję. Młodsza siostra Pani Helenki. Aniołkowy dzień.

   A podczas ostatnich dni śmiałam się jak szalona. Odreagowywałam stesujące tarcia. Byłam {babą sumną taką} podczas imprezy Eli w Szałasie. I przedszkolanką podczas imprezy urodzinowej Tuńczyka. Ciotki zasypały nas świetnymi prezentami, a pizza była jak koło traktora. 

   Tyle. Więcej nie mam siły. Pozdrawiam.