Betleja Ci zagram

   Tunio tak powiedział grając na cymbałkach. -Bo śpiewałaś mamo dużo kolęd o Betleju.

   Podczas nieobecności blogowej przeszłam wiele zmian i przeżyć. Blog od początku był w pewnym sensie endorfiniczny. Założony w czasie przyzwyczajania się do drugiego dwuletniego okresu mlecznego, okresu karmienia. Teraz batalia z Tomaszkiem ma się ku końcowi, pogodził się, przesypia noce, czasami budząc się przez sny, przestał traktować mnie jak gigantyczny smoczek. Ciężko było. Pomieszanie poczucia winy z wiarą w słuszność decyzji, która już dojrzewała od jakiegoś czasu, lęk przed nowym. Nawet oczekiwanie na poród nie miało takiego ciężaru w sobie. Słowem – święta były ostatnimi w zachwyceniu dziecięctwa z przeświadczeniem, że do pełni szczęścia wystarcza tylko pewna część mojego ciała. Nawet nie chcę wracać do drobiazgowych opisów wybiegów i poczucia, jak martwieję przy płaczu dziecka, które krzyczy nawet nie otwierając oczu. Które kontroluje mnie i wymaga. Teraz wiem, że wybrałam dobrze, że był ku temu czas najwyższy. I dobrze się zdarzyło, że miałam tylu pomocników. Teraz Tomaszek przytula się do mnie. Gładzi mnie po głowie. Tunio był inny, mają zupełnie inne charaktery.

   Wiele przez święta ofiarowaliście mi ciepła, dobrych rad, miłych słów, podarków, muzyki, obecności, dziękuję Wam. Często przypominam sobie, jak bardzo jestem wdzięczna Bogu, że mam tylu Bliskich!

   Archiwizuję stary komputer i nasze dane z tylu lat, przenosząc je do nowego. Visty nie rozumiem i czuję się często wyprowadzona przez nią z równowagi. Stary komputer jest dla mnie jak maszyna codzienna, a ten? Jak terytorium wroga. Przyswoję to sobie powoli, okrzepnę. Poznam.

   Dotąd pielęgnowałam ducha – teraz pora na ciało. Moje ma według badań 75 lat. Włosy stają dęba. I to też przygnębia. Skatalogowałam książkę Pomaganie męczy – o wypaleniu w pracy zawodowej – jeszcze jej nie przeczytałam, ale już tytuł bardzo do mnie przemówił. Po wszystkich koniecznych zakończeniach przyjdzie pora na nowe wyzwanie naukowe. Goni mnie także świadomość, że teraz powinnam korzystać z pomocy rodziców. A jeszcze zima i brak pracy dla Mariusza i Jego poszukiwania dla siebie nowej drogi. I moja niepewność mojej.

   No to podczas spotkań z ludźmi śmieję się dużo – w ramach odstresowiania, obcięłam sobie grzywkę, stoję na mrozie z twarzą w słońcu. Trzymajcie kciuki.