Środa minie, tydzień zginie

   Środy, które mają dla mnie od dnia urodzin wytyczone apogeum życiowych możliwości, są kontrapunktem uciekających tygodni. Z wyboru pracuję w środy i soboty. Wyboru wieloosobowego. Od rana nagromadzenie spraw zagęszcza się silnie. To czas telefonów, plewienia emalii, spotkań, zebrań, kołowrotów, dopilnowań, rozdawania słodkich wypieków, wypisywania listów, podziękowań, wypożyczania, podciągania własnych obowiązków. To jak zastrzyk z dawnego życia. Po pracy wracam już mrocznym światem po autostradzie do domu – płynę w morzu świateł i dźwięków. Słucham muzyki, prowadzę rozmowy telefoniczne. Samochód jest jedynym miejscem, w którym bywam czasami całkiem sama ze sobą. Lubię jego sprawność i doskonałe głośniki. W progu z okrzykami witają mnie moi chłopcy, następuje radosny wspólny posiłek i kąpiel maluchów, usypianki, a teraz chwila dla siebie. Blog stał się moim wentylem bezpieczeństwa, odskocznią, rachunkiem z samą sobą. I dobrze. Komputer kusi w mroku niebieskim światełkiem. Tyle niewysłuchanych audycji, muzyki, tyle planów na książki i tak mało czasu na sen!

   Uwielbiam przeszłość i jej ślady. Wielbię nowinki techniczne, nowa komórka odtwarzaczem muzyki dodaje kolorytu moim spacerom z chłopakami, a teraz laptop masuje moje nagdarstki Soyką w Remoncie od Ali, właśnie obejrzałam wspaniały pokaz slajdów Małgosi z Holandii, na którym i sama zaistniałam, wysłuchałam przesłaną mi przez Elę mp3 z wywiadem o Paderewskim. Dekadę temu uważałabym to wszystko za futurystyczne wizje. Co nam niesie przyszłość? 

PS

Poczytajcie piękne słowa o Profesorze autorstwa Joasi Roszak, chciałam taić, bom wymieniona, ale tym samym ograbiałam Was z piękna Jego słów i – zmieniłam zdanie, polecam: http://www.polityka.pl/osierocone-ciezary/Text01,935,272586,18/

A tutaj znajduje się pokaz slajdów Małgosi z Holandii:

http://www.flickr.com/photos/polonia_nl/sets/72157609219255781/show/

Przyjaciele za stołem, wideokonferencja i smak kiszonego jabłka

   Bardzo intensywnie przeszłam przez weekend. Benefit zaowocował nowymi ludźmi, kwiaty wyszły nam piękne, w szlachetnym połączeniu oliwek i rudości. Już dawno nie byłam w bibliotece do blisko północy, a zdjęcie pod postem zrobił mi Jurek zanim wybiła. Spotkałam się z Panią Sabiną, zrobiłyśmy Jej bukiet z ulubionych, szkarłatnych róż o dodatkowym zdziwieniu – jarzębatych płatkach. Wzbudziła we mnie czułość, jest krucha, zmalała, Jej kok nabrał bezbronności. Świętują urodziny wspólnie z Tomikiem, mały 2., Pani Sabina 92. Chciałabym pojechać do Niej z chłopcami, ciastem i nalewką – ulubioną „piątką wiśniową”. Miejmy nadzieję, że chłopcy nie rozniosą szpitala. Benefit dał mi wiele powodów do przemyśleń, szefowi kuchni pomagała Elżunia, zapamiętam medialne dyskusje w korytarzu, kelnerki potykające się na śliskiej podłodze, karygodne zachowanie Marka, bolące stopy, zapach jabłek i eukaliptusów w Głównej Sali oraz ciężar nowego aparatu Jurka. Największą frajdę sprawiło mi tworzenie przypinek – biżuterii kwietnej. Sukces tego wieczoru określi dopiero nadchodzący miesiąc. Ciekawa jestem komentarzy, choć już niektóre z nich przewiduję. Zobaczymy. Do domu trafiłam po północy, boso stojąc na kamiennej posadzce pokroiłam mięso na galaretę zagłębiając się w list od rodziny. Śniły mi się banialuki. 

   Następnego dnia spakowałam chłopaków i pojechałam do Pani endokrynolog. W poczekalni, nabitej do ostatniego fotela, czekaliśmy blisko dwie godziny. Pomogło mi przenośne DVD i Bolek z Lolkiem, chłopcy zaprzyjaźnili się z czarnoskórym chłopakiem polskiej dziewczyny, który chętnie się z nimi bawił, podzieliliśmy się okolicznościowym wierszem – usypianką z gazety poczekalniowej. Matki – Polki popatrywały na nas ukradkiem – ignorując, dopiero na moje pożegnanie i przeprosiny jęły zapewniać o grzeczności chłopców. Ot polski stereotyp. Brakuje w nas życzliwej otwartości. Zamęczeni pojechaliśmy po tort, balony napełniane helem sobie darowałam. W domu po położeniu Tomka spać starałam się bardzo nie wpaść w zwykłą galopadę przed przybyciem gości. Zrobiłam najważniejsze rzeczy. Jedzenie. Kociołek i sos z suszonych prawdziwków do gołąbków cioci Danusi. Sałatkę z kury według przepisu cioci. Manio wrócił wcześniej i pomógł w sprzątaniu. Przyjaciele nadjeżdzali z poślizgiem, więc udało się wiele nadrobić. Napompować małe balony, połączyć je w grona, pobawić się z synkami i ładnie ich ubrać. Ciocie jak zwykle stanęły na wysokości zadania i wypełniły naszą szafę pieknymi ubraniami. Usiadły na ławie, panowie za stołem; dawno ich u nas nie było. Barkowało ich gwaru. Nalewka ogrzała i wyzwoliła innego ducha. Zosia z Monią były towarzyszkami Tomika, starsze dzieci przebierały się w moje chusty i apaszki na wiele sposobów, biegały między nami. Trochę śpiewaliśmy, trochę dyskutowaliśmy, zdjęcia robiła Gosia. Tym razem było inaczej. Zmieniamy się. Dojrzewamy. Koniki zostali na noc. Przy wspólnym śniadaniu raczyliśmy się z Pietrkiem Marysią Peszek. Gdybym mogła, wkleiłabym tu jako tło Hej hej tyś mój klej, który dedykowałabym mojemu Mańkowi. A On obstaje i tak przy swoim Miły mój z pierwszej płyty. Nic to. Rozmawialiśmy z Rodzicami, Mariuszowi jednak chcą do nas przyjechać jak najrychlej. Do kościoła na 12:15, potem do radia na pogadankę o przesądach i na audycję o Profesorze. Pierwsza lekka, druga warta zarchiwizowania. Piotr motywował mnie usilnie do ćwiczeń. Poznałam dwie fajne babki – reżyserki, jedna zna się z Moniką Szwają! Wieczorne rozprzężenie bardzo mnie ukoiło.  

   Poniedziałek świętowałam z chłopakami, kaszlącego Tunia zostawiłam w domu. O 11:07 odczułam nadejście wiekopomnej chwili i z pomocą trzeciego już tu Piotra – tym razem szwagra, odpaliłam Skype’a. Mama dostała na imieniny kamerkę. Ale frajda, kochane twarze w ekranie. Chłopcy zaglądali z niedowierzaniem za komputer, ja też miałam ochotę. Mam coś z tym odwlekaniem doznań. Mama odkładała na lepsze chwile pościel i ręczniki, ja – nowinki techniczne. Czaiłam się na wypalarkę kompaktów, teraz zwlekałam z wideokonferencją. Raduję się nią jak długo odwlekanym deserem. Dzisiaj rozmawialiśmy z czwórką dziadków jednocześnie. Siedzieliśmy przy jednym stole.       

   Moje kulinarne lektury owocują smakami, dzięki Powrotom nad rozlewiskiem spróbowałam kiszenia buraków oraz jabłek. Właśnie się jednym raczę – wyciągnęłam je z kiszonej metodą Zosiną kapusty, którą powciskałam do słoików. Smakują mi takie książki.

Dłoń z wytartą obrączką

   Pasmo wzruszeń i obserwacji. Przeglądanie po wielokroć naszych wspólnych zdjęć i druk wybranych dla rodziny Profesora. Samotna podróż po zmierzchu do domu pogrzebowego – jakby śladami mojej przyjaciółki, też tłumaczki, Jo Mary Kani Piegzik. Muzyka, która mi przeszkadzała. Wyjątkowo. I tam, na parkingu – lęk przed momentem wstąpienia w progi tego domu. W środku gwar amerykański, życzliwy, ale dla mnie zupełnie nie licujący z sytuacją. I ludzie, których widok nie przyniósł mi jakiegokolwiek ukojenia. I On, Profesor – leżący cicho i spokojnie w centralnym miejscu tej sali, a jakby trochę z boku. Klęknęłam przed trumną. Łzy same wiedziały. Oczy jakby nie chciały wspiąć się do twarzy Profesora, która nie przypominała tej ze zdjęć, widać na niej było cierpienie. Skupienie podobne sobie, ale usta bez tego wyzwalającego uśmiechu. I koszula i krawat i marynarka – znajome, zwyczajne, oswojone. Minimum środków. Zatrzymałam się na dłoniach, tych ciepłych i suchych zwykle dłoniach, które witały, uściskiwały, głaskały malców po głowach, nalewały herbaty, przekładały niezliczone papiery, zatrzymywały się we słuchaniu. I jak do sedna przylepiłam wzrok do wytartej obrączki. Do dłoni, które pozostały żywe. Na klęczkach poczekałam, aż przestanę bezgłośnie płakać i czułam na plecach ciężar całej tej sali. Podeszłam do Rodziny. Żona Profesora, tam dopiero poznana, oswoiła mnie rozmową. Uściskałyśmy się i odeszłam. Przysiadłam, nie mogłam przestać płakać. Nad Nim? Nad sobą? Nad tym, że nawet śmierci chciał się nauczyć w hospicjum? Żona Profesora podeszła do mnie z córką, wspominały te różne przetwory, którymi się wymienialiśmy. Opowiedziały mi historyjkę, jak wspólnie rozgryzali tajemnicę herbaty, jaką im zaniosłam, a to były poszatkowane liście bogoryjskich malin przeszmuglowane przez granicę w stylu Karpowicza. Na odchodnym obejrzałam telewizyjną prezentację zdjęć Profesora, jego uśmiechnięte, rodzinne życie w skrócie. Nauka, wiedza, zażyłość, normalność, spokój, żadnej pozy. Służba. Skromność. I z tym uśmiechniętym człowiekim w oczach wyszłam z tej sali. W noc. Dojechałam do domu wchodząc w kolejne stopnie uspokojenia. Poleżeliśmy we czworo na kanapie, napiliśmy się z Mariuszem domowego wina.

   Wybory przeszły podniośle. Radość ludzi i ich nadzieja zdziwiła mnie na korzyść. Ale czułam, że sens jest gdzie indziej. Pomoc ludziom, wsparcie, próba wysłuchania potrzebującej.

   A dzisiaj Pani Halinka zawiadomiła mnie o poruszającym tekście Joasi. W ulubionym przez Tatula piśmie, jakby na imieniny Mamuny. Zjedliśmy na śniadanie kanapkę z ostatkami Profesorskiego dżemu z truskawek z rabarbarem. 

   Na 10., w słońcu, pojechałam do kościoła. Drogą piękną i jesiennie kolorową. W samym kościele po zdjęciu mocnych już okularów świat świec zafalował czarownie. Msza z akompaniamenten niezwykłego fortepianu urzekła mnie jak na pogrzebie Pani Jo. Mieszkali tak niedaleko Siebie. Może tam, na Talcott i Harlem jest jakaś Kraina Łagodności? Pieśni – o radości, hymn Europy, kazanie mądre i zwyczajne. O tym, jak w podczas Ostatniego Namaszczenia Profesor Kujawinski dziękował za każdą z rzeczy. I pożegnanie wygłoszone przez syna, w którym odnalazłam młodego Ojca. O tym, że trzeba sięgać po nowe doznania, że po każdym bólu jest pora radości i o tym, że świat jest pełen cichego piękna. Przyjaciel Profesora opowiedział o tym, jak przed śmiercią prosił o pozwolenie na odejście. A Bożena opowiedziała o Nim w imieniu wszystkich Polaków.

   Zostawił po Sobie wiele osieroconych osób. Był kontynentem. Miałaś rację, Joasiu. Dziękuję za piękny przekład.    

Profesor odszedł

   Był dla mnie wielkim autorytetem, pisałam tu o Nim. Odszedł dzisiaj po północy, a ja w domu o tej samej godzinie przygotowywałam dyskietki ze zdjęciami. Zatrzymałam się nad Jego zdjęciem z postanowieniem, że zadzwonię.

  

Teraz mogę Go jedynie odwiedzić. Zapalić świeczkę. Był łagodnością, zrozumieniem, szacunkiem. Tak dobrze, że miałam zaszczyt Go spotkać.

   Jesteśmy wszyscy duchem na polskich cmentarzach. A to doznanie jest symboliczne. 

      Zamieszczam klepsydrę:

Odszedł od nas wspaniały człowiek,
znawca literatury polskiej i francuskiej, tłumacz i pedagog.
 

Profesor Frank Kujawinski
zmarł nad ranem 1 listopada 2008 roku 
po długiej i ciężkiej chorobie.
 

Rodzina prosi, aby zamiast kwiatów, przekazywać datki na fudusz stypendialny 

Frank Kujawinski Fund at Loyola University
Department of Modern Languages and Literatures
6525 N. Sheridan Rd.
Chicago, IL. 60626