Radioterapia i radość z podobieństw

   Nie jeździłam na spotkania radiowe ze trzy miesiące pod rząd. Odpoczęłam, pojechałam tym razem. Tam, w mroźny i siąpiący dzień ciepłe moje kobiety, gorąca dyskusja i ważne tematy. Co psuje nasze związki. Wydanie męskie, zasłyszane w zeszłym tygodniu, dało nam do myślenia; stanowiło powód do porównań i odniesień. Włączenie się Piotra dało podstawę dyskusji, która podrasowała atmosferę. Maryla zauważyła we mnie zmiany – na dobre, a to wielki komplement. Może nareszcie dojrzewam, wyzwalam się z moich psychicznych, niepotrzebnych zupełnie obciążeń? Dlaczego nie?

   Miło jest w najbliższym otoczeniu odnaleźć bratnią duszę i cieszyć się z podobieństw: skojarzeń, osób, światów. Przesiedziałyśmy z Moniką dzisiaj część przepięknego dnia na placu zabaw – a Zosia i moi chłopcy bawili się zgodnie. Oni lubią wszystkie Zosie!

   Po głowie chodzi mi wspomnienie naszego domowego drucianego koszyczka na jabłka, wielokrotnie naprawianego przez Tatula. To przy okazji obierania owoców dzieciom, nawet kupiłam sobie nóż podobny w kształcie do wspólnej produkcji dziadziowo Tomkowej – Tatulowo Czesiowej. (Tatulowi gratuluję sukcesów blogowo-pedagogicznych – pobił mnie na głowę, jest polecany przez Onet, czytelnicy idą w tysiące, a to wszystko we trzy miesiące http://tatulowe.blog.onet.pl

   Dzisiaj odbyła się mała uroczystość w przedszkolu Tomika – ale malec nie chciał się przebrać za tygryska. Tunio był na wycieczce i przywiózł z niej piękną dynię. Na jutro zaplanowałam dla Tunia do szkoły kostium mechanika samochodowego Cars, a on sobie wymarzył, że będzie zielonym winogronem… Pojedziemy dzisiaj po balony, pójdzie igła w ruch…

   Zbieram się powoli z impasu, jaki mnie opanował, a wolne dni mi w tym pomagają. Od wczorajszej naładowanej środy – tydzień mi ginie. Mam nową, zgrabną komórkę, do której za pomocą kosteczki, mniejszej od paznokcia próbuję wgrać mp3 z moją muzyką, aby się nią raczyć podczas spacerów. Nie przechytrzę instrukcji – muszę ją przeczytać. A jeszcze tysiące spraw. Pozdrawiam Was, Bliscy, tymczasem.

Pojemne kolana

   Bardzo mam wiele zaległości. Tutaj, w życiu je zwalczam, jesień niesie ze sobą przemiany. Odwracam się – w stronę rodziny, Bliskich, oddalam się stąd. Może tego właśnie potrzebuję? Dystansu – do siebie i pracy, a zbliżenia z domem? Czas smażenia, kiszenia, przemeblowań. Ten nieopisany wciąż, trudny miesiąc stoi mi w sercu jak wyrzut sumienia, lub może raczej wyrzut palców… A pamiętam z niego kilka już obrazków. Odczyt fonograficzny z przepiękną niespodzianką – laurką muzyczną od Pani Kasi. Szereg odwiedzin w domu. Z noclegami. Wieczorne Polaków rozmowy przy nalewkach. Janek i pan Józef ze świętą Barbarą wyrzeźbioną z węgla kamiennego. Wizytę ministra ze świtą, napięcie do bólu głowy, podziw dla mądrych ludzi. Oficjalne przejście kolejnego progu – skatalogowanie 50 000 woluminu. Artykuły Ewy – mądre i ważne. Odwiedziny w bibliotece w dzień wolny – oprowadzenie Pani Helenki i Jej gości i poczynione obserwacje. Pod kontem: ja, moje dzieci i reszta świata. Wypad z Panami Ślązakami do Fogo de Xiao – i Mariuszowe odnalezienie się w smakach mięsnych. Przebój wieczoru – lej no tu to samo! Zrozumiane w lot przez kelnera. I jeszcze teraz obchody Dnia Edukacji i otwarcia wystawy w muzeum doprawione raportem kwartalnym. Kobiety moje kochane dopisały, a mam niedosyt rozmów, chciałam Je bardziej ugościć. Terenia mnie tak miło zaskoczyła. Chciałabym się spotkać na spokojnie. Ala wszystko dopięła pięknie. Dziękuję wszystkim dobrym Kobietom za miłe słowa, za ciepło. Mariusz był w radiu, Pani Halinka mnie wspomagała z chłopakami, Tunio dopingował i machał do mnie z ostatniego rzędu. A później, siedząc z Tomikiem na moich kolanach, powiedział, że najfajniejsza z całego wieczoru u mnie w pracy chwila to ta, gdy mu odmachałam. Też tak myślę. Pozdrawiam Was.

  

Terminarz nabity jak poduszka na szpilki, a choroba dzieci ustawia do pionu zachwiany horyzont

   Cały wczorajszy dzień przespaliśmy. Mieliśmy we troje grypę żołądkową, okropny stan. Chłopcy chorowali w stereo. To takie starszne, gdy się samemu chce płakać, a trzeba doraźnie pomagać i wspierać malców, którzy nie rozmumieją choroby. Najgorsze przeszło. Pomogła Renia – dowiozła nam z apteki leki, Ala w gotowości, pani Halinka też. Mariusz przyjechał wcześniej z pracy, prał ręczniki i pościel, podawał napoje, opiekował się protestującym Tomikiem. Dzisiaj pozostał mi tylko ból głowy. Tunio maluje, Tomik śpi na górze, cały czas go podsłuchuję. Ugotowałam lekki kleik, upiekłam jabłka.

   A o tym, co przez blisko miesiąc tabunami przetaczało się przez moje życie – o odwiedzinach, wizytach, wizytacjach i doświadczeniach z nimi związanych napiszę kiedy indziej. Zastanawiam się ostatnio też nad tym, na ile kontakty ze znajomymi sama powoduję bądź wymuszam, a na ile są one spontaniczne. Cofnęłam się nieco. Otarłam o nauczkę. Układam się z nią. Daję czasowi czas.