Powódź, dzień chłopięcy i przypowieść o stole

   Mariusz to nie ma szczęścia, zawsze jak wyjedzie na jakiś bardzo zasłużony odpoczynek, to klęska żywiołowa. Pojechał na narty – u nas zamieć, pojechał na ryby – powódź stulecia, aż się boję, żeby kiedyś nie zapałał ochotą wyprawy na podbój wulkanów…

   Radę sobie dałam, zresztą miałam pomocników – Panią Halinkę, z którą nawet powstanie byłoby łatwiejsze i Gosię oraz Piotrka w odwodzie. Od wodzie. W piątek zrobiłam sobie zakupy w, nota bene, Old Navy. W sobotę wystrojona pojechałam do pracy w deszczu. Zeszło mi godzinę. Około południa do odwrotu głos komórki wzywał. Pani Halinka zdawała mi relacje z frontu. Woda podeszła pod drugi stopień naszych schodów… Skrzyżowanie zalane, główna ulica zamknięta, a w łazience woda. Zostawiłam więc bibliotekę w rękach Agi i Esther. Po drodze obdzwoniłam znajomych. Przedarłam się przez dwa policyjne objazdy i stwierdziłam, że do garażu mogę się dostać jedynie pontonem, samochodu szkoda zamoczyć. Zaparkowałam pod Renią, ubrałam się jak na wojnę z żywiołem i wio. Pod domem zawinęłam nogawki i przebrnęłam przez wodę. Robiłam oczywiście zdjęcia, pomyślałam bowiem sobie, że z wodą jest ładniej, gdyż nie widać tego naszego łatanego asfaltu… W domu korzystając ze snu Tomika i zamiłowania Tunia do bajek animowanych – uprzątnęłyśmy piwniczkę mieszkalną zwaną pieszczotliwie basementem. Poprzedniego wieczora, po odjeździe męża na ryby, pomyślałam sobie, że przydałoby się przemeblowanie. To wykrakałam. Przeciekała nam woda pod oknem od ulicy – a tam dużo książek, zabawek, zdjęć. Domowe archiwum zostało przeniesione wspólnymi siłami. I szafka. Około czwartej woda opadła, zaczęły działać wszystkie cztery studzienki. Ludzie biegali po wodzie, nosili worki z piaskiem, dzieci sąsiadów miały radochę z tej kąpieli. Swoich nie wypuściłam na deszcz. Gdy się przejaśniło – poszliśmy z Tuniem po samochód. Przypadkiem wchodził we wszystkie kałuże. Pomocna Gosia dzwoniła jeszcze dwukrotnie – dzięki Kochana sąsiadko! Gdy sytuacja się ustabilizowała, Pani Halinka pojechała do domu, ale jeszcze dzwoniła, dzwoniła Ala i Pani Helenka, nawet Esther i pan Jan. Posiedzieliśmy z chłopakami na kanapie, mieliśmy czas wyłącznie dla siebie i cały gar gołąbków, na które nikt z Przyjaciół się nie skusił. W niedzielę też obcowaliśmy z deszczem zza okien. Mariusz dzwonił kontrolnie. Po południu cierpiąc na pustkę zrobiliśmy objazd naszych akwenów. Kupiliśmy sobie w Starbucks narożnym kakao i herbatę i… okazało się, że większość dróg jest nieprzejezdna. Wybraliśmy się więc na krótki spacer i przebiła się do nas Ala z pożegnaniem przed drogą do Krakowa. Pogadałyśmy od serca przy Musierowiczowskich szarych kluseczkach, gołąbkach i nalewce. Chłopaki lgną do tej Cioci i vice versa. Miłe w odczuciach. Tunio wieczorem zaczął kasłać. Konsulatacja z Panią doktor dała nowy syrop. Szkołę w poniedziałek odwołali. Pojechałam z nimi do banku, który był zalany… Przejechałam więc do następnego. Obok, w Dominicksie, zakupiłam składowe na sushi, jakie za mną chodzi od 2 miesięcy. Sushi także. Klientów nie było. Obwianowali nas ciepłą czekoladą. Sushi zjadłam pałeczkami za kierownicą na parkingu powodując zdziwienie pewnego faceta w sąsiednim samochodzie. Niezła matka – sama na śniadanie sushi, a dzieciom po kubku czegoś, co wyglądało na kawę – to miał wypisane wzdłuż czoła. We wtorek Tunio był słaby i kaszlący, więc nie posłałam jegomościa na wycieczkę szkolną, ale miło spędziliśmy dzień. Zgodnie z moim życzeniem, wypowiedzianym w dzień powodzi – zmieniali nam asfalt. Mieliśmy prywatny teatr miasto-masa-maszyna. Wreszcie przydała się ławeczka na schodach. Korzystając z zapatrzenia chłopaków – przycięłam krnąbrne, a przez ogrodników uważane na niechlujne, wąsy cisom. Dzień był liściowy, a trawa zielona jak nigdy, dobrze nawodniona. Powódź zaszkodziła pomidorom, słodkiemu ziemniakowi, malinom i koleusom.

   Zabrałam się z kopyta za dopinanie drugiej fazy ankiet. Po powrocie męża, zakatarzonego, poprosiłam go o wniesienie do mojej piwniczki naszego długiego dodatkowego stołu. Nie mam przy czym siedzieć i gdzie rozłożyć papierów. Przykryłam jego niedomagania ulubionym obrusem, postawiłam lampkę, przysunęłam krzesło i w 2 godziny zaprowadziłam ład w papierzyskach, a dzisiaj machnęłam kilka ankiet i ponad dwadzieścia telefonów z całymi Stanami. Taka jest potęga dobrego stołu, z blatem o odpowiedniej wysokości i własnego, uporządkowanego miejsca. Wczoraj miałam syzyfową środę. Uwinęłam się z większością zadań. Zapraszam Was na wykład o fonografii w wykonaniu wybitnej Katarzyny Janczewskiej-Sołomko w niedzielę, 28 września o 14:30 do Sali Głównej. Byłam i w Dzienniku, w Kongresie z pieniędzmi ludzi dla Poli i w Obliczach. Cały dzień pląsy, prezent na biurku w postaci nowych wizytówek, nowe wolontariuszki i, Kasiula – nauczycielka francuskiego. Wizyta dwóch ciekawych panów – jednego naszego donatora, który funduje lub dokupuje nam książki (pokazywał nam jedną z 1785, jaką ofiaruje Ogrodowi Botanicznemu) oraz archiwisty z Maryland. Raczyłam ich babeczkami produkcji Tunia.

   Mariusz prawie wypoczęty; u Ani, Piotra i Maryni – sielanka – polecam http://tatulowe.blog.onet.pl . Tam opisy. Dziękuję Wam za listy. Wiolu – trzymaj się mocno pozytywnego leczenia! Moniu, nie poddawaj się!

Monik czar, geogafa i opos

   Pożegnaliśmy Marcela. Udało mi się nabyć dla niego wino Paderewskiego – Zinfandel z Kalifornii. Czy je polubi? Kto wie? Żegnań czas wypełnił sie u Andrzejków. W sobotę pracowałam samotnie, do pomocy miałam Kasię i Anę, Gwatemalkę. Jaka uroda! Jakby indiańska, a i ochota poznania i ciekawość z odkrycia, że jestem też katoliczką. Wizyta księdza Antoniego i siostry Lucyny nabrała podwójnego smaku – bardzo rozradowali Anę. Ma Siostra Lucypka materiał na kolejne myślenice. W sobotę odpoczywaliśmy w domu, Mariusz trochę z sąsiadami, a ja przy filmach od nich i szydełku. Jak fajnie. Obejrzałam Nie kłam kochanie i Lejdis. Ujrzałam dwa wcielenia Adamczyka, który nie chce się zpapalizować. Skończyłam sobie zapinkę pod szyję – rdzawą, zamszową. Kusiła mnie ponad dwa lata. W niedzielę odsypiałam nocne szaleństwa. Później każde z nas miało swoje odsypianie. I ognisko, dla czworga. W poniedziałek padało. Było smutno. Nie pojechaliśmy do konsulatu. Wyprawa wydawała się być zbędnym wysiłkiem. Natomiast przyjechały do nas niespodziewanie moje byłe uczennice, teraz matki – rówieśnice – Moniki. Przywiozły swoje trzy córunie – Julę, Natalkę i Gabrysię. Jak bardzo się ucieszyliśmy – i my, i chłopcy. Był czas na rozmawianie, karmienie, wymianę opinii. Szkoda, że Monia jest w Arizonie. Może się przeprowadzi do nas znów? Fajnie byłoby się tym razem poprzyjaźnić na innej płaszczyźnie. Czas przyniesie odpowiedź. We wtorek miałam się udać na zebranie. Nie czułam się na siłach. Chłopcy słabowali, a i pewna informacja przegrupowała moje priorytety. Pojechałam po pieczywo, ale wieczór spędziłam w domu. Nie oszukałam siebie. Mogę pomagać i wirtualnie. Moja obecność nie jest wszędzie niezbędna. We środę było kolejne zebranie, moc wolontariuszy, sprawy związane z pobytem gości z BN – organizacja dwu imprez. Głowa mi pulsowała. Okazało się, że w pięknej książce Ali przeoczyłam błąd – były nazwy geogaficzne. Taka moja wielka geo-gafa. A Pani Helenka wyłapała ją po otwarciu nowej publikacji. Aż się boję, jak długa będzie errata. Zbyt szybko, zbyt dużo, za wielka presja. Doceniam korektorki. Pewnie drugi raz nie podjęłabym się tego dzieła dla kogoś bliskiego. Stało się.

   W domu zastałam moc dań wszelakich i porządki. Złota Pani Halinka. Dzisiaj przedszkole – Tomik bawił się z dziećmi, Tunio paradował ze srebrną łuską – symbolem pracy z tekstem o mocy dzielenia się z innymi. Zabrałam się z kopyta za ankiety. Przed tym jednak wysprzątałam, nagotowałam gołąbków i rozmaitości. Rodzinne podchodzenie do przymuszenia egzaminacyjnego. Dzisiaj oglądaliśmy na wierzbie oposa, który się u nas zadomowił. Pożyteczne stworzonko, choć M. mu zarzuca kradzież winogron.

   Zamęczony latem mąż jedzie na ryby. Oby odpoczął.

Biźnięta dwumamowe, Marynia i Piotruś. Fala odwiedzin, koniec lata i bezbolesny, radosny, Marcelowy francuski.

   31 sierpnia w ciągu pół godziny zyskałam w rodzinie nową siostrzenicę Marynię i synka ciotecznej siotrzenicy, czyli wnuczka! – Piotrusia. Stąd określenie bliźnięta dwumamowe. Tato już o tym wydarzeniu napomykał w komentarzach, ale to wiekopomna chwila, już anegdotyczna. Tak się zgrały nasze krakowianki. Rozmawiałam wielokrotnie ze szczęśliwą Anią – Lenkę pozdrawiam tędy, jutro postaram się zadzwonić. Brawo dziewczyny! Już zapowiadam się na wspólne świętowanie roczku naszej parki. Gratuluję i Rodzinie! Rośniem w siłę!

   Dziekuję za wszystkie głosy wsparcia. Smakowałam koniec lata. Odwiedziło mnie tyle miłych osób. Dokonaliśmy pomarańczowego Dnia Wolontariusza. Objechałam polonijne parafie z Kariną. To była wycieczka socjologiczna po chicagowskiej Europie, zadziwiająca przeskokami. Wszędzie byłyśmy mile widziane. Dziękujemy. Udało nam się także uczestniczyć w 50. urodzinach Andrzejka – były poematy heroikomiczne oraz koncerty, nauka salsy. Piękne chwile z przyjaciółmi! Z pisarką Joasią i synkami odwiedziliśmy Profesora, cóż za pełne sensu chwile w ogrodzie i domu, do którego przylgnęli! Ala zdała książkę do druku. Pokłosie korektowe. W domu chłopcy bawili się z dziewczynkami z Hollywood -Harlow i Vivy, natomiast my rozmawialiśmy z przyszłym zdobywcą Oskara – Piotrem i jego Mamą. Wielka sprawa, ważny film o Katyniu, poważne słowa, piękne i wrzuszające zdjęcia. Posiedzieliśmy przy bogoryjskim obiedzie z księdzem Krzysiem i wujaszkiem Zdzisiem. Odwiedzili nas nasi Trójcowianie – ksiądz Antoni i siostra Lucy. Siostra grała na akordeonie i śpiewała, chłopcy patrzyli na Nią i chłonęli muzykę wydobywującą się z pięknego, rdzawego instrumentu. Jak zaklęci. Ja gotowałam, śpiewałam i przyglądałam się tej pięknej scence, ksiądz wypoczywał i robił zdjęcia. Godzina przepięknej urody. Aparat zapodziałam, pamięć wykoloruje to lepiej.

   Do Jacków przyjechał z Bretanii Marcel. Przypominam sobie radośnie francuski licealny sprzed 18 lat. Wydoroślała moja niewiedza, ale z radości otwierają się we mnie pokłady zapomnianych słów. Marcel jest radosnym człowiekiem starszym od Rodziców, a nam równolatkiem w zachwyceniu. Ogrodnik, pasjonat, językoznawca, folklorysta. Dziadek 5 wnuków. Dał nam lekcję z wina. 2005 był rokiem najlepszym w stuleciu dla Bordeaux. Inwestujcie w nie. Dzisiaj w muzeum pokazywałam mu nasze związki z Francją. Dyrektor błysnął poprawną konwersacją. Wiele było radości. Sobotnia wystawa zapowiada się świetnie. Przyjdźcie o 19.

   Tunio wrócił do szkoły. Tęskni za swoją sympatią ze szkoły letniej – Gidą. Nowa pani, nota bene Ms. Boulanger, pełna jest ochoty i zapału, wprost po studiach. Jutro z Tomaszkiem idziemy do przedszkola na spotkanie tygodniowe. Może uda się objazd po Oak Park i ulubionych ogrodach? Planuję wolniejszy dzień. I chciałabym się nie spóźnić. I tak o czymś zapomniałam. Wybaczcie. Dopiszcie.