Tyle spraw

   Nie mam na nic czasu. Porządkuję więc swoje życie. Ten natłok czynności, do jakiego mam niemałą zdolność. Ten rozgardiasz. Chłopcy mi pomagają. Są trudniejsze i łatwiejsze dni. Małe przygnębienia, małe zwycięstwa.

   Świat sobie radzi beze mnie. Ekran się nie obrywa z braku liter.

   Czekam z Anią.

Dom Pracy Twórczej – Nawarowo, odwiedziny ks. Antoniowe, wyjazd po śladach Winonów i radość ze zdrowia Tatula!

   Tak to jest, że dobieram sobie coraz to nowych obowiązków i na przyjemności pozostaje mi bardzo mało czasu. Ale i niektóre nowe obowiązki są bardzo przyjemne, więc mnie nie żałujcie. Troszkę zatęsknicie, to może nareszcie napiszecie? Takie pytanie retoryczne. Odpoczywajcie, smakujcie lato, jak ja dojrzewające pomidory. Właśnie zrobiłam pięć słoików domowego sosu. Pachnie majerankiem i czosnkiem, jest pomarańczowy, jak ściany kuchni, albo, nie – piękniej, głębiej i prawdziwiej pomarańczowy.

   W zeszłym tygodniu byłam u Ali, dwukrotnie. Raz w poszukiwaniu spokoju, raz z założenia. Redagowałam przy Jej komputerze i biurku, a Ala jako dobra ciocia rozpieszczała mi chłopaków. I zrozumiałam, jak bardzo lubię takie obowiązki, jak wakacje. Książkę napisałabym dawno, gdybym miała takie 4 godziny co dwa tygodnie. Obszerne, stylowe biurko, świetlik nad głową zalewający pokój pięknym kolorem powietrza, dużachny ekran i wygodna klawiatura. Tak inaczej niż u mnie, tak dorośle, jak pisarka jakaś. Redagowane teksty, pochodzące z nowego podręcznika naszej klubowej geografki, mądre i pouczające. Dzięki nim powtórka z życiorysów znanych. I W dodatku nauczyłam się przepisu na kwaśnicę. Na baraninie gotuje się jedynie kapustę kiszoną, bez warzyw. Baraninę już zakupiłam. Ala w dodatku podawała mi domową, miodową oranżadę, mace dębickie, pyszną kawę w pięknej filiżance i genialne kotlety z młodymi ziemniakami. No ‚mniut malina’! A chłopaki byli na spacerze, jedli rosołek z cielęcymi pulpetkami, byli na zakupach i w pizzerii. Po powrocie zastaliśmy w domu prąd. Mariuszowi było szkoda. Wróciłam do pracy, katalogowałam do późna.

   W sobotę Babcia Halinka przybyła do nas kompletnie zachrypnięta. Do pracy spóźniłam się jedynie odrobinę, Greg czekał. Byłam tego dnia sama, miałam wielu badaczy, jakby odpowiedź na zapotrzebowanie ministerialne. Podyskutowałam o kościele narodowym z Jeffreyem, o atrakcjach miasta z innymi, w pewnym momencie zobaczyłam, jak obok okna dzielnie kroczy ktoś w niebieskiej koszulce – toż wypadłam przed próg witać. Ksiądz Antoś we własnej osobie, z kuzynką, siostrą Lucynką. Ucieszyłam się jak dziecko. Uparłam się wypożyczać rekonwalescentowi najrozmaitszych miłych słuchowisk i lektur. Terapia skutkuje, ręka z każdym dniem jest bardziej sprawna. Radość. Siostra okazała się wesołą internautką. Gościła już na tej stronie i polecała swoją, więc i ja ją polecę. Tatul ma Tatulowe opowieści, siostra – Lucypkowe wieści, wejdźcie, mnie najbardziej podoba się podejście, rapujący ksiądz i Trąby Jerychońskie: http://www.slucypek.tnb.pl

   W niedzielę pojechaliśmy do Indiany do Pani Betty. Nad Bass Lake. Chłopcy wzięli wędki. Pięknie posiedzieliśmy na pomoście, pogadaliśmy z miłymi ludźmi. Zjedliśmy smakowity obiad, dla mnie świętem były moje ulubione ciasteczka – janeczki. Jak się nauczę tworzyć to francuskie muśnięcie bezą – to moje nazwę małgosieczki. Już tak dawno nie spędzaliśmy niedzieli z Halą i Jackiem, a jeszcze oprócz Gospodyni byli państwo S., pani Krysia i Edytka. Klimaty prawdziwych mazurskich wakacji z kojącym wiatrem, świetną muzyką, brodzeniem po płytkiej wodzie. W domu z kolekcją kogutów Tomik wyspał się do syta na pięknym, kolorowym łożu. Opowieści z podróży Gospodarzy urozmaiciła mapa tychże i bibeloty. Wspomnienia Islandii, Grenlandii, Ameryki Łacińskiej i innych. Opowieści o domowych specjałach, wymienianie się przepisami, wspólna praca. Przed domem lipa ze strąkami kwitnąca wiosną na fioletowo, za domem kojący falami krajobraz prześwietlony słońcem, wierzby kłaniające się falom w tym samym rytmie. Nie dziwi zwrócenie wszystkich kanap ku oknom. I jeszcze ta tragiczna, pasjonująca historia plemienia Winonów – wymordowanych przez bezmyślność pierwszych, szwedzkich osadników. Dziękujemy za opowieści i podzielenie się z nami swoją oazą!

   Dzisiaj rano u Babci Helenki zastalismy Babcie Halinke i jeszcze jedna mila pania. Chlopcy poszaleli, ogladali wszystko, chcieli wejsc wszedzie. Dobrze sie czuja w tym przyjaznym domu kochajacej ludzi Pani. Pani Helenka wyjezdza na zasluzone wakacje. Milych lektur i pysznego wypoczynku! 

   A dzisiaj od rana radość z wyników Tatulowych badań. Zło wycięte! Alleluja!

Wizyta u Carringtonów, tornado i życie bez prądu

   W sobotę w pracy Józek i Jaś porwali mnie na lunch. Corosh jak przed 12 laty – ta sama sałata, tak samo pyszna, a my w innym miejscu życia. Dobrze, że Józek szcześliwy. Wieczorem spotkaliśmy się w nowym domu Koników. Piękne przestrzenie i podłogi, kolory i atmosfera. Najokazalszy dom przyjaciół. Była u nas na noc Edytka. Kazio obdarował na piękną muzyką. W niedzielę mówiliśmy w radiu o kompromisie. Doszliśmy do takowego. Msza na Trójcowie po łacinie i pax vobiscum, jak z opowieści Tatula.

   Od poniedziałku nie mam prądu z powodu tornada wieczornego – jestem u Ali – przy komputerze – jak uboga krewna – Amiszka. Dlatego wszelkie listy i wpisy oraz redakcja leżą, przepraszam. Tymczasem jesteśmy jak pierwsi osadnicy lub jak ludzie pod namiotem w środku domu. Ma to swoje uroki – spacery, czytanie przy lampce, szmer generatora, inwentaryzacja lodówek. Pozdrawiam Was mocno!