Tatul w domu

   Promieniuję radością. Tatul już jest w domu. Operacja się powiodła. Teraz czekamy na wyniki badań. Odzyskał głos. Mama dzielnie sekundowała Mu w Kielcach, Państwo M. użyczyli Jej mieszkania, Ania pomogła, dziękuję z serca. Tato nie pozwolił mi wcześniej o tym pisać, stąd milczenie. Ci wtajemniczeni spisali się świetnie – dziękuję za wsparcie: modlitewne, myślowe, telefoniczne i osobiste.

   Wyprzedaż była zrywem czytających, tylu Was przyszło! Dziękuję! Gonia jak zwykle zadziwiła mnie wsparciem. Dotacja zamieni się w coś najpotrzebniejszego Bibliotece. Dzięki. Weronia już w Japonii. Czekam na wpisy na Jej blogu.

   W poniedziałek pomiędzy telefonami do Polski spędziłam czas z Wujaszkiem. Zjedliśmy wspólnie obiad, a później pojechaliśmy odwieźć Wujka, a sami kupiliśmy jabłek na kształt papierówek, antonówek i grapsztynka. Pojechaliśmy też do sklepu ze zwierzątkami. Chłopcy mieli miłą rozrywkę.

   Wczoraj, po nocy Mariuszowego spania z Tuniem spowodowanego szczekającym kaszlem synka – pojechałam do pani doktor Joli. Zaraźliwe choróbsko, na które zapadają miejscowe dzieciaki leczymy antybiotykiem i syropem, jest lepiej. Dostałam materiały o maleńkiej, trzyletniej Poli bez oczka, porozsyłam Wam z prośbą o pomoc. Byłam wczoraj też w pracy, gdyż dzisiaj pan Jerzyk ma zabieg. Trzymamy kciuki. W pracy pierwszy dzień z Agnieszką pracującą „po drugiej stronie”.   

   Dzisiaj jesteśmy także myślami z Edytką. A Ona połową Siebie jest w Polsce, na pogrzebie Babuni. Tak się nam to życie plecie.

   W niedzielę byliśmy u Ewuli i Lecha – w tajemniczym domku z gankiem i schronem. Jego historia to materiał na opowiadanie. Wiem teraz, skąd Ewa wysyła swoje niebieskie listy. Fajny ten ganek i kolory mamy podobne, i rośliny, i zamiłowanie do drobiazgów.

   Dzisiaj biwakujemy w domu. Obserwuję Tomika z nadzieją, że nie podda się chorobie. Kwarantanna trwa. Wreszcie wczytałam się w dietę według grupy krwi. Może warto spróbować?

 

Przed wyprzedażą prezentują broń

   Zapadłam się w sobie. Tnę liście i suszę, pod przyszłe herbaty domowe, czołgam się z chłopakami, dzwonię do Bogoryjki i dowiaduję spraw kolejnych. Maliny przebrzmiewają. Czas fioletowego agrestu. Tunio się do niego przekonał. Czy przekona się do czarnej porzeczki?

   W pracy wrze, wolontariusze pomagają. Są z nami Ci najbardziej oddani. Ludzie 1030 pomagają jak jeden mąż. Pieknie. Rozesłałam maile, listy, odezwy, zaproszenia, faksy, wydzwoniłam. Tu Wam też wkleję list. Byłam wczoraj z marszu w Monitorze. Dzisiaj w Dobry wieczór z Polvision. Jutro 2 wejścia, być może w sobotę i niedzielę takoż. W tym samym czasie ludzie w Chicago prezentują miastu broń, bez zbędnych pytań. Dziewczyny zrobiły dodatkowe synchroniczne imprezy. Wczoraj staraniem moich kobitek pojechałam wymalowana Chanel Moniki i Estee pani Krysi.

   Odwiedźcie nas – weźcie do domu jakąś pamiątkową książkę, niech z Wami pomieszka! To staranie całego roku wielu ludzi. Co uzbieramy – obróci się w nowe książki. Czysta pomoc.   

PS Wczorajsza TV jest pod adresem www.polvision.com pod Monitor 7 23 w jakiejś 3/4 materiału. Guzik bym sobie rozpięła, mniej ruszała dłońmi i głową. Powinnam się wzorować na rozmówczyni. Rozpiszę konkurs na moją nową fryzurę.

Obiecany list:

 

Drodzy Przyjaciele Biblioteki Muzeum Polskiego w Ameryce!

Liczymy na Państwa pomoc i polecenie naszej wyprzedaży wszystkim Czytającym.

Zapraszamy na wyprzedaż duplikatów książek, która odbędzie się w sobotę, 26 lipca (od 9 do 16) i niedzielę, 27 lipca 2007 roku (od 11 do 15) w sali jadalnej na parterze Muzeum Polskiego w Ameryce (pod adresem 984 N. Milwaukee Ave. Chicago, IL. 60622). W tym roku będziemy także sprzedawać pamiątki z Polski.

Wyprzedaż jest naszym corocznym przedsięwzięciem. Składa się na nią roczna praca bibliotekarzy i wolontariuszy. Dochód z wyprzedaży jest przeznaczony na rozwój naszej placówki, która jest instytucją niedochodową. Biblioteka istnieje już 93 lata. Za kilka tygodni zostanie skatalogowana 50 000. książka w naszym księgozbiorze. W ciągu następnego roku Biblioteka MPA będzie przechodziła zmianę oprogramowania.

Książki wystawione na sprzedaż pochodzą z darów, przedstawiają ogromną rozmaitość tematów. Bardzo zależy nam na tym, aby polskie książki znalazły dobre domy. Umiłowanie książek i pomoc bibliotekom to tak piękna i rzadka cecha we współczesnym świecie.

Jeżeli potrzebujecie Państwo bliższych informacji – proszę dzwonić pod numer 1-773-384-3352 wew. 101.

Będę szczerze zobowiązana za wszelką pomoc! Proszę o ponformowanie o wyprzedaży znajomych Państwa.  

Docenianie męża albo odwyk od blogowania

   Wyszłam raz w upale oberwać maliny. Spłynęłam, pot zalał mi oczy, zrobiło mi się słabo. A Manio tak ma zawsze i jeszcze musi wykazać się pracowitością. Podziwiam.

   Blogowanie wciąga. Czasami zdaję sobie sprawę, że intensywnie sama siebie rozliczam z przeżyć, aby je opisać. Męczą mnie narastające dni, rzeczy do odhaczenia, jakby z wyrzutem czekały na odnotowanie. W poprzednią niedzielę miałam imieniny, zaakcentowane audycją, zrobiłam sobie małe prezenty, kupiłam u Meksykanki na poboczu Oak Park świeże owoce. Audycja przeszła uspokojeniowo, potoczyście. Do domu przyjechałyśmy klucząc zespołowo po autostradach – z Marylą. Tu spokojne warzenie obiadu, rwanie sałaty ze wszystkiego w ogródku. Rozmowy. Z zastanowieniem. Brak aparatu i przymusu obserwowania wszystkiego jego obiektywem. Bellini z dojrzałymi brzoskwiniami, odrobina Wenecji. Nowy kielich, nowy kubek. Życzliwość. Rozmowy głębokie i ważne. Docenianie małych spraw. Święto we święcie. Spacer z Ewą i wizje powieści o zmierzchu. Poza tym radość z bloga Tatula. Czytanie nowych historii, do których dojrzałam. Troska. Zmartwienie o którym mam milczeć. I spotkania życzliwe w tygodniu, przytulenie jagodowe Marianki, sałatkowe Ali, zabawkowo-książkowe Janinki, korekta podręcznika i weryfikacja własnych błędów. Korekta miesięcznika, kolejna weryfikacja. A dzisiaj siadłam w ogródku na chwilę i popatrzyłam jak Tomik z Tuniem leżą na chodniku i malują błękitną kredą. Chodnik i siebie samych. Szczęśliwi, zapracowani, i odsapnęłam. Może jutro rano znów obudzą mnie ‚dmuchaniem malin’ w ramiona? I będziemy się śmiać jak szaleni? Na pewno będę myślała też i o kochanym Panu Marianku, moim druhu-wolontariuszu-dziadziu, który dzisiaj został pochowany. I o Jego uśmiechu, i o sympatii do ludzi i… okładania książek i pieczątek, i o zamglonym, niebieskim spojrzeniu. O szarlotce Jego żony. Uwieczniłam Go kiedyś na zdjęciu, takim zostanie ze mną. Ksiądz Paweł dzisiejszą rozmową rozwiązał mój dylemat performatywno-maryjno-artystyczny. Może kiedyś o nim opowiem. Teraz się trzeba położyć, marzeń na jutro trzeba namarzyć…

Postrzyżyny i jak stałam się babcią

   Wstrząsnął mną ten pogrzeb we wtorek, szczególnie mądre kazanie, pożegnanie wygłoszone przez synową oraz wycieczki po mauzoleum, które przypomina hotel dla zmarłych. Chłopcy nie wytrzymali tak długiej ceremonii – w kościele byli spokojni, ale już w długich korytarzach o marmurowych ścianach z poważną muzyką i kanapami – zaczęli śmiać się i szaleć. Przynieśli trochę rozrywki temu miejscu. Ja miałam czas na rozmyślania. Wyszliśmy przed budynek, ganialiśmy się po trawniku, oczekiwaliśmy na Mariusza. W domu – wspólne chwile. We środę pogoń, wczoraj takoż. Proces ozdrowieńczy księdza Antoniego postępuje.

   Mariusz wczoraj zrobił niespodziankę i zabrał chłopaków do fryzjera. Tomik już nie ma loczków, a ja nie mam na pamiątkę żadnego z nich. Ma taką maleńką głowinę i wygląda jak duży chłopczyk. Smutno mi było. Rozmawiałam z Bogoryjką, tam remamenty zdrowotne – za które trzymam kciuki. Zbliża się w niedzielę nasze z Tatulem święto. Będę rozmawiała w jego trakcie o domu – na 1030 od 14 do 15. Czyli na www.polskieradio.com . W czasie rozmowy dowiedziałam się, lub zdałam sobie raczej sprawę, że Tunio jest dla Kuby wujem, a ja cioteczną babcią. Od ośmiu lat. Odkrycia jak z mojej słodkiej lektury, czyli „Domu nad rozlewiskiem”, którą serdecznie polecam.

Rodzinne święto niepodległości i Czterdzieści

   Ksiądz Antoni walczy o zdrowie. Liczy już do czterdziestu. Tak się cieszę. Weekend minął nam rodzinnie. Był czas na obrywanie porzeczek, malin, spanie na kocyku w czasie dnia i spanie w namiocie w nocy. Kąpaliśmy się w basenie, byliśmy na urodzinach Kasi i oglądaliśmy chicagowską popisówkę pirotechniczną, popłynęliśmy z Konikami na krótki rejs ich żaglówką. Zaliczyłam chorobę morską. Ciekawe, że nigdy dotąd tego nie miałam. Filmik z wyprawy jest burzliwy, a minka Tomika komiczna – najpierw się obraził pod tytułem: a dokąd mnie przywieźliście, a później – usnął, aby obudzić się w przystani. Kwitły tam lipy, narwałam garść kwiatu. Odpoczęłam, słuchałam muzyki ze starych kaset i chłonęłam spokój w rodzinnym gronie. Fajnie tak.

   A dzisiaj wybrałam się do pracy, aby nie było to tamto. Pani Halinka odebrała Tunia ze szkoły letniej. Podgoniłam. Dostałam piękny agat do kolekcji od moich Beenek. Pojechały już do Polski, a prezent zostawiły sprytnie w szufladzie. Zobaczyłam się nareszcie z Panią Mary, przywitałam z Edynią. Obwianowała mnie muzyką. Nową Anią i FNS. Chłopków baterią fajniutkich książeczek. Po pracy zajechałam do domu pogrzebowego pożegnać Panią Wacię. Synowie i ojciec w czerni, prawie pusta sala i Ona – podobna do siebie tylko na zdjęciu z wnukami. Podobieństwo matrycy naszych rodzin samo mi się nasunęło. Słowa Radka zapadną mi w pamięć. Ta godzina także. Trzeba żyć pięknie i kochać i być blisko z Bliskimi, trzeba pamiętać, jak mało zabieramy: tam. Teraz tworzymy materiał na późniejsze wspomnienia.

Po nocy – zmiany

   Ksi

ądz Antoni ma się lepiej – po nocy odzyskał świadomość i próbuje mówić. Pomogliśmy. Jak dobrze.

   Mam też wiadomość o pogrzebie Pani Waci. Pożegnanie odbędzie się w domu pogrzebowym Wojciechowskiego pod adresem 6250 N. Milwaukee (przy Devon) w poniedziałek, 7 lipca od 16. do 21. wieczorem. Natomiast Msza święta pogrzebowa odbędzie się we wtorek o 10. rano w kościele świętej Konstancji.

   Poza tym rodzice byli dzisiaj w Staszowie na pogrzebie mojego nauczyciela muzyki, Pana Zbyszka Pastuszki, dowiedziałam się o tym kilka godzin temu. Zmarł nagle. Tatul o tym pisał w komentarzach do mojego wczorajszego rozdzialiku. Wspomnienie Pana Pastuszki pachnie mi Przemysławką, pamiętam tę burzę włosów, sztruksową marynarkę, fasonową syrenkę, próby chóru szkolnego w sali muzycznej, przesłuchanie do tegoż chóru. Nonszalancką grę na pianinie. Nawet klasówki. Żegnam się najładniejszą z naszych piosenek: Lato czeka…

   Tatul ma swojego własnego bloga, zapraszam pod adres http://tatulowe.blog.onet.pl

 

 

 

O Pani Waci, księdzu Antonim i pożegnaniach

   Kochana i cicha kobieta. Matka dla wszystkich, spokojna, pogodna, nawet w męce choroby. Od stycznia w śpiączce, w innym świecie. Bliscy miotali się w różnych odcieniach smutku. Iwonka była przygnębiona, Radek zgaszony. Pani Wacia była ciekawa świata, czytała książki, choroba naznaczyła jej ostatnie lata cierpieniem. Pozostawiła po sobie bardzo ciepłe wspomnienia. Pamietam ją uśmiechniętą w ich warsztacie, w koczku i okularkach z tym jej spojrzeniem, przyjaźnie kojącym. Z pewnością w ciągu najbliższych dni odwiedzimy dom pogrzebowy. Osobowościowo przypominała mi bardzo panią Marysię, która nagle zmarła w Bogorii miesiąc temu. O tym wydarzeniu dowiedziałam się dzisiaj w pracy już po elektryzującej wieści o księdzu Antonim, moim mentorze tłumaczeń kościelnych. Podobno upadł i miał wylew, jest w Szpitalu Du Page County Central Hospital w miejscowości Winfield. Nie wiadomo, czy dzisiaj odzyskał świadomość. Cały dzień myślałam o nim, o jego miłej osobowości i naszych wspólnych chwilach, modliłam się w jego intencji. Nie zdążyłam oddać mu wywiadu z wystawy. Jeszcze mi się to uda.

   No i w obliczu takich zdarzeń aż zamilknę na chwilę. Nie będę szeregować moich zwykłych dni.