Bostońskie wcielenie mojego Anioła w okularkach

   Wyzwalałam się z uprzedzeń i zobowiązań. Jak widać – nawet z blogowych. Poznałam smak portalu N-K. Słodki, wspomnieniowy. Później żyłam w niemałym stresie, spowodowanym przygotowaniami do wyjazdu na zjazd w Bostonie. Teraz wróciłam i nie mogę się zebrać. Ale po kolei.

   Pani Helenka, która się mną opiekuje, wysłała mnie po raz drugi na Zjazd Nauczycieli Polonijnych. Znów zafundowała tę podróż. To najpiękniejsza forma wspierania naszego muzeum – reklamowanie go przed swoim środowiskiem za własne pieniądze. Bardzo wyrafinowana i czysta forma altruizmu. Dziękuję z serca. Przed samym wyjazdem wykazałam sporo nerwów spowodowanych pracą z prezentacją, jednak dzięki Agusi, uczennicy polskiej szkoły, wszystko się udało na czas. Pani Halinka pomogła mi zorganizować piątek. Odwiozłam się na lotnisko, Tomuś litościwie zasnął, Tunio obiecał opiekę nad tatą, bratem i babcią Halinką. Odprawiłam się elektronicznie, straciłam specyfik do włosów, gdyż wylądował w koszu. Nauczka dotycząca rozmiarów butelek. Marnotrawstwo, ale kto tak naprawdę jest w stanie sprawdzać strażników? Na lotnisku czytałam wycinki prasowe, m.in. ostatni artykuł Danusi o Pani Marii, „przemytniczce Bożej”. Odpoczywałam w ciszy. Coś zjadłam, przestawiałam się na inne tory. Spokojniejsze. Aktóweczka od Pani Helenki umożliwiła mi bardzo porządne rozmieszczenie dokumentów. Walizka od Pani Halinki – komfortowe spakowanie. W samolocie siedziałam obok zarządu szkoły z okładki „Polish Chicago” – wywiązała się rozmowa oraz przyjazne kontakty na cały zjazd. Pani Kazia z poświęceniem własnej wygody przechowała moją walizkę. Historia jej życia była fascynująca, bardzo pisarska. Podróż do hotelu odbyłyśmy wspólnie z panem Royem w roli kierowcy. Obwiózł nas łukiem po Bostonie, opowiedział kilka ciekawostek, m.in. taką, że prawdziwi bostończycy wymawiają Harvard jako Ha_va_d. Podróż do hotelu minęła w ożywionej atmosferze. Na miejscu trafiłyśmy na kolację. Smaczną. Później rejestracja – a świeżo poznana Sylwia pomogła mi w kłopocie. Bardzo to doceniam. Otrzymałam pokój na wyłączność. Cóż za komfort. Po chwili udałyśmy się na salę główną. Odnalazłyśmy Panią Helenkę i odśpiewałyśmy Jej zaległe sto lat – z okazji imienin. W międzyczasie – powitania – takie bardzo radosne. Poznałyśmy wyspiarza Fauberta, który zmieszał nam przebój zjazdu – bostoński drink bay breeze – czyli kombinację wódki, soku z żurawin i soku ananasowego z kilkoma kroplami jakowegoś likieru. Pośród radosnych zachwytów usłyszeliśmy, gdyż dołączył do nas ksiądz Władziu, romantyczną historię bohaterki wieczoru – Pani Marianki. Poznaliśmy ciekawe oblicze naszej uroczej Cioci Bułkowej. Ala umiejętnie wplatała mnie w krajobraz kobitek – nauczycielej, Jej współpracowniczek ze Zrzeszenia. Tyle miłych uśmiechów, pogwarek, komentarzy. Atmosfera działała lepiej niż szampan. Następnie odbyła się część oficjalna, powitania, nasze oszalałe brawa ilokrotnie na scenie pojawiał się ktoś z nas, a szczególnie Pani Helenka. Piękna akademia dzieci z zapadającym w serce Hej – Nalistą. Mądre przemówienia notabli, godne zapamiętania przesłanie Krystyny Bochenek, z delikatną nauką w kwestii wymawiania dat. I ja sama musiałam przyznać własną omylność i rację Ewuli, gdyż rozmawiałyśmy wcześniej na ten temat. Obecnie mamy dwa tysiące ósmy rok, nie dwutysięczny ósmy. I nie ma innej możliwości. W publikacjach zjazdowych jest dużo błędów. Niby nic to, a jednak. My szczególnie, nauczyciele powinniśmy być zobowiązani do nieomylności i przyjaźni ze słownikiem ortograficznym. To drażliwy temat, dla nauczycieli szczególnie. Po wszystkim udaliśmy się do pokoju Ali, gdzie wymienialiśmy się najnowszymi dowcipami. Potem, nad ranem, wyspowiadałam się. Ksiądz Władziu bardzo mi pomógł, a ja mogłam spokojna usnąć i rozpocząć kolejny nowy rodział. Po nocy, która nie była niczym przerywana, w miękkim łóżku, czułam się po raz pierwszy od długiego czasu – zrelaksowana. Udałam się na dół, śniadanie zjadłam w towarzystwie miłych kobitek, przygotowałam się do wystąpienia, jak przed dwoma laty otrzymałam szczególne błogosławieństwo. Wysłuchałam świetnego wykładu Jamesa Puli, z animacjami, materiałami źródłowymi, dowiedziałam się wreszcie podstaw sprawy Jamestown. W przemówieniu kolejnego prelegenta zabrakło mi obrazu. Mowa o Internecie bez przykładów, jest jak bezwonna dyskusja o perfumach. Na moim wykładzie było wiele osób, siedzieli nawet na podłodze. Starałam się być naturalna i omawiać ciekawostki. Gdyby nie przerwa na obiad – mówiłabym dłużej. Przebojem okazała się, tak jak przypuszczałam, fotografia atlety z lat 20. Zbyszka. Zrobiłyśmy sobie z nim pamiątkowe zdjęcie. Po posiłku z Marynią, Bożenką, Basią i ich koleżankami z Filadelfii – udałyśmy się do nich do pokoju na rozmowy kuluarowe. Siedziałam w wygodnym fotelu z nogami na parapecie i patrzyłam na zatokę z dalekim horyzontem. Piłyśmy wyborne Moscato zagryzając je serami i pomarańczami. Mówiłyśmy o radościach i smutkach, opowiadałyśmy sobie anegdotki o dzieciach. Miłe chwile. Później pobiegłam na spotkania z dyrektorami szkół, na których udało mi się wypełnić kilka ankiet. Bardzo ciekawe tematy, komentarze jeszcze bardziej. Wzięłam udział w loterii, wygrałam książkę. Następnie poszłam na spotkanie z notablami – wzburzyła mną dyskusja pomiędzy pewnym panem a Panią Marszałek i byłam świadkiem kolejnego przykładu taktu i opanowania tej Kobiety. Zwycięstwa w konflikcie. Bardzo dużo się nauczyłam. Dyskusja była tak fascynująca, że o mały włos spóźniłybyśmy się na kolację bankietową. Szybka zmiana ubioru – Marynia zajęła mi miejsce przy swoim stole. Znów żarty, znów historie ludzkie. I jedna gburowata kelnerka, której nie warto poświęcać więcej czasu. Rozmowy w korytarzu przy muzyce, m.in. z panem Michałem o jego życiu na emigracji od roku 1949, obserwacja tańczących par, zdjęcia grupowe. Następnie pora wręczania nagród i dyplomów. Sobotni wieczór i trzygodzinne posiedzenie, które nie było wcale męczące. Towarzystwo przednie. Znów burza oklasków dla naszej idolki, Pani Helenki, która z wielką gracją przyjmowała nagrody, śpiewając. Po wszystkim wystapiła Grażynka Auguścik. Bardzo dobry koncert, klaskaniem miałyśmy obrzękłe prawice i lewice. Po koncercie Alusia ofiarowała mi na urodziny 2. płyty Grażynki, które zostały podpisane. Słucham ich teraz. Jedna jest taneczna i kojąca, z piosenką Eli Adamiak; druga skrajnie jazzowa i niepokoi Tomika. Poznaliśmy pana Tomasza Kotlińskiego z San Francisco, który ma organizować przyszły zjazd. Ma email brzmiący Kotomek – coś dla mojego synka. Zastanawiałam się, jak moje dziecko będzie wyglądać w jego wieku. Już w innym składzie posiedzieliśmy w barze, później w pokoju internetowym z Alą plecy w plecy na N-K. Sen po kąpieli przyszedł do mnie galopem.

   Niedziela to był czas wycieczki. Śniadanie zjadłam z kochanymi dziewczynami z Trójcowa. Podzieleni na grupy przeszliśmy do kolejki. Byłam razem z Panią Anią, Ewą, Anią, znajomymi Agatki. Brak przypisania do jakiejkolwiek formalnej grupy dał mi pewną swobodę. Harward mnie rozczarował. Spodziewałam się architektoniczno-roślinnej zborności, jak na UCLA, nawet może czegoś lepszego. A zastałam porozrzucane budynki, jakby przypadkowo, rachityczne trawniki, łysiny w nasadzeniach. Po głowie chodziło mi – to ta legenda? Z budżetem mniejszym o 4 miliardy od budżetu Polski? To główny park? Szkoda, że weszliśmy tylko do jednego budynku, z pewnością biblioteka uniwersytecka rozwiałaby to pierwsze wrażenie. Tam kultywują z pietyzmem nie zieleń lecz umysły. Ale byłam i widziałam, taka, jak jestem to byłam i widziałam… Tylko gorzko skonstatowałam, że ludzie, jak ludzie – na pozór zwyczajni. A jedni studiują na WSP w Kielcach, a inni mają szanse na Harvardzie. Ciekawa była informacja, że na rozdaniu dyplomów ma wystąpić Joanne Rowling, twórczyni Harrego Pottera i Hogwartu. Siła wyobraźni. Następnie pojechaliśmy przejechać się amfibiami, czyli Boston Ducks. Przypadła nam pomarańczowa ze świetnym kierowcą – przebranym za Johna Lennona z epoki yellow submarine. Nasunęło mi się orange submarine i tak z koleżankami nauczycielkami pociągnęłyśmy śpiew, przyłączyła się nawet ciocia Romana Giertycha – działaczka edukacji polonijnej z Anglii. Kierowca był świetny, a gdy zaproponował, abyśmy prowadzili wehikuł na wodzie – zgłosiłam się pierwsza. Zawsze chciałam tego spróbować. W Wisconsin nie proponują. W porównaniu z superszybką motorówką Radka, którą kiedyś udało mi się powozić – to była podróż na żółwiu, ale zacne grono pasażerów robiło swoje, jeżeli chodzi o tremę. Mam filmik, po mnie zgłosiła się jeszcze jedna Małgośka, później wyżej wzmiankowana ciocia. Mają ciekawy zwyczaj – sprzedają żółte dzioby, które wydają kacze dźwięki oraz już ustnie kwaczą na wszystkie domagające się tego dzieci wprawiając je w zupełny zachwyt. Przyjemne doznanie. Są w centrum Bostonu także strefy zakazu kwakania – m.in. w dzielnicy najdroższych sklepów i obok cmentarzy na których spoczywają ważne postaci historyczne – prezydenci i Mother Goose (Ala później musiała mi to oczywiście wypomnieć). Przejeżdżałam obok baru Cheers. Czułam się jak dziecko. Śmiałam się do rozpuku, zrobiłam wiele zdjęć. Na koniec pozbierałam w kapelusz datki dla kierowcy. Dzioby przywiozłam chłopakom, kwakali, aż miło. W czasie wolnym wybrałam się z naszą przewodniczką – Małgosią na spacer po centrum handlowym. Mam wrażenie, że skądś ją znam, dotąd nie wiem skąd. Może to jedynie zbieżność usposobień? Kupiłam koszulki z Harvardu dla moich panów, herbatę dla Pani Helenki, zjadłyśmy hinduski posiłek porozmawiałyśmy o życiu. Obca, a bliska, czyli już nie jest obca. Dzięki Małgoś za wszystkie Twoje starania. Powrót odbył się metrem, wreszcie mogłam kilkanaście minut porozmawiać z Panią Helenką i okazała się potrójnym aniołem. W kościele się rozłączyłyśmy, a szkoda. Msza przepiękna, wrzuszeniowa, pieśni te najpiękniejsze -śpiewane przez potężny, złożony z nas chór nauczycielski. Kazanie zacne, mądre, łzy zaszkliły oczy w to Boże Ciało, a Barka rozkleiła mnie kompletnie, nie tylko mnie. Mało kto nie płakał. Jej druga i trzecia zwrotka dotarła do mnie z wielką siłą i nawet śpiewać nie mogłam, głos wiązł mi w gardle. Po zakończeniu okazało się, że ksiądz Władziu spóźnił się na Mszę i będzie odprawiał jeszcze jedną, więc zostałyśmy, czytałam 1. czytanie. Kazanie bardzo trafne – sens w pigułce. Wrażenia naszej jedności – małego grona, z naszego miasta. Zdjęcie pamiątkowe oddaje nasz nastrój. Po wszystkim obejrzeliśmy szkołę, poszliśmy się posilić, spędzaliśmy czas z Marią, paryżanką. Odważyłam się odkurzyć swój francuski i miałam niezłą zabawę i łamigłówkę. A z księdza jest poliglota. Zaimponował mi. Marysia mnie poprawiała – bardzo delikatnie, ale z jej pomocą pewnie łatwiej przyszłoby mi przypomnienie sobie tego pięknego języka. Mam podstawy do powitania znajomych Hali, którymi mnie wszyscy straszą. Kilka zdań sklecę. Po skończonym występie dzieci – zaczęliśmy śpiewać. Wokół naszego stołu, a przede wszystkim wokół księdza i jego akordeonu zebrało się wielu słuchaczy. Nadszedł jednak pewien pan i bardzo grzecznie zaprosił nas na spektakl. Cel szczytny – pomoc osieroconej niedawno przez matkę – dyrektorkę polskiej szkoły – ciężko chorej dziewczynie. Zebraliśmy się i wzięliśmy udział w spektaklu śmiejąc się głośno i oklaskując aktorów – amatorów. Później nastąpiły tańce, śpiewy, popisy. Z zachwytem podziwiałam Panią Betty i jej witalność. Nadszedł czas końca – pożegnania, zrobiliśmy więc zdjęcie grupowe. Do hotelu pojechaliśmy kolejką – śpiewając. Przyglądali nam się z zachwytem skośnoocy bywalcy. Na przystanku końcowym było niesamowite echo – sami, w oczekiwaniu na taksówkę z hotelu, daliśmy koncert, ja zadedykowałam Połowynę Maryni. Ale niosło i grzmiało – zdziwienia słuchaczy malujące się na ich twarzach nawinę na sznur wspomnień. W hotelu kolejna impreza śpiewacza, tym razem w pokoju dzielnej i godnej podziwu organizatorki, później na patio. Zrobiłam wiele zdjęć i obserwacji, wymknęłam się do pokoju internetowego, w którym zgadałam się z dziewczynami z Platter, że wracamy tym samym samolotem i się z nimi zabiorę. Łut szczęścia. Później udałam się do swojego pokoju, zadzwoniłam do Mam. Wszak był to Ich dzień.               

   Poniedziałek był dniem pożegnań, odbioru ankiet, zdjęć pamiątkowych. Wspólna podróż z Jolą i jej dziewczynami, tyle serdeczności, rozmowy na lotnisku, a po przylocie – grzeczność podwiezienia mnie do domu, gdyż Tomikowi właśnie się usnęło. Kwiaty na Dzień Mamy, posprzątany dom i zadbane roślinki, które tyle urosły przez czas nieobecności, wspólne ognisko, nadskakiwanie, wizyta wujka Radka, usnęłam usypiając Tomka. Koło się zamknęło. To był najbardziej budujący zjazd. Serdeczność ludzka bardzo mnie wzmocniła, odrobina samotności takoż. A Panią Helenkę po prostu kocham, dziękuję.

Pokomunijne obawy o Gońkę

   Minęły komunie Kasi i Olivki, pięknie przygotowane, przeżyte z łezką i wpominkami; minęły lekcje biblioteczne dla 230. uczniów; impreza u Walczaków – ze spotkaniami serdecznymi. Zdjęcia zobrazują nastroje.    Teraz martwimy się o zdrowie Gońki Koniecznej. Zaniemogła nam i nie wiemy na co dokładnie, otarła się o szpital i poważne zagrożenie, teraz dochodzi do Siebie.

   Buziaki kochana – za chwilę znów rozkwitniesz, jak na zdjęciach z niedzieli!

Burze wiosenne

   Naprzemiennie leje i świeci słońce. Idealne warunki ogrodnicze. Kwarantanna dobrze na mnie podziałała, tak samo zrobiły mi Wasze listy i rady. Wyciszyłam się, części rzeczy nie udało się nadal odzyskać, ale cieszę się z tego, co mam.

   Ostatnio się zadziwiam, zwalczam w sobie odkładanie rzeczy na później. Niektóre okazują się na wiele lat później. Obejrzałam nareszcie na divixie, podczas czuwania nocnego, Hidalgo oraz Finding Neverland z urokliwą, oskarową muzyką Kaczmarka. Musze dotrzeć do płyt Leszka Możdżera. Wykonanie poraziło mnie wirtuozerią, chwała słuchawkom. Przesłuchuję także moje zapyziałe płyty CD podczas katalogowania. Zapisuję sobie ulubione melodie, znów uwolnię trochę muzyki. Być może nauczę się robić MP3, tylko czy jakość na tym nie straci? Uporządkowałam moje Małgosiowe nagrania. Po kawałku oswajam dom, przeglądam wszystkie kąty – bawiąc się z chłopakami. Tyle mam tych zaniedbanych przestrzeni, że aż dziw bierze. Jakby okres matkowania był dla mnie okresem zapomnienia o niektórych miejscach. Teraz odczuwam potrzebę porządkowania otoczenia. Marylka by się uśmiechnęła. Bardzo doceniam wysiłki Babci Zosi.

   Przeczytałam nadesłaną mi przez Antylkę najnowszą książkę Szwai – Dziewice, do boju! I zatęskniłam za Szczecinem, tym od Marylki. Przypomniał mi także swą wcześniejszą twarz z Tall Ship Race w tle, ale ta nie wywołuje we mnie miłych uczuć.

   Sąsiadka, emerytowana policjantka, urządziła zapoznawczą herbatkę. Poznałam nareszcie nową sąsiadkę, Syryjkę Lucine, jej teściową i synków, którzy są w wieku moich. Obejrzałam dom sąsiadów, teraz inaczej na niego patrzę, bo wnętrzami, na rozświetlone okna. Dom zatrzymany w latach 60. Kolekcja filiżanek, misternych, kilka bardzo ciekawych skrzyń i śpiewający tenor, czyli sąsiad. Kolejne spotkanie odbędzie się u mnie.

   Babcia Halinka sprawdza się, aż miło. Zaimponowała mi artykułami o krzemieniu pasiastym w Głosie Nauczyciela. Mogłabym się u niej uczyć stylu. I tak, dzięki tej lekturze, postrzegam jej opiekę jako inwestycję w  rozwój językowy dzieci. Fajnie.

   Trzy dni temu założyłam konto na Naszej Klasie. To już dla mnie charakterystyczne, że odwlekam podążanie za modą. Tym razem potrzebne mi było radosne ożywienie. Poszłam tam, gdzie chadzają ludzie. Pooglądałam ich profile, zdjęcia, jakimi się chcą podzielić, tym razem to ja oglądałam.        

   Przy chłopcach nie mam czasu na pracę w ciągu dnia, pozostaje mi ponad godzina w trakcie drzemki Tomka. Dopiero nadganiam po obiedzie.

   Jestem radośniejsza.

Popatrzcie: http://youtube.com/watch?v=_pi7ME_Jk6I cieszę się, że ten filmik ocalał, jest w nim wielka doza radości.

Strata, gniew, zal i mieszane uczucia

   Mariusz zaplanowal oczyszczanie komputera. Pewien swojej wiedzy oczyscil go zupelnie – z moich dokumentow. Niczego nie ma, nawet polskich znakow. Mam nadzieje, ze tego jednak nie mial w planach. Czesc jest na back-upie z poczatkow marca. Reszta przepadla. Moje tlumaczenia, listy, wpisy, praca, artykuly, zdjecia, kontakty do Was. We wtorek wieczorem, po zajsciu, ogarnal mnie gniew. Pozniej nastapil zal. I do siebie, ze mu zaufalam, ze nie zrobilam wszystkiego kopii. Teraz staram sie przejsc przez kwarantanne. Po konsultacji z Kevinem – poczekam do przyszlej srody, byc moze cos odzyska. Pozniej sie zacznie – ponowne proszenie ludzi o wypelnienie ankiet do MKiDN. Marazm mnie ogarnal, niechec, zapadlam sie w sobie. Jakby mi ktos wyrzucil zapiski z ostatnich lat. A jeszcze w dodatku nie przeprosil – jakies bagatelne „sorki” na nim wymoglam, a teraz udaje, ze nic sie nie stalo. W dodatku chlopaki choruja, sa przeziebieni.

   Prosze, piszcie do mnie na m_kot@autograf.pl – odbuduje powolutku Wasze dane. Juz nie chce miec z nim wspolnego komputera. Kupie sobie swoj i splace. Bedzie zamykany na kod. To podobno mnie wzmocni.