Wyrywanie

   Gdy odjeżdża Ktoś, kto jest częścią nas – to napełnia nas smutek. Trzeba się odnaleźć w opustoszałym domu. Poznać pozytywy i negatywy zaistniałej sytuacji, rozpoznać prawdziwe ja. Poznać każdy krok własnych dzieci. Zapoznać się ponownie z domem, wykluczyć tysiąc niepotrzebnych czynności, pozostać przy meritum. Więc chłopcy na oczach, komórka przy pasku, praca podczas spania Tomika i po przyjeździe Mania. Karmienie i pilnowanie. Spacery, doglądanie, lepienie babek, obieranie jabłuszek, mycie rączek, pogaduszki. Czytanie wspólnych książek, tańce przy muzyce i bez, wspólna jazda samochodem. Gotowanie na szybkość i wydajność.

   Część spraw została zakończona. Jestem bez zęba mądrości, z nowym prawem jazdy, mam na koncie quasiprofesjonalną recenzję za którą mi być może zapłacą, korektę miesięcznika i dwa małe tłumaczenia – wszystko w ostatnich dniach. Zakupy w pogoni, wywoływanie zdjęć z ostatniego półrocza. Nagrywanie płytek Bliskim, tyle spraw, że nie dziwota, że czuję się jak z początkiem zaziębienia. Pomógł Tylenol i rozmowa z Rodzicami, trojgiem. Dzisiaj chłopcy zrobili mi niespodziankę zaokienną – słuchałam miłej muzyki i miałam kamerkę pod ręką, wyszedł uroczy obrazek. Poza tym dodałam nowy filmik o spełnieniu marzenia Babci Zosi.

   Jutro pierwszy samotny dzień Babci Halinki. Mam kolejną lekcję biblioteczną i nie mogę się spóźnić. Jeszcze nie wiem, czy obudzę się całkiem zdrowa i nadająca się do pracy. Szaleje burza wiosenna, teraz dopiero się prawdziwie zazieleni.

Urodziny Biblioteki

   Nasza staruszka obchodzi urodziny, zacne 93. Ewa przetarła szlaki. Natomiast dzięki Eli i Jackowi jest o nas głośno w okolicach Radia WNVR 1030 AM i Polvision. Jacek ma urodziny tego samego dnia, różnią się 57. latami. Cieszy wsparcie i zainteresowanie. Jeżeli będziecie mieli ochotę i okazję to posłuchajcie jutro Popołudniówki w okolicach godziny 16. czasu chicagowskiego: www.polskieradio.com, a wieczorem obejrzyjcie „Dobry wieczór z Polvision” – wystąpimy w duecie z Agnieszką.

   Z okazji urodzin i nie tylko zapraszamy Was do odwiedzin jubilatki i czytania! Biblioteka czeka!

Zgrzytanie, Mother Goosia, wywiad i spóźnione odkrycia

   Dowiedziałam się od nowej higienistki, że zgrzytam zębami w nocy i kruszę je sobie. Śmiałyśmy się wszystkie w gabinecie, jak powiedziałam, że gdzieś muszę zgrzytać. Noc jest najlepszym czasem. Nikt tego nie słyszy, nawet ja. Jedynie krzywa zębowa wykazuje. Zrobiły mi dziewczyny zdjęcia komputerowe zgryzu i zobaczyłam przyszłość – ustne otwieranie internetu. Język jako myszka. Jagoda wyrównała mi uśmiech. Bardzo miło mnie przyjęły. Chodzę do dentysty jak w odwiedziny do znajomych serdecznych. W przyszły wtorek będzie inaczej. Muszę usunąć odrobinę mądrości. W postaci zęba. Będzie mi łatwiej żyć. Ponieważ zabrałam się za siebie całościowo – byłam także po sąsiedzku u dr Hidalgo. Powiedziała, że czuje się pół Polką – i powinnyśmy ją właściwie nazywać Renatą Hidalgowską. Nie omieszkałam tego uczynić. Lubię jej podejście, delikatność, miłą buzię, orzechowe oczy, chęć śmiechu. Znamy się tyle lat. Wrota do ich półprywatności otworzył mi Józef i chwała Mu za to. Stąd się bierze moje, tak odmienne od zwykłego, nastawienie do lekarzy. Oby zawsze tak było. Zrobiłam badania krwi, pobierała ją najsprawniejsza pielęgniarka, która zawsze wynajduje bez komentarzy moje pochowane żyły. A jeszcze przed tym lekarskim skomasowaniem, po drodze, byłam u profesora – zawiozłam mu nareszcie czek zwrócony przez Wrocław. Świetnie wygląda. Włosy mu odrastają bielutkim meszkiem upodabniając Go do wnusia – Olusia. Posiedzieliśmy przy wybornej herbacie podanej w tych zachwycających filiżankach. Opowiadał o swoim raku z finezją genialnego tłumacza. I o tej nowej terapii nuklearnej. A dzisiaj czytałam opowiadanie o czerpaniu energii z komórek rakowych. Jest w profesorze Franku coś Papieskiego. Wieczorem byli u nas z kolejną zapoznawczą wizytą Państwo Cz. Chłopcy się przyglądali, trochę zaczepiali. Tunio pośrednio po raz pierwszy usłyszał o wyjeździe Dziadziów. Zmęczenie zrobiło swoje i obydwaj, każdy w swoim czasie dali popis. W nocy Tomik kilkukrotnie mnie gryzł – skołowany i cierpiący. Teraz zęby idą czwórką. Nic dodać.

   W sobotę odbyłam z klasami Ali dwie lekcje biblioteczne. Lubię takich młodych. Mieli tyle lat, ile pracuję w bibliotece. Niektórzy żywo zainteresowani. Niektórzy obojętni. Miny pt. „Whatever” zawsze odpychają. A dać tego po sobie nie można poznać. Po lekcjach szybki finisz spraw bibliotecznych. Przykra rozmowa telefoniczna z żoną szefa, oburzoną, że śmiem dzwonić do niego na komórkę, podczas gdy jest w domu. Rozumowanie jak sprzed 10. lat. Po karencji czasowej zostanie z tego anegdota.

   Po przyjeździe do domu – dwugodzinna zabawa z chłopakami i szykowanie się na wypad. A za oknem nici z wiosny. Ziąb i zapowiadany śnieg z deszczem. Dziewczyny podjechały punktualnie. Wśród śmiechów pojechałyśmy pod teatr. Prowadziła Aga. W samochodzie były jeszcze: Hala i Gonia, Ala i Ania. Na miejscu czekała Monia. Kupiła bilety, Viola i Kasia dojechały. Kobiety, matki, wyrwały się dzięki mnie z domów od dzieci, aby… oglądać inne dzieci. Gdyż występ okazał się spektaklem szkoły tańca, w którym brali udział tancerze w wieku od lat 4. do 80. Wyniknęła zabawna sytuacja. Kolejny przyczynek anegdotyczny. Komentarze w stylu – Gośka, ja cię zabiję, albo, Dziewczyny, bądźmy dzielne. Całość przedstawienia prowadziła Mother Goose. Mam więc nowy przydomek. Mama Goosia. Mnie niektóre rzeczy podobały się nawet: m.in.: taniec starszego pana z młodą dziewczyną, taniec Shreka do piosenki „The way I am” i połączenie wszystkiego w całość, i nagłośnienie, i panie różnych kształtów na scenie, i ta barokowa z wielką gracją i lekkością, pięknym ruchem dłoni. Na przerwie, po decyzji większości, zdjęciach z piersiówkami, udałyśmy się do Harmony Grill dwa bloki dalej. Parami. Parasolki wyginał nam wiatr. Zacinało obiecanym śniegiem. Restauracja o temacie kubańskim, położona przy klubie muzycznym. Blaty obite miedzianą blachą. Żyrandole z pstrokatych muszli. Jedzenie smaczne. Rozmowy rozbiły się na podgrupy. Zrezygnowałyśmy z Hancocka spowitego chmurami i pojechałyśmy do klubu Excalibur. Prowadziłam wesoły autobus. Znalazłyśmy parking, poszalałyśmy wśród dorosłych. Dane nam było zobaczyć świat samotnych i nie tylko. Obejrzałam wiele teledysków, przyjrzałam się ludziom. Wplotę to doświadczenie w książkę. Do domu wróciłam po 3. Od śmiechu bolały mnie szczęki. Rano na koncie czekały świetne zdjęcia Moni, dziewczyny dosyłają kolejne. Warto było.

   W niedzielę spokojnie przebyliśmy dzień, Mariusz był w radiu, pojechaliśmy do kościoła na 25. Tomik przez cały dzień nie odchodził ode mnie na krok. Wczoraj przyjechała do nas Ela z 1030. Zrobiła ze mną wywiad z okazji Dnia Bibliotekarza. Dzisiaj już emitowała część w Popołudniówce, jutro ma być całość w Porannym. Ciekawe zadawała pytania i opowiadała o sobie. Jej wizyta zdopingowała mnie i nareszcie powbijałam wszystkie potrzebne gwoździe. Na ścianach ład. Cieszy mnie ten stan. Nawet nasza chaotyczna kolekcja obrazków i zdjęć w piwniczce nabrała kształtu. Odzywa się Buffalo. Robię, ile mogę. Mam jeszcze korektę. Trafiła się kolejna propozycja zajęcia. Muszę zrobić jak najwięcej przed 24. kwietnia. Może jutro jakoś rozgryzę Orchard Lake? Dzwonię w tej sprawie do Polski. Według kalendarza ogrodnika przez następne 3 dni jest zakaz robót ziemnych. Nawet to mi na rękę. Każdego dnia cieszą nas nowe listki. Tomik zrywa mi kwiatki i ucieka, łobuz. Wśród filmów, jakie sobie powoli wybieram dotarłam do Brokeback Mountain, wczoraj oglądałam znów Constant Gardener. Moje opóźnione odkrycia.

   Wczoraj udało mi się jeszcze jedno. Hala

na zeszłe urodziny (czerwcowe) ofiarowała mi masaż. Mój pierwszy w życiu. Ozdobny ceftyfikat odstał swoje na półce. Wczoraj po raz pierwszy w moim życiu ktoś zupełnie mi obcy ciągnął mnie za duże palce u nóg. Pomyślałam sobie, gdy poznałam masażystę, że się go wstydzę, że za chwilę oceni moją słabą kondycję, wyczuje wszelki stres. Jak dla mnie to był wielki przeskok – obcość, a później taka pozorna zażyłość. Ale gdy już leżałam na łóżku do masażu, oprócz tego, że czułam skrępowanie wrażeniem oddzielności moich kończyn, przestało mi zależeć na tym, co on myśli. Obgadaliśmy nasze dzieci, rodziny, nawyki. Pomyślałam sobie, że masaże powinno przepisywać się osobom samotnym i smutnym. Choć służbowo, ale ktoś pogłaszcze. I to tak, jak najbliżsi nawet nie mają cierpliwości. Skóra to przyjmie. Ciało odczuje ulgę. Polecam. Dziękuję mojej Kolumbinie.

   Dzisiaj z piaskiem pod powiekami, mięśniami z wiedzą jadę do pracy, a po drodze jeszcze 3 stopnie. Cieszę się, że się nareszcie zebrałam. Wiało tu posuchą – a u mnie aż pulsowało.

Wiosenna burza

   Za oknami błyska się we wszytkich kolorach wiosny – na żółto, zielono i niebiesko. Chłopcy śpią. Mam tydzień zakończeń. Dotykam spraw odwlekanych, rachunków, tłumaczeń, korekt, zdjęć, nagrań, porządkuję swoje miejsca. Oswajam się z odlotem Rodziców. Zżyliśmy się, będziemy na nowo przyzwyczajać się do nowego świata. Całymi dniami będę oparta o dwie osoby na T – zapanuje triumwirat. Jak się odnajdę? Czy poradzę sobie z tempem dnia? Czy podołam bez przygnębień?

   Tymczasem planuję sobotni wypad z dziewczynami. Każda ma inną historię, każda oczekuje czego innego. Postanowiłam, że wyluzuję i pożyję chwilą.

Kamień z serca

   Po pierwsze odbyło się wczoraj bardzo dla mnie ważne zebranie biblioteczne w sprawie zmiany systemu i programu do katalogowania. Zrobiłam wszystko, co w mojej mocy, aby poruszyć ważne dla nas kwestie i zaprotokołować poparcie. Miałam wypieki i ból głowy. W nocy nie mogłam spać i obejrzałam „Hanię”, etiudę filmową, która mnie zachwyciła do łez. Wczoraj znów oglądałam na divixie i ze słuchawkami, czuwając przy Tomku, który się ostatnio miota i płytko śpi – serial „Twarzą w twarz”. Paweł udowadnia z każdym nakręconym filmem własną sprawność w rzemiośle. A wspólna impreza kilka lat temu pozwala mi go inaczej postrzegać, oglądać w wielu odniesieniach. Co zadziwiające, na ekranie jest ciekawszy.

   Dzisiaj natomiast odbyliśmy spotkanie z przyszłą zastępczynią Babci Zosi, Panią Halinką i Jej Małżonkiem. Upiekliśmy z Tuniem nowe mafinki, radośnie Ich powitał, ucieszył się z prezentów – zaczepiał i zagadywał. Szybko, zadziwiająco szybko nawiązali wspólny język. Tomik przyglądał się zalotnie. Wyszliśmy na chwilę na podwórko. Rozmowa plotła się ciekawie, wyłuskiwaliśmy zbieżności naszych dróg. Pani Halina ujęła mnie bezpretensjonalnym podejściem i chęcią pomocy, pomimo tego, że nie oferuję kokosów. Miałam wrażenie rozmowy z Kimś z rodziny. Obserwowałam dzieci i ich reakcje, Babcię. Widoczne jest pewne podobieństwo pomiędzy obydwiema damami. Babcia zostanie godnie zastąpiona, nie musi się już martwić. Mnie także jest już lżej. Kolejna sprawa, jak mi się udała dzięki mojemu prywatnemu aniołowi w okularkach – Pani Helence!

   Pojechałam na gruntowne zakupy z Tuniem i cieszyłam się, że ten trudny proces decyzyjny mam za sobą. Oby dobrze się nam układało.

   We wtorek miło minęła nam audycja o listach – oto link:

http://www.wymo.net/

   Daniel i Mariusz podesłali nam także swój filmik przekrojowy z pobytu na tej ziemi.

http://pl.youtube.com/watch?v=W5GY7nkD5oQ

Ania w wieku Jezusowym

   Moja kochana i jedyna siostra skończyła wczoraj 33 lata. Wszystkiego dobrego raz jeszcze. Niech wszystkie plany powoli się wypełniają, niech ulga napełnia każdy dzień, niech się święci zdrowie!

   Święta minęły pięknie. W Wielką Sobotę wpadł do biblioteki z wizytą Leoś Kniffel i odpowiedział na moje pytania. Z niektórymi nie jest ważne to, jak często się spotykamy, ale ważna jest jakość spotkania. Dzięki Konikom święciliśmy rodzinnie pokarmy. Dowieźli mi na Trójcowo chłopaków i Babcię. Poszliśmy uściskać siostrę Gertrudę i księdza Antoniego, podzieliliśmy się pisankami, a otrzymaliśmy CD i babeczkę. Jak za dawnych lat. Z pisankami i babeczkami oczywiście. Wieczorem spędziliśmy rodzinny wieczór z chłopakami, bez pośpiechu. Nie byliśmy na Glorii. W przyszłym roku. Rano Babcia z Mariuszem udali się na Rezurekcję. Trwała ponad 2 godziny. Ja szykowałam wojsko. I tak Konikowie Starsi czekali na nas ze śniadaniem. Dom piękny, zielono-biało-żółty. Jadła moc nieprzebrana, sarmacka. Poezje smaków po poście. Wybrałam się z Konikami Młodszymi na Trójcowo na 1. Pogadaliśmy po drodze, posłuchaliśmy nagrań, zatęskniłam za wspólnym wyjazdem. Po powrocie i obiedzie poszliśmy na spacer, Tomik ma ostatnio pomysły padów i otarł sobie o chodnik policzek. Pod moją opieką. Po obiedzie dotarła Mira. Śpiewania nie było, a szkoda.

   Cały tydzień pulsował. W poniedziałek świętowaliśmy po polsku. Tato miał pierwszy od miesięcy wolny dzień. Było polewanie, kościół, wspólny obiad, wypad na zakupy, bez pośpiechu. We wtorek byliśmy u Ewuli w radiu. Poezja śpiewana z Iwem i Robertem, którzy na żywo grali m.in. A kiedy dom będę miał… Pośpiewałam w chórkach. Zabrałam Mariusza, pojechaliśmy na burrito. Milsi jesteśmy dla siebie, co mnie cieszy. Ta Godzina Higieniczna dobrze mi robi. Tatul dzielnie sekunduje, podsyła tematy. Jutro od 18. do 19. porozmawiamy o listach. Posłuchajcie 1030. Weźcie udział w konkursie. Środa to biblioteka. Wiele spraw, biegania. Wizyta gościa i kolejna propozycja, tym razem zachowam ją na chwilę w tajemnicy. Nowa wolontariuszka. W piątek wybraliśmy się do Hunters. Mieli śpiewać chłopcy z audycji. Śpiewali, ale to już nie był ten urokliwy prywatny koncert radiowy, super dźwięk wzmacniany słuchawkami. Sala restauracyjna, dudnienie i jak tylko zaczęłam się zadomawiać – telefon od Babci, że Tomik panikuje, krzyczy i mnie wzywa. Obudził Dziadzia. Spakowałam się więc w sekundę i jechałam do domu 10 minut. Mariusz został z Misterkami. Na miejscu Mały ucieszył się na mój widok. I przeszło. Próby siły. Nie spał do prawie drugiej. Z jednej strony rady superniani – dać się wykrzyczeć, z drugiej wina; że mnie nie ma częściej i świadomość snu domowników. Stare historie. Każdy przez nie przechodzi. Tomik ostatnio jest Rondelnikiem w stereo. Ciągle coś gotuje i miesza. Chodzi wszędzie z dwoma rondelkami od Babci Eli. Tunio uczy go mówić: tak. Udaje mu się stopniowo. Sobotę miałam z niewyspania szczególnie wyboistą. Bardzo wielu wolontariuszy, sporo czytelników. Wieczorem wybraliśmy się z Piotrkami na koncert Hey – dzięki Ewie, Piotrkowi i Magduli. Bardzo chciałam sama zobaczyć tę salę, legendarny już, przez lata opuszczony Congress Theatre. Swego czasu wielkie wrażenie wywarł na mnie reportaż z tego miejsca pokazany w Wild Chicago. Hey lubię i cenię. Miałam wrażenie, jakbym była w zrujnowanym Titanicu. To zadziwiające miejsce. Szczególnie klatka schodowa i te tajemnicze żyrandole. W głównej sali kruchość sklepienia podsuwa myśli o ucieczce. Muzyka świetna i głośna, drinki, młodzi ludzie, pokazowe światła – które wyłuskiwały artyzm z kaloryferów. Pośpiewałam, bawiły mnie uwagi aż trzech osób – ty, tutaj?! Przecież jestem w wieku Kasi. Znam wiele jej piosenek, są częścią wielu moich mieszanek. Fajny wypad, pełen śmiechu i żartów, zakończony znów burrito. Prowadziłam młodszego brata naszego niusiana. Jest zrywniejszy, kierunkowskazy wchodzą z miłą gładkością, GPS daje złudzenie kokpitu. Zabawne są te wyświetlane widelce. W nocy obejrzałam w Obliczach Ameryki reportaż Ewuli. Trzykrotnie. Polubiłam siebie. Nauczyłam się znów czegoś. Uwieczniłam skłonność do przechylania głowy, powtarzania „w gruncie rzeczy” i „właśnie”. Zobaczyłam siebie. Z pewnej perspektywy. Ewinej. Pomyliłam się dwukrotnie. Ale mam do tego podobno prawo. Wieczorem urządziłam rodzinie oglądanie, z koktajlami. Tunio upominał się o bajkę, Tomik wyłączył program i zaliczył pad. Babcia pochwaliła. Jeżeli chodzi o pętle czasowe, to wpadli do nas Ewa i Lech – zeszliśmy na dół, a tam Tato na żywo oglądał program ze mną. Skrót. Ewa, ja, telewizor, moja domowa biblioteka, bliscy widzowie. Coś jak morał. 

   Niedziela spokojna, z wypadem do kościoła i sklepu, z czasem na obejrzenie filmu.

   Martwię się zdrowiem Mamuny, Wujka Czesia, dobrze, że Wujek Józeczek ma się lepiej.