Pożegnanie z Kwadrofonią

   Byłam w CHM i miałam rację – Magda zrobiła bardzo dobre nagranie, towarzyszyli jej Joasia i Paweł. Chodziłam ze słuchawkami pomiędzy montowanymi ścianami i doznałam tego, że z trudnością dobierane słowa, skonsultowane z księdzem Antonim – zamieniły się w nagranie. Ożyły. Towarzyszyli mi Jill i Ed. Wyjaśniali, pomagali. Miałam szansę zobaczyć, jak naprawdę powinna wyglądać organizacja pracy, bez ilu rzeczy obywamy się u nas. To smutne i krzepiące odczucie. Na deser poszłam odwiedzić siebie, obejrzeć film, w którym pojawiam się na kilkanaście sekund. Mały ślad, a cieszy. Coś mam z tym pragnieniem, aby pozostał po mnie ślad… W pracy Esther zarządziła przenosiny kolekcji i zatrudniła doń 2. wolontariuszy, stawiała pizzę. Po 2. urwałam się na spektakl chłopaków. Poruszył mnie. Bardzo dramatyczny. Czarnoskórzy i nie tylko młodzi aktorzy śpiewający po polsku w finale; to stuletnie, polskie niegdyś miejsce, dyskusja po spektaklu i bardzo ważna rozmowa z Marylką. Wieczorem odwiedziła nas ciocia Dana. Rzadko się widujemy. Bardzo jej się skomplikowało życie. Niby rozwiązało, ale jednak skomplikowało bardziej. Przyniosła piękne ubranka na wiosnę – w radosne paseczki. Ma oko. W niedzielę pojechaliśmy do kościoła i do Olivki na urodziny. Posiedzieliśmy. We wtorek odwiedziła nas pani Betty. Chłopaki mieli radochę z prezentów. Porozmawiałyśmy. Z czekaniem na spotkanie zeszło nam rok.

   Pożegnaliśmy chłopaków z Teatru Brama, Daniela i Mariusza. Byliśmy we środę późnym wieczorem w Art Gallery Cafe, gdzie poznaliśmy pozostałą rodzinę Ewuli (świetne ma dzieci) i legendarnego Wiecha. Widzieliśmy się ze znajomymi i naśpiewałam się do syta. Cieszyłam się jak dziecko. Zaprosili nas z Halką na środek, z marszu zaśpiewaliśmy Ulisi i Połowynę. A gdy Mariusz przeszedł na moją prawą stronę – dźwięk nie miał sobie równych. Prawdziwa, organiczna kwadrofonia, dźwięk wibrował, nasze głosy zgrywały się pięknie i radośnie. Słyszałam je wszystkie. Radość czysta. A później jeszcze Iwo z Radkiem zagrali Elę Adamiak, przyłączyłam się do nich i miałam koncert życzeń. Tych piosenek nie śpiewałam od liceum. Było i Zagram dla Ciebie na każej gitarze świata, A kiedy dom będę miał, Gloria, Niebo do wynajęcia, nawet umieli Lisom. Siedziałam obok żony Iwa, Anity, przyszłej mamy. Pomyślałam o mnie sprzed 4. lat. Ma podobne lęki.

   Nie mogliśmy wyjść ze spotkania. Zakończyć wieczoru. Szkoda nam było. Już w kurtkach śpiewaliśmy pod dyktando Ewuli – do mikrofonu, po zwrotce. Pożegnania też trwały chwilę. Będzie nam ich brakować. Ponieważ nie udało mi się wypalić płytek z filmikami – zrobiłam to wczoraj. Jenny zatrzymała się po drodze na lotnisko u fryzjerki, u której byliśmy z Mamą i Tuniem. Weszli do Andante w pełnym uzbrojeniu kowbojsko-indiańskim. Jedno ze zdjęć fajnie wyszło, więc je zamieszczę. Dla Tunia to była frajda. Mamusia! Prawdziwi kowboje! Mieli jeszcze przyjechać do nas na herbatę po odprawie bagażowej, ale jednak zostali na lotnisku. Przyjechała sama Jenny. Bardzo się z nimi zżyła. Moi chłopcy bardzo Ją polubili. Jest taka radosna. Posiedziała chwilę i musieliśmy się rozstać – Tunio w szkole miał urodziny Dra Seuss’a. Spotkanie z Cat in the Hat, kotem w kapeluszu, sluchanie bajek czytanych przez slawnych ludzi z naszej wioseczki – majorkę, strażaka, urzędników, artystów. Urzekła nas ekspresyjna pani, która urzędowała w Tuniowej klasie 134. Udało mu się wylosować książeczkę z koparą. Po imprezie pojechaliśmy do Jewela po urodzinowe babeczki, które oczywiście musiały być ustrojone w podobizny Diego, ostatniego bohatera. Dzisiejszy dzień spędziłam na pogoni za prezentem na jutrzejsze urodziny – śmieciarą Tonka, zrobiłam małe-niby zakupy, teraz kataloguję. Rich opublikował stronę. Zrobiłam sobie przerwę w tłumaczeniu. Włosy unormowane, breżniew także – mam złudzenie zadbania. Jutro cichutka impreza po powrocie z pracy, bez zapowiadania, dla chętnych. W niedzielę wybieramy się po Mszy o 8. na Navy Pier do muzeum dziecięcego, tylko zahaczymy o polski festiwal z okazji Dnia Pułaskiego. W poniedziałek w pracy – zawrót głowy. Tunio ma wolne. Czy się wybierzemy? Czy będziemy potrzebni? Raczej nie. Może poleniwiejemy wspólnie. Dzień lenistwa i wspólnej radości? Brzmi kusząco. Rozwieszę nowe firanki – kupione sobie w rocznicę ważnych dat. Zgonie z zaleceniami Marylki – zwalniam. Mogę sobie pozwolić na lenistwo?! Czuję senność, Tomik się wybudza. Podczytuję ostatnią Gretkowską. Jakoś przemyślnie nawiązuje do Biegunów. Czekam na Szwaję. Jeszcze jej nie mają w D&Z. Mariusz z Tuniaskiem w pełnym słońcu odrzucają śnieg z basenu – miły widok. Teraz bombardują moje okno śnieżkami. Łobuziaki. Babcia piecze tort. Pójdę do nich.

   Ewulka urodziła małego Maciusia. Nowa data przyćmi odrobinę starą. Życie odradza się samo. W innej formie. Pozdrawiamy Was – rodzino W. Gratulujemy. Tulimy także dwie nasze przyszłe mateńki.

Wideo na Wielki Post – o śmierci i życiu z radością

http://video.stumbleupon.com/#p=ithct48cqw

 

Połowyna wian

   Zmogłam. Chorobę, tłumaczenia, warsztat, pracę. Jutro wybieram się do CHM, aby wysłuchać mojego przetłumaczonego tekstu z którego powstała audiowycieczka i przejść się jej trasą. Będzie to kolejne doznanie. Magda przeczytała go z pewnościa lepiej, niż mogę to sobie wyobrazić. Podziwiam jej warsztat i renesansową wszechstronność. Ale uspokoję się dopiero jutro, około 12. Czyli już zasłużę sobie na własny laptop? Z kamerką? Z tylko moimi ustawieniami? Ze wszystkim poukładanym jak w gigantycznym notesie? Z adresami i przypominaniem o datach? Z muzyką? Aż się boję cieszyć.

   Początek tygodnia był ciężki. Tunio miał nad ranem w poniedziałek atak krtaniowego kaszlu. Tym razem zmogliśmy wypadem na dwór dla podziwiania księżyca. Pomogło. Do przedszkola nie chodził cały tydzień. Byliśmy u Pani doktor we wtorek, sama była strapiona operacją męża. Ale dała i mnie lekarstwa. Zrobiła nam prezent. Złota kobieta. Babcia czuwała i pozwalała mi dosypiać w tym tygodniu po czuwaniu nocnym. Mróz i śnieg, naprzemiennie. Tomik wymyślający coraz to nowe psoty. Próbujący się z nami porozumieć. We środę odbyły się warsztaty z Bramiarzami. Wysłałam tak wiele zaproszeń, dzwoniłam, a przyszło kilkanaście osób. Oprócz stałych bywalców – 9 nowych. I znów udało mi się spełnić malutkie marzenie – pośpiewaliśmy z Mariuszem i Danielem, Halą, Alutką, Monią, Julitą, Agusią, braćmi Ogórkami, Jimem, Roxy, Jenny, Kevinem. Śpiewałam we wszystkich grupach. Chrypiałam mówiąc, ale chrypka mi nie przeszkadzała we śpiewaniu. Chłopaki wyjeżdżają. Udało nam się z nimi zżyć. Będzie ich brakowało. Mariusz nauczył nas wyrabiania pięknych kwiatów z wypalanej bibuły, był porywającym nauczycielem śpiewu. Daniel dał mi wiele ważnych rad, zupełnie mimochodem. Monia nakręciła świetny filmik, który spróbuję wstawić na YouTube, abyście i Wy mogli go zobaczyć. Śpiewaliśmy pieśń o kwitnącym sadzie – połowa kwitnie a połowyna wian. Gdy na pożegnanie śpiewaliśmy ukraińskie sto lat – zamknęłam oczy. Uczestnictwo w zbiorowym śpiewaniu to piękne doznanie. A dopełnianie się głosów nie ma sobie równych. Bramiarze w swojej pasji są prawdziwi. Dziękuję.

   Wypaliłam nareszcie kolejne CD Malgosiowe – tym razem ludowe. Zmieszałam Bramę, Mazowsze, Brandstattera i No To Co. Płyta Grażyny się nie poddała. Słucham jej właśnie. W trakcie warsztatów dostałam Katolika do korekty – i miałam pierwsze tego typu wielkopostne doznanie wespół z Mamą Zosią, widziałam i tłumaczone przeze mnie teksty. We czwartek odwiozłam pismo, poznałam osobiście p/o naczelnej, uczestniczyłam w spotkaniu na temat muzealnej www i nosiłam krzesła w Głównej Sali z aktorką Niną Siemaszko, która przygotowywała spotkanie stypowe po pogrzebie swojej Matki. Porozmawiałam nareszcie z Monią i Panią Mary. Chwilkę jeno. Napisały do mnie dwie niedawno poznane Basie, które się ze sobą przyjaźnią, napisały niezależnie. Czytają, dziękuję.

   Dzisiaj podróżowałam z Tuniem po sklepach. Kupiłam mu album o traktorach, gdyż go sam wypatrzył w Marshalls. Nie mam melodii w tym roku na przyjęcie urodzinowe w domu. Odmienię. Może pojedziemy z dziećmi do Go Bananas? I się radośnie pobawią? Wspólnie? A z dorosłymi wybierzemy się na jakąś dorosłą rozrywkę? Gdzieś w miasto? Tyle z marzeń.

   Mariusz rozśmiesza mnie. Wyszukuje filmiki. Późno obejrzałam tańczącego biskupa. Ale wystarczy zanucić… http://pl.youtube.com/watch?v=nq_BhuES4xU  i uśmiech gotowy.

P.S. Udało mi się zamieścić nasze warsztaty w YouTube: http://pl.youtube.com/watch?v=IaSM8AKczy8

http://pl.youtube.com/watch?v=C0h9IXWoz8U  

Prasa logiki

   Mózg mi się prostuje pod żelazną prasą logiki tłumaczenia. Tyle mi minęło pięknych chwil – o których za chwilę, a ja nie mam na nic czasu poza pracą i domem. Pomyślałam sobie kiedyś, że mogłabym tłumaczyć, to mam możliwość. W nadmiarze. Doświadczyłam tego, jaki to ciężki kawałek chleba, jaka odpowiedzialność za słowa. Jak łatwo można przekłamać treść, ile niesie to głowienia się. Taka moja wersja krzyżówki z Przekroju. Ponieważ być może mi zapłacą, czuję też wymierny, pieniężny wymiar każdego wklepywanego słowa. Mam nowe doświadczenia. Wiele mnie uczą. Rozwijam słownictwo katolickie. Ale po kolei.

   W radiu w niedzielę było świetnie. Mówiłam mniej – odstąpiłam pola innym paniom i siedziałam z dala od Marylki, która mnie zwykle motywuje. Ale wiele spraw sobie uświadomiłam, wychodzę z przekonania, że trzeba szczerze – więc znów miałam terapię dotyczącą dobrego egoizmu. Już stosuję zasadę – jedno małe „nie” dziennie. Może oduczę się krygowania i chęci przypodobania wszystkim, lęku przed oceną obojętnych mi ludzi? W sobotę piekłam ciastka przez maszynkę, pani Marianka przywiozła znów przesmaczne pieczywo, w niedzielę robiłam kisiel z naszymi owocami. Pojechaliśmy z Mariuszem do kościoła obok. Mróz trzaskający, w kościele bardzo ciepło, irlandzki ksiądz, kolorowi wierni, angielska Msza rozumiana tylko na jednej, dosłownej płaszczyźnie i zachwycający organista. Chwila w domu na przegrupowanie i podróż do radia. Tam kobitki, dwie nowe. Do audycji włączali się ludzie, Maryla jest im bardzo potrzebna. Ewa świetnie prowadzi. Ja jestem w audycjach przypadkiem przykładowym. Wiele się uczę o sobie, wiele mam nowych głasek. To dobre doświadczenie. Spod radia pojechaliśmy z Bramiarzami do Izy. Po drodze montowałam na splątanych gałązkach wierzby serduszka, które na pięknych papierach od mojego ucznia, Adasia – malowaliśmy z Tuniem akrylami; i Mariuszowe piórka do robienia wędkarskich muszek. Kolory mają ładniejsze niż te – nabywane w artystycznym sklepie. Mam coś z tym układaniem kwiatów w samochodzie. Natręctwo wykorzystywania czasu do maksimum. Albo świadectwo właśnie jego braku. Teraz odnalazłam 5 minut i potrzebę uładzenia bloga, który zarasta ciszą. Tomik po płaczach nocnych bawi się z Babcią i Tatą, a ja czekam na pomoc Piotruli, gdyż wczoraj komputer połknął mi tłumaczony przez 3 godziny trudny tekst. Ale wracamy do rzeczy. U Izuli czekała na nas za drzwiami niespodzianka – pan Paweł, którego każdy zna z małego ekranu i na którego widok wszyscy robili wielkie a! A on, jako gospodarz pomagał nam zdejmować płaszcze, troszczył się o nas. Po przegrupowaniu kuchennym poznaliśmy uroczą Mamę gospodyni Izuli, czyli Joasi – przemiłą Panią Anię, która zupełnie nie wygląda na swoją dojrzałość, a strasza jest od Pani Sabiny. Inni goście także ciekawi i śpiewu i opowiadań. Czułam się jak na podwieczorku muzycznym w dobie Oświecenia. Ten dom ma piękną duszę i tajemnicę. Izula pozwoliła i zrobiłam kilka zdjęć, weszłam do biblioteki, która mnie zachwyciła. Królowaliśmy w pokoju muzycznym i kuchni. Mariusz i Daniel uczyli nas najpiękniejszych swoich pieśni, na głosy. Spełniłam dwa marzenia – śpiewałam z Izulą i Grażynką. Mariusz basował z Pawłem. Dobrze się czułam mając w tzw. odwodzie Halę, Piotra i Jacka. Szkoda, że nie było Koników, Dudeczków i Agi. Świetny fortepian stał samotnie, nie licząc małych prób Piotrka i Mariusza. Rozmowom nie było końca, tatar był wyśmienity, sałatka i ciasta też. Trunki przednie. Zapomnieliśmy o mrozie, podglądaliśmy Grammy, musieliśmy sobie przypominać o potrzebie powrotu do domu. W domu natomiast akcja z Agą w roli głównej się nie powiodła i buntowniczy tato wrócił do domu na rowerze w nissanowej eskorcie. W taki mróz! Cóż.

   W tygodniu rozmawiałam z Betulką, w Jej urodziny. Wszystkiego dobrego Kochana!

   Cały tydzień zmagałam się ze sobą i tłumaczeniami. Chciałam, to mam, wiem, ile mi czasu schodzi z literackimi tekstami. Ciekawe jak rychło mi zapłacą i czy uda się tym podłatać budżet domowy nadwyrężony zimą? Po wysiłkach tłumaczeń padłam na wirusa. Tomik miał katar, który u mnie zamienił się w potężny katar, chrypę, ból głowy i kręcenie, ogólną niemoc. Przespałam większość poranka, obudziłam się na audycję Męża, ugotowałam ratatui, żurawinowe konfitury, przeczytałam wyborny list od Tatula, pewnikiem się jeszcze położę. Dobrze, że jutro wolne. Dziś rocznica pogrzebu Dziadziusia.

Siodło z laptopem i obietnice samej sobie w zamieci

   Wczoraj doświadczyliśmy burzy śnieżnej. Pojechałam w samo jej epicentrum na lotnisko po delegację wrocławską. Stałam z wywieszką w czerwonej teczce i czytałam „Przekrój”. Przegapiliśmy się – odnaleźli mnie nasi goście po dłuższej chwili. Gdy wychodziła z bramy Pani Jola – zwróciłam uwagę na jej stylową laseczkę, ale ponieważ szła sama – nie wiedziałam, że to ona. Najważniejsze, że się odnaleźliśmy. Po powitaniach, odśnieżeniu samochodu, załadowaniu bagaży i wydostaniu się z okolicy lotniska – w raczej dobrym stanie – udaliśmy się na autostradę, w znacznie gorszym. Napęd na cztery koła dodawał mi otuchy. Starałam się bajaniem i rozmową rozproszyć zmęczenie i przestrach warunkami, mieliśmy dużo czasu. W normalną pogodę dojechalibyśmy do Milwaukee. Centrum miasta wyglądało malowniczo i bajkowo. Odstawiłam gości pod hotel Seneca i po zaledwie godzinie byłam w domu. Rano poszła nam szyba w samochodzie. Piątek nabrał tempa, kupiłam prowiant na zebranie sobotnie, załatwiłam wiele spraw z obdzwonieniem ubezpieczeń i dealera. Wieczorem udaliśmy się z Mariuszem na otwarcie wystawy o J. Conradzie. Nastrój wieczoru został złamany podaniem przekąsek. Niektórzy nie mieli czasu dosłuchać wykładu – i posłuchać szant w wykonaniu Młynka, a szkoda. W powietrzu iskrzyło. Dziewczyny przepracowane i zmęczone. Ja też, choć inaczej. Bramiarze zaśpiewali swoje dwie pieśni i na chwilę wyciszyli salę. Zostałam poproszona o oprowadzenie po bibliotece grupy młodzieży z kongresu UNESCO. Byli zainteresowani, odświętnie ubrani, zadawali pytania i bili mi brawo. Niesamowite. Na ponad 20. uczniów jedynie kilkoro o polskim pochodzeniu. Obydwoje państwo O. dziękowali Mariuszowi, że mi pozwolił zejść na dół. Był mile zaskoczony. W domu czuwała Mama Zosia. Chłopcy spali.

   W sobotę miało miejsce spotkanie przyjaciół Karpowiczów zorganizowane pod gości wrocławskich. Kilka listów, wiele telefonów, tydzień pracy Pani Krysi. Stawiło się ponad 20 osób. Mieliśmy nagrywacz i dysponujemy teraz płytką CD. Poczęstunek na dole, obrady w Sali Głównej – pod witrażem. Niektóre świadectwa – wspomnienia bardzo wzruszające, przy każdej kolejnej osobie otwierała się nowa karta. Julita skanowała wspomnienia i pamiątki, Pani Krysia czuwała niczym gospodyni, ja byłam koordynatorem, Monia i państwo O. pomagali na dole, pani C. i U. uczestniczyły w obradach, pan Jan powitał i wyparował. Wspomnienia Ewy, Wojtka, pana Sławka, państwa Danusi i Michała, pań: Krystyny i Danuty, Idalki i innych – zapisane są na zawsze na CD. To było ważne spotkanie. Przeciągnęło się do 18. Jechałam do domu obolała. Tam przegrupowanie, karmienie Tomaszka i wyjazd z Tuniem do Koników. Miłe spotkanie, podziwialiśmy nową kuchnię, oglądaliśmy archiwalne nagrania Marty i piekny pokaz zdjęć z nart. Vista jest w tym dobra, złudzenie przesunięcia daje wrażenie ruchu. A te widoki – kojące. Smaczne dania. Mama Zosia zrobiła za mnie galaretę.

   W niedzielę rozmawiałam z Bogoryjką zaniepokojona zdrowiem Ani. Muszę oswoić się z myślą, że nie przyjadą do mnie Rodzice na zmianę warty. Zacząć szukać rozwiązania: niani lub przedszkola. Ot życie. Zadzwonił do mnie gość z Katowic, nasz znajomy Jaś. Umówiłam się z nim na wieczór. Pojechałam do muzeum dopilnować koncertu. Obiecałam i było to już tylko moim zadaniem. Bracia K. Pianista – Michał i tłumacz – Mikołaj. Wielu gości. Przepiękne wykonanie Szopena. Jeszcze nigdy nasz fortepian nie brzmiał tak dobrze. Cisza w sali aż dzwoniła. Tylko nasze szumiące kaloryfery przeszkadzały. Odpoczęłam, spotkałam dawnych znajomych. Zrobiliśmy sobie kilka radosnych zdjęć. Otrzymałam płyty z autografem dla biblioteki. Organizatorzy podziękowali mi pięknie, pomogli mi posprzątać, zadzwoniłam do Jana w Drake i podjechałam po niego przy dźwiękach Szopena. Wręczył mi kwiaty i pojechaliśmy do nas. Po drodze obgadaliśmy wiele spraw medycznych i nie tylko. Jaś to cały świat. W domu czekali na nas z obiadem. Przy miłej rozmowie zeszło nam do blisko 1. Były i konie i podróże i wydarzenia rodzinne i anegdoty i żarty i marzenia. Bowiem Jan od 2 lat marzył o siodle kowbojskim. Udało nam się mu pomóc. Wyszukali takowe na internecie i zamówili. Mariusz odwiózł gościa do Drake. Następnego dnia okazało się, że można marzenie osobiście odebrać… no i udali się panowie – do Pontiac po siodło. W międzyczasie udało mi się udzielić wywiadu Idalce i pojechać na zebranie do profesora w celu zakończenia wizyty Wrocławian. Tam mile porozmawialiśmy i uczciliśmy urodziny Pani Krysi. Profesor upiekł ciastka i babeczki. W drodze powrotnej odebrałam naszyjnik – nagrodę za zdjęcie naszej choinki. Wręczyliśmy ją Babci. Panowie wrócili z siodłem zupełnie szczęśliwi. Od Jana biło zadowolenie. Zaprosił nas na kolację. Po drodze pojechaliśmy zagłosować, każde na swoją partię, ale wspólnie popierając referendum szkolne – do czego nawoływali nasi nauczyciele. Trafiliśmy do restauracji na 95. piętro Hancocka. Z tym siodłem w bagażniku samochodu. Pani sprawdzająca bagażnik miała ciekawą minę. Na górze było… mleczno. Przez szyby nie było widać jak zwykle całego miasta. Równie dobrze mogłoby to być 1. piętro. Ciekawy, zaczepny, śpiewający kelner pogłaskał Jasia i spędziliśmy bardzo miły wieczór przy tatarze z tuńczyka, stekach, króliku, winach: syrah i rieslingu oraz grzesznym waniliowym creme brulee. Wszak to były same ostatki – wtorek w Stanach zwany tłustym. Po tak sycącym deserze moje postanowienia wielkopostne są oczywiste. Pożegnaliśmy gospodarza tego wieczoru, podziękowaliśmy za przemiły wspólny czas obiecując sobie więcej.

   Środa przyniosła kolejne wyzwania. Podróż do dealera, wynajęcie samochodu – kii, która sunęła po śniegu niczym plastikowe canoe. Pani Krysia powiadomiła mnie o decyzji dobrego szefa – z racji na następną burzę śnieżną miałam zamienić sobie środę na czwartek, zrobiłam więc tak. W drodze od dealera spełniliśmy kolejne życzenie, tym razem Kokona i zakupiliśmy jej córkom laptop za pieniądze od ich babci. Wysłaliśmy od ręki. Niech się cieszą. Potwierdza się o nas opinia – jesteśmy zaangażowanymi pośrednikami.

   Czwartek w muzeum zaowocował zebraniem, spięciem z Leniem, który na mnie zwykł warczeć, dopinaniem spraw m.in. warsztatów śpiewaczych. Pojechałam czółnem do wypożyczalni, później do dealera, potem po Dziadzia, w międzyczasie słuchałąm ludowych pieśni na niedzielę. W domu rytm: kolacje, usypianki. Dzisiaj praca nad tłumaczeniem – tym razem katolickim, artykułem wieńczącym sparwę Karpowiczianów i resztkami strony www. Uff. Uwinęłam się po tygodniu z tym nasączeniem weekendowym. A co z obietnicą w tytule? Chcę spędzić z dziewczynami weekend w centrum. Już mam hotel.

   Dzisiaj urodziny Olivki – wszystkiego dobrego Kochanie! W niedzielę „Między nami” od 2 do 3 o egoizmie, na 1030 AM. Później podwieczorek bez mikrofonu u Izuli. Śpiew nas utuli.

Nasączony weekend

   Bardzo intensywnie przeżyłam te kilka dni – biedzę się nad ich opisem, a w międzyczasie zapraszam do słuchania jutro – w poniedziałek – 1030 AM w okolicach 10:15 rano (w Polsce to 17:15). W programie „Co słychać” Idalki pojawi się reportaż z naszego spotkania dotyczącego Karpowiczianów. W sieci naciśnijcie na link http://www.polskieradio.com/ , na górze strony, w prawym rogu jest opcja „słuchaj radia” – należy nacisnąć: Chicago.