Pochoinkowe przemeblowania

   Wczoraj ją rozebraliśmy. Opłakałam tę czynność alergicznym pociąganiem. Tomik się na nas trochę obraził, lubił bowiem przypominać nam o zapalaniu światełek. Po odwiezieniu Tunia do przedszkola udaliśmy się na najszybsze w świecie małżeńskie wakacje do Ikei. Tam zaopatrzyliśmy się w skrzynie, półki, dywanik i biureczko, o które walczył Dziadzio. Po odbiór przedszkolaka przyjechaliśmy jako pierwsi. Jak to miło pójść na kawę z własnym mężem i porozmawiać. Cały dzień przemeblowań, pracy, zaganiania rzeczy, wyrzucania i bezradności. Sprzątanie zawsze ją we mnie budzi. Na deser całego dnia poczytywałam „Biegunów”. Budzi we mnie ta książka coraz większy podziw.

   Dzisiaj praca nad stroną, tłumaczenie z Monią po drugiej stronie ekranu. Plewienie komputera. Mariusz korzysta z wolnego dnia i bawi się z chłopakami. Reformuje nam życie. Właśnie zastanawia się, jak usprawnić mój dzień i lepiej zorganizować mój czas. Opcja wywieszki na klamce do mojej piwniczki – jestem w pracy – jest całkiem blisko…   

   Dzisiaj mąż poranny ból głowy rozwiał mi nowym dla mnie fenomenem Jozina z Bazin: uśmiech wywołał pan z szybą   http://pl.youtube.com/watch?v=_THoqjWf600&feature=related

Powroty

   W sobotę znów Pani Marianka zrobiła nam chlebowy podarunek, zaalarmowała nas Alutka i mieliśmy wyborne, chrupiące śniadanie – dziękujemy. Dzień w pracy minął bardzo szybko, spotkania z przemiłymi czytelniczkami skróciły czas. Zaskoczeniem była dla mnie wiadomość o wyleczeniu pani L. Nie wiedziałam o chorobie i batalii o wyzdrowienie. Gratulowałam Jej z całego serca. Cała sobota była oczekiwaniem, Dziadziu jakby się wstydził święta. Skromnie przyjmował gratulacje i życzenia, pomijał temat. Po wspólnej kolacji usnęłam przy Tomiku, Mariusz nadjechał i uśpił Tunia. Dzisiaj od rana wszyscy chodziliśmy w kanadyjskich skarpetkach. Wybrali się z Babcią na sanki. Ja z Tomaszkiem śpiącym słodko bawiłam się w panią domu. Przygotowałam obiad, krzątałam się. Mariusz podjechał do radia na męskie wydanie marzeń. Słuchaliśmy go wszyscy, nagrałam fragmenty. Dowiedziałam się znów czegoś.  

   Jutro ciąg dalszy tłumaczeń, rozbierzemy choinkę, może odbiorę zań nagrodę?

Niewdzięczna rola kierownicy

  Wczorajszy dzień w pracy pulsował wielością zadań. Tarcia o stronę internetową, zawieszoną od kwietnia, mozolnie budowaną. Posiedzenie egzekutywy – denerwujące i łzawe. Kontrola pieniężna. Ogólny stan napięcia. Natłok pracowników. Osłodą byli jednak goście. Ewula z Krzemieniami, mile zainteresowani naszą placówką, Bramiarze. Zaśpiewali pani O. i może będą z tego warsztaty. Razem z Ewulą starałyśmy się im towarzyszyć. (Gdy zabrakło mi oddechu – zabrakło i im. To się nazywa solidarność). Byli wolontariusze. Z Panią Marynią nie zdążyłam wymienić zdania. Moje oprowadzanie nie pozostało bez echa. Szef nasz ma rozterki, zwołał dzisiaj zebranie, wczoraj mnie z niego zwolnił życząc zdrowia. Obiecał rozmowę w sobotę. Nadejdzie na mnie chyba czas przegrupowań i wykonywania owej tytułowej niewdzięcznej roli kierownicy. Miłe chwile także są. Powiedziałam wczoraj, że zamieszanie w domu niewiele się różni od tego w muzeum, no i zabawki mam inne. Różnica jednak zasadnicza jest – w domu mnie całują. Na to dziewczyny, że w pracy mogą też zawołać Lenia i Richa. Wolę domowe całowanie.

   Dom bez Mariusza niby nie jest pusty, ale jednak. Dzwoni co dnia. Przycisnęły nas mrozy. Dzisiaj rano było -18, odwiozłam wiec Tatę i znów zasnęłam, chłopcy mnie obudzili, ból głowy, podwiezienie Tunia, chwila pracy, odbiór, zakupy, rozmowy rodzinne i wielobarwne z Mamą Zosią, tłumaczenie, obiad… Zajęcia z chłopakami, przewijania, karmienia i tak się pcha codzienność. Zadziwia nas poświęcenie Rodziców. Obydwu stron. Czy my także staniemy kiedyś na wysokości zadania? Za chwilę pokonam tę samą prawie drogę po raz 4. Odbiorę Tatę. Nic to jednak w porównaniu z dwunastogodzinną trudną pracą z celem: pomoc dzieciom. Dawanie, gdy samemu nie dba się o siebie, ma zwielokrotniony wymiar. Inny ciężar. Miałam dzisiaj pojechać na spotkanie w centrum. Wczorajsi goście i KMUM zwiedzają Instytut Sztuki. Ochładza się. Usiłuję tłumaczyć stronę internetową, nie wychodzi mi to zbyt lekko.

   Czytałam dzisiaj tekst ważny dla mojej historii Karpowicziańskiej. Organizujemy ostateczne przekazanie materiałów. Będzie delegacja, spotkanie przyjaciół Zmarłych. Wczoraj zadzwonił do mnie znajomy, TT, który był przyjacielem pisarza i podesłał mi swój tekst, który wiele mi wyjaśnił. Zadziwił. Kończy się tam, gdzie moja historia z tego zdarzenia się zaczyna. Występują w nim osoby mi znane. Historia miłości, wzajemnych relacji, umierania. Zatytułowany jest „Horror metafizyczny”. Odtworzenie chwil sprzed naszej akcji. Ciekawa jestem całości, jest bowiem częścią powieści. Widzę w tym palec, raczej skrzydło, Pani Marysi. Tak to rysuje się obok historii Pani Jo Mary, Sabiny i Haimana – kolejny motyw mojej pracy.

   Z ciekawostek: Piotrek podesłał zdjęcia z nart. Można się niektórymi zachwycić. Prawdziwy, męski świat. Mariusz wygląda jak czerwony bocian, bardzo wyróżnia się w grupie. Jutro wracają z Polski Konikowie. Powiadomię o ewentualnej Mszy za Jerzyka. Napisał do mnie także Mariusz z Teatru Brama i polecił swoją stronę. Dzielę się nią z Wami. www.teatrbrama.republika.pl

   Jutro 65. urodziny Taty Mieczysława.

Dziadziowe święto poprzedzone śpiewaniem i radiowaniem

   Mariusz szusuje w Whistler w Kanadzie, zachwyca się stokami, przestrzenią i narzeka na koszty żywności oraz połączeń telefonicznych. Przekazuje nam więc komunikaty i słychać, że nie bardzo orientuje się w naszym rozkładzie dnia. Przesunięcie czasu, odsunięcie od tego świata, ale i odpoczynek. Dobrze. I tak nie uda mi się skłonić Małżonka do wpisu. A szkoda. U nas koniec Dnia Dziadzia. Świętujemy po polsku – a nie jak Amerykanie, we wrześniu. Dzień Babci minął bardzo miło – z czworgiem wnucząt, gdyż odwiedziły nas dziewczynki z Agą. W programie były lalki z gałganków i inne atrakcje. Moje rzeczy, z którymi nie mogłam się rozstać z racji koloru – uzyskały nowe wcielenia. Wycinanie części garderób dwu lal i Tuniowego Supermana wyzwoliło mnie ociupinę z uprzedzeń. Bardzo miło mi się z nimi obcowało. Na dworze był potężny ziąb, a w domu przytulnie, jabłuszka obrane, obiad domowy. Piotek jest z Mariuszem, a my z Agą miałyśmy niemało powodów do śmiechu podczas porównywania naszych losów i planów na samotną podróż w ciepłe kraje.

   A w sobotę po mroźnym dniu i wielu sprawach, łącznie z przypadkowym wywiadem dla Public Radio, przyszła kolej na niesamowitą, śpiewającą noc u Misterków. Hala z Jackiem zaprosili Bramiarzy, a poza tym nas i Piotrka. Obydwaj Mariuszowie świętowali imieniny. Mieliśmy prywatny koncert. Tym razem nagrywałam, mam pamiątkę. Niektóre pieśni bardzo mnie poruszyły. Zapamiętam śpiew z efektem na echo, nagrywanie Hali na stereokomórki, zdziwienie młodym wiekiem artystów, ich feerią repertuaru. Był czas na szaleńczy śmiech, zadumanie i naukę. Spróbowaliśmy sił w ich opiekuńczej pieśni ukraińskiej i choć daleko nam do nich, poczuliśmy się nobilitowani. Entuzjazmu nam nie brakowało. W pewnej chwili z natężenia naszych głosów – kartki drgały nam w dłoniach. Dawno czegoś takiego nie czułam. To jak powrót do korzeni radości. Chwytałam chwilę. Po pierwszej w nocy zadzwoniła Mama zaniepokojona pobudkami Tomika i nastąpił momentalny nasz exodus. Ale wspomnienie tego wieczoru nanizałam już na sznurek wspomnień. Niedziela przyniosła wyjazd Mariusza i mój pobyt w radiu. „Między nami kobietami” tym razem opierało się na temacie: marzenia. I było nam błogo. Zabrakło Basi, ale były dwie nowe kobiety, które wniosły swoje światy. Maryla opowiedziała mi o swoim oglądzie tego bloga. Bardzo wnikliwie i życzliwie. Blogoterapia. Po zastanowieniu – ze wszystkim się zgadzam, nawet z podejściem do zdjęć. Z podejściem do siebie samej zacznę małymi krokami. Audycja była bardzo miła, wartka, pełna śmiechu i skojarzeń, rdzawa. Pointowałyśmy siebie, miałyśmy z tego wiele radości. Mam nadzieję, że było ją słychać, Rodzice mówią, że tak.

   Dzisiaj wybraliśmy się po odebraniu Tunia z przedszkola do muzeum na 85. urodziny Felicji, naszej wolontariuszki. Tunio pomagał rozpakowywać prezenty. Tylko najbliżsi podeszli do dzieci. Innym były obojętne, jak część dekoracji. Chyba zawiodłam się. Miałam zbyt wielkie oczekiwania. Zrewidować. Debiut Tomika z jednym płaczem. Poczuli się tak dobrze, że biegali między półkami ze śmiechem. Dziękuję Życzliwym za ciepłe przyjęcie. Odczułam na sobie, jak jest ważne dla odwiedzających.

Jerzyk

   Biedna Gonia. Przedwczoraj dowiedziała się, że jej brat, Jerzyk został zdiagnozowany. Wyrok brzmiał: rak, stan zły. Wczoraj natomiast dowiedziała się o Jego śmierci. Wczoraj także polecieli z Andrzejem do Polski. Dowiedziałam się o tym w trakcie bardzo napiętego dnia. Rozmawiałam z obydwojgiem kilkukrotnie. Cały czas przesuwał mi się przed oczyma film chwil z Nim właśnie. Gościł u Koników, był kilkukrotnie u nas w domu, pamiętam jego twarz, miny, poczucie humoru i naszą imprezę a la lata 70. – gdzie ubrani byliśmy bardzo podobnie. Pamiętam opowieści Goni, jak Go broniła w dzieciństwie i mawiała o Nim: moje Jeziątko. Był pracowity, miał talent złotej rączki, lubił się śmiać i miał słabość do Prince Polo. Tak prędko odszedł. Jedynie symbolicznie zaistniejemy wieńcem na dębickim cmentarzu. Wczorajszy dzień pracy i mnie skończył się na lotnisku, gdyż odwoziłam nań gości z Muzeum Historycznego Warszawy. Posiedziałam więc z Konikami, dołączyła do nas Ania. Rozmowa rwała się, wymienialiśmy uwagi bez wagi, rozpierał nas żal. Dopiero dzisiaj, po konfrontacji z polską rzeczywistością jest Im prawdziwie ciężko. Jesteśmy przy Nich – czyż nie? Paradoksalnie my też straciliśmy w grudniu Jerzego – umarł na to samo.

   Wczoraj Tunio stawiał opór, nie chciał pojechać do przedszkola. Po odebraniu okazało się, że płakał i był smutny. Podwiozłam go do domu i w drogę. Po drodze zrobiłam zakupy biblioteczne w D&Z. Następnie odebrałam Mariusza i Daniela, Bramiarzy. W międzyczasie dowiedziałam się o żałobie Goni. W muzeum oprowadziłam ich po całości, przedstawiłam p. Ozogowi, z marszu zorganizowaliśmy mini koncert dla pracowników, z pomocą wszystkich współpracowników bibliotecznych sporządziłam raport kwartalny. Tego dnia było wielu wolontariuszy, rozgardiaszowo. Miłym momentem dnia było to, że goście zachęceni akustyką naszych pomieszczeń śpiewali wszędzie – w bibliotece, między półkami, przy stole, na klatce schodowej. Okadzali śpiewem nowe mury. Nareszcie ktoś, czyli Daniel sięgnął do Kolberga, nareszcie, po 14. latach przydał się komuś album kolęd średniowiecznych. Nie znali mojego „Lisom”, podobno łemkowego. Przyszedł schyłek dnia, podwiozłam ich i panią Krysię do kolejki, odebrałam kolejnych gości, podjechaliśmy na lotnisko. Napakowanie. W domu Tomik wybudzony czekał na rękach u Mamy, a Tunio miał tzw. nerwowe tantrum. Cóż za dzień.

Wysokie obroty

   Bardzo wiele wydarzeń. Powoli i z kaszlem wyszliśmy z chorób. Oby ten stan się utrzymał. Byłam w pracy w sobotę, udzieliłam lekcji bibliotecznej dla raczej mniej niż bardziej zainteresowanej młodzieży z klasy 7. Byli ospali. A że poprzedniego dnia fragmentarycznie oglądałam Szkołę życia, czyli The School of Life – o charyzmatycznym nauczycielu i pomyślałam, że też tak bym mogła i chciała – było mi w dwójnasób miałko. Wszyscy nienauczyciele nie mają pojęcia o tym, co to znaczy skłaniać 30 osób do aktywności umysłowej, wykrzesania choćby błysku w oku, cienia zainteresowania tematem, o którym mówimy. Ma to miłe i niemiłe strony. Ta klasa nie należała do najsympatyczniejszych. Pewnie zaczęlibyśmy przełamywać lody po pierwszym miesiącu. Nie było wesołków i kawalarzy z którymi najłatwiej złapać kontakt. Po słabo przespanej nocy ta lekcja była dla mnie jak poranna mocna kawa. A później już tylko mili czytelnicy. Namilszymi były odwiedziny naszego dobrodzieja, dra Michała z Mamą i Żoną – moją byłą lekarką. Przyjechali aż z Milwaukee, wstąpili po lektury, bardzo się Nimi ucieszyłam. Do domu dojechałam bardzo senna, nakarmiłam Tomika i położyłam się w pokoju Tunia, okręciłam się w jego kołdrę z misiem Puchatkiem. Obudziła mnie kocia muzyka na keybordzie, przed 19. Na wieczór zaproszeni byliśmy do Ani i Mariusza. Boleśnie wychodziłam ze snu, przebrałam się, przygotowałam torbę Tunia, uśpiłam Tomika i udaliśmy się w drogę. Na miejcu zastaliśmy już prawie wszystkich, serdeczne grono, w przeważającej wieczorowej czerni, za stołem. Agusia powitała mnie gratulacjami: okazało się, że moje zdjęcie choinkowe – zamieszczone obok – jednak wzięło udział w konkursie i wygrało nagrodę. Bardzo się ucieszyłam. http://polskieradio.com/news_det.aspx?id=40195&kat=48 Ania podała smaczną kolorową pastę z domowym sosem w ogromnych ilościach, były ciasta i przystawki. Śmialiśmy się do rozpuku omawiając wspólne i osobne chwile. Był czas na komentarze dotyczące Sylwestra w Teatrze Chopina (obejmujące: zaciekawienie nowymi osobami, ciekawy program magika, taniec brzucha dziewczyny o anielskiej twarzy i plecach w tatuażach, raczej słabą muzykę taneczną i naszą determinację w chęci zabawy; posiady w dolnej sali, brak występu utalentowanych aktorów z Teatru Brama i pieśniarki, przebrania właścicieli – peruki Leili i czerwonego szlafroka Zygmunta; zawiedzenie w temacie zakąsek, podróż nowym krążownikiem Koników z komputerem, wyświetlaczem, GPS-em i ocieplaczem, naszą radość ze wspólnego wypadu). Ale byliśmy razem, odświętnie ubrani, zdecydowani w ostatniej chwili. Pozytyw. Nasza radość u Misterków trwała prawie do 2. w nocy. Dzieci przeszły siebie, bawiły się i odpoczywały. Zapytałam wszystkich o pozwolenie zamieszczenia części ich życia w powieści. Ciekawe to będzie doświadczenie. Miło jest u Misterków. Dziękujemy za zaproszenie.

   W niedzielę z okazji finału WOŚP nie było babskiej audycji, rozmawiałam z Rodzicami. Po mszy o 16. odbyło się kolędowanie z Lajkonikiem. Było ciepło i rodzinnie, Ewula przyprowadziła Bramiarzy, Magdę i Piotra. Dzieci z Lajkonika śpiewały tak, że zapierało dech. Wzruszyłam się. Było kilka nowych kolęd. Kolędnicy też byli świetni. Nie przeszkadzało mi nawet, że widzieliśmy głównie plecy artystów – pośpiewałam sobie z nimi. Tomik zjadł zupę z termosu zapatrzony w tańczące dzieci. (Oby nie pomyślał sobie, że tak już będzie zawsze). Ten dzień był dniem kwestarzy – gdyż WOŚP, odezwa Brata Błażeja i Lajkonik. Spotkałam kilkoro znajomych: Ewę, zawsze mi życzliwą koleżankę ze szkoły, Anię i pana Leszka, panią Helenkę oraz znajomych rodziców. Występ panów z Teatru Brama dotąd wibruje mi w uszach, szczególnie pieśń ukraińska. Podziwiałam ich sposób śpiewania i uzupełniania się, podobał mi się nawet ruch rąk podczas śpiewu. A zadziwienie dzieci zgrupowanych w pozach nieomal teatralnych było odczuwalne, ich wzrastający podziw dla dwóch śpiewających panów także. Tunio siedział zasłuchany i przytulony do Kasi jak zaklęty, klaskał. Zdjęcie tego nie oddaje. Hala przeżywała, miała za sobą armię pomocników. Ładnie zaśpiewały z Mirką i Małgosią pastorałkę z repertuaru Ireny Santor. Marta i Piotr profesjonalnie akompaniowali, chór śpiewał potężnie. Ewula rozbawiła Tomika i siedział w żłóbku, bawił się sianem. Miły wieczór. W domu późny obiad, układanie wybitych z rytmu chłopców do snu.

   Dzisiaj rozdzwoniłam się. Planujemy wernisaż, koncert, warsztaty. Tunio był w przedszkolu. Rozmawiałam także z Terenią (przepraszam za tak długie milczenie), Violą i Magdą. Pozdrawiam Was Dziewczyny, mam nadzieję, że spotkamy się wkrótce. Dzwoniłam do Profesora. Ma się lepiej, zmienia terapię, czeka na delegację z Wrocławia. Czyli wszystko układa się. Normalnieję.

Stagnacja chorobowa

   Nikomu nie życzę sytuacji, jakie przetoczyły się przez nasz dom. Choroba dzieci – ataki błonicy lub wirusa jak ona wyglądającego. Nocny kaszel brzmiący jak szczekanie psa, trudności z oddychaniem, świszczące (wspomnienie Dziadzi Józka-Tomka) chwytanie powietrza. Strach o dziecko. Z Tuniem było tak źle, że rozważaliśmy w środku nocy podróż do szpitala, zbudziliśmy dwukrotnie naszą Panią doktor Jolę – o cierpliwości zupełnie anielskiej, a i przychylności wielkiej. Czuwaliśmy przy nim w naparowanej łazience, aż trochę wydobrzał. Wszyscy na nogach w środku nocy – Rodzice i my, nawet przez godzinę Tomik. Teraz Tunio Bidulek nadal kaszle, ale po antybiotyku jest już lepiej, tylko, że te oczy podkrążone, zimne poty i apatia… Stąd to milczenie. Zamieniłam się w Syropnicę, dozuję różne płyny, nadganiam katalogowanie – Tunio mi pomaga, rapoli się na kolana i stuka w klawiaturę, Tomuś pomaga bratu. Mnie dopadła lżejsza wersja choroby. A chciałam opisywać miły dzień świąt u Koników, Sylwestra w Teatrze Chopina, urodziny u Nosków. Wrócę jeszcze do tego. Teraz pora mi układać chłopaków do snu. Podam tylko ciekawostki. Na konkurs „Choinka Radia 1030”, posłałam i naszą, ale jej niestety nie zamieścili – http://www.polskieradio.com/galeria/show.aspx?album=g/121720071521458. Olivka Konieczna ma już swojego bloga. Stawiała przy mnie pierwsze kroki 1. stycznia, teraz już sama biegnie – zobaczcie sami – niechcący będzie nas uczyła młodego angielskiego – http://oliviasworld.blog.onet.pl/

. Poza tym nasza znajoma Monika znalazła się na okładce książki, zdjęcie zrobiła Jej Julitka – https://www2.xlibris.com/bookstore/bookdisplay.asp?bookid=40734 .

   Zgłosiłam bloga do konkursu. Opis musiałam ograniczyć do 200 znaków, wygląda on następująco: Fascynuje mnie Dobro. Mam ciekawych Bliskich; pracuję w Muzeum Polskim w Ameryce; żyję w Stanach Zjednoczonych – obserwuję, fotografuję i opisuję. Blog wprowadził w moje życie nową wartość. Dziękuję.

Święta z Konnichiwa

  

Przyszło bardzo dużo kartek, dziękujemy. Zbierałam je do pięknego koszyczka i stoi wypełniony po brzegi życzliwością. Przetoczyły się święta. W Wigilię czułam zmęczenie, stan zdrowia i przygotowania zrobiły swoje. Ledwo zdążyłam na czas, a w dodatku zapomniałam w pogoni o kilku sprawach – m.in. o stroiku na stół. Szewc bez butów chodzi. Opłatek od Bliskich leżał na sianku od siostry Gertrudy. Choinka wystarczyła za wystrój. Wszyscy stawili się punktualnie, pięknie ubrani, z prezentami, i musieli poczekać, aż ugotujemy uszka. Zwyczajnie zapomniałam. Naszym gościem, zapowiedzianym wędrowcem, była w tym roku Naoko z Japonii, koleżanka Kuby. Życzenia, łamanie się opłatkiem, rozgorączkowany Tunio. Każda gospodyni patronowała swojej potrawie: Mama Zosia – barszczowi czerwonemu, Gońka barszczowi grzybowemu z ziemniakami, Hala – kapuście z grochem, Agunia – pierogom ruskim i kapuściano-grzybowym, Agnieszka – karpiowi, Mariuszka – nadziewanemu pstrągowi i zawijasom rybnym, ja – kompotowi jedynie. Jeszcze w dodatku Panie piekły – całość przebiegła bardzo smacznie i sprawnie. Prezenty piękne, śpiewy donośne. Chłopaki nasi obdarowani zostali ogromnie obficie, ubrani i zabawieni. Dziękujemy z serca. Jeszcze historyjka o dwu Japonkach. Onegdaj Dinowie pojechali do Japonii – przywieźli nam zeń małą, drewnianą laleczkę, która zawsze wisi na choince. Tym razem usiadła blisko niej prawdziwa Japonka. Ja poszukując naszych powiązań z Jej krajem odnalazłam oprócz porcelany, herbat, oprawek moich okularów, aparatu fotograficznego i sprzętu elektronicznego oraz samochodu – tę właśnie laleczkę. I tak się spotkały. Poprosiłam Naoko o podpis na laleczce i tak pozostaną już razem jako obrazek świąteczny. Resztę dodam jutro. Chłopcy nam chorują i mam we wszystkim zaległości. Planuję zgłosić bloga na konkurs, wymyślam jego opis – pomożecie? Tymczasem mam taki:

Blog jest dla mnie wytchnieniem. Wirtualną wersją mojego domu. Zapisuję w nim te chwile, które chcę zamienić we wspomnienia. Fascynuje mnie Dobro. Istnieję w wielu światach: matczynym, domowym, bibliotecznym, muzealnym, polskim i amerykańskim. A blog je wszystkie jednoczy. Zaciera odległość dzielącą Bliskich. Jestem otoczona ciekawymi ludźmi – portretuję Ich, pracuję w ciekawym miejscu – prowadzę jego kronikę, żyję w ciekawym kraju – obserwuję i opisuję. Przez rok czytało „Listy drukowane” wiele osób, odnajdywali się na zdjęciach i w postach. Blog wprowadził w moje życie nową wartość. Dziękuję za to fascynujące doświadczenie.