Rocznice i święta

   Już tydzień mija, nie miałam kiedy zapisać wydarzeń. A działo się! Kaszel Tomika, przedszkole Tunia, przygotowania do świąt, wypisywanie kartek – zawsze nadchodzą najpierw te, do których autorów jeszcze swoich nie wysłaliśmy. Artykuł dla Moni, praca, sprzątanie, moje przeziębienie i senność. Dzisiaj Dziadziowie, ubrani świątecznie i wytwornie wybrali się na przyjęcie świąteczne do fabryki Taty Miecia. Jesteśmy w domu z chłopakami i czujemy choć namiastkę, chwilowe odwrócenie ról. Tomik już pochrapuje, Mariusz ogląda z Tuniem bajkę na małym ekraniku w jego pokoju, a ja w jestem tutaj, w tej sielskiej atmosferze, z nasłuchem, przy naszej pierwszej choineczce i komputerze. Szereguję przyszłe wspomnienia. Dzisiaj byłam w bibliotece, mili ludzie zostawili prezenty, Monia G. z Mamą odwiedziła mnie z genialnym germańskim plackiem, napiłyśmy się herbaty z Krakowskiego Kredensu o nazwie Święty spokój od Moni N. Kilkoro sympatycznych ludzi wypożyczyło książki, a jedna czytelniczka przyniosła wspaniałą, jeszcze ciepłą szarlotkę. Grałam sobie kolędy i czułam się, jak przed pięcioma laty. Na swoim miejscu. Prawdę mówi Mariusz – jadę do pracy odetchnąć.

   W zeszły piątek byliśmy u Basi i Krzyśka – cóż za wieczór! Pan domu przygotował nam ucztę. Podawał odziany w profesjonalny fartuch z wyhaftowaną pierwszą sylabą nazwiska – Hansem. Bawił się tym przednio, z przyjemnością opowiadał o swoich kulinarnych dziełkach. Rozgrzewaliśmy się mohito ze świeżą miętą pod aniołem podpisanym przez Coelho (Basia przyjaźni się z jego tłumaczką), w niebanalnym wnętrzu z atmosferą. Jako zakąska zachwycił nas marynowany łosoś z koperkiem na blinach, do których mąkę ubiła z gryki Maryla w moździeżu, plamkami sosu z ogórkiem i fracuskiej musztardy. Następnym punktem była rozgrzewająca tajlandzka zupa, którą zapamiętaliśmy jako <tomkar>, kurczak, krewetki, maleńkie kukurydze z wody w wywarze z imbirem i mlekiem kokosowym. Jako danie główne wjechały luzowane kury nadziewane pasztetem, ziemniaki w whisky i miodzie oraz szparagi w sezamie z grilla. Ukoronowaniem wieczoru były gruszki gotowane w occie balsamicznym z pieprzem i rozmarynem, podane z lodami waniliowymi i świeżymi malinami i posypane granulowaną kawą. Zachwytom nie było końca. Mnie równie jak smaki zachwycił smak do gotowania Pana Domu i spokój Pani Domu, goście i ich rozmowy, świat nowy, bardzo mnie pogłaskała ich chęć poznania nas. Wróciliśmy rozmawiając, w domu czekała wiernie Babcia, zdjęcia ludzi i potraw będą przypominały mi to miłe doświadczenie domu pełnego dzieci, przyjaciół, muzyki, otwartości i spokoju. Domu ukrytego, a jednak w centrum miłego miasteczka jakim wydaje się Lake Forest. Chciałabym tam wrócić. Już zastanawiam się, czym ich u nas podjąć, czym kulinarnie zaskoczyć? Mamy wspólnego Józka!

   Dostałam wiele kartek, dziękuję. Przyszła paczka od Rodziców z aniołami, ozdobami słomkowymi, firanką i opłatkiem. Codziennie nadchodzą nowe listy. Na niektórych kartkach jedynie podpisy. Ponieważ nie udało mi się wysłać jeszcze życzeń do ks. Pietrka, rodziny Wasilewskich, K.J.J. Wyrazików, Kukułek, Maryni Kolendy, Książków, Dyjaków – pozdrawiam Was z serca tą drogą. Dziękuję moim Mikołajom – Walczakom kochanym, Moni, Ozogom, Fredowi, Alutce, a przede wszystkim Aniołowi, który w ukryciu nade mną czuwa.

   Zgodnie z postanowieniem rozdaję muzykę. Wynalazłam część nowych słów kolęd i dodałam do starych zbiorków. Będzie podstawa do nowego śpiewu. Oby się w nas obudził. Na Wigilii bedzie nas 20 osób. Połamiemy się opłatkiem, dzisiaj podczas powrotu z pracy kolejką przeczytałam u Jaworskiego, że jest to symbol gotowości na złamanie swoich win, słabości. Dwudziestokrotne przełamanie wystarczy na poskromienie moich słabych stron? Oby.

   Zakupy zrobione, sens na razie się nie zagubił, tkwi w radości dzieci, w ich garnięciu się do nas.

   I tak dzisiaj wybije rocznica utworzenia bloga – pierwszy wpis w Malgosiowych Listach drukowanych miał miejsce 23 grudnia 2006 (muszę dociec, dlaczego znikł z Archiwum). Dziękuję, że jesteście i wchodzicie, piszecie, komentujecie, potrzebujecie. Dajecie radość.

   A 25 grudnia wybije kolejna rocznica – będziem mieli z Mariuszkiem małżeńsko 14 lat. Za rok – postaramy się o specjalną celebrę. Dziękuję za wpisy życzeniowe pod poprzednim postem – Halu, Franciszkowie, Alu!

A dla Wszystkich dodaję życzenia z mojego listu świątecznego:

Pragnę złożyć Wam życzenia siły i prawości wzmacnianych blaskiem Stajenki. Miłości Jezuskowej, wiary i zdrowia. Cierpliwości, tkliwości, odpoczynku i muzyki. Jestem z Wami!

Łaknę muzyki

   Rozmowa radiowa była znów terapią na antenie. Podziwiam i szanuję kobiety tam występujące, Ewulę, Marylę, Basię; grzeję się w ich świetle. Cóż za wyróżnienie! Dziękuję. Niedziela przeszła spokojnie, Mama Zosia mnie uściskała wzruszona, Mariusz dopiero wczoraj napomnknął słowo. A ja z ochotą posłucham jego wystąpienia w tę niedzielę, o tym samym czasie. Będziemy tak sobie pośrednio opowiadać o rzeczach ważnych – odjeżdżając do radia i siedząc w domu słuchając drugiego. Toż słychać lepiej w oddaleniu. Ciekawe doświadczenie. W poniedziałek odwiozłam po raz pierwszy Tunia do przedszkola, było trochę łez i dąsów. Klasa duża, wiele dzieci latynoskich, kilkoro Amerykanów, dwoje Polaków. Na Tunia czekał zapoznany w sobotę w kolejce do Mikołaja nowy kolega z przedszkola – Nikolas, czyli także Mikołaj. Pełne porozumienie jeszcze nie nastąpiło – bariera językowa. Mnie się bardzo ten Nikko podoba, czy Tuniowi także? Tymczasem zaopiekowała się nim przebojowa Natalka. Mrs. Veja – czyli przedszkolanka ma 2. pomoce przedszkolne – Mrs. P. i jeszcze jedną panią. Pierwsza, mówiąca po angielsku i hiszpańsku, sympatyczna przy pierwszym kontakcie, ale bez szaleństw, w 5. miesiącu ciąży; druga – Ukrainka mówiąca odrobinę po polsku – jakoś nie za bardzo mnie przekonała, widocznie muszę przywyknąć; trzecia miło się uśmiechająca, z urody Latynoska – zajmowała się upośledzonym dzieckiem na wózku. Dzisiaj Tunio jest już trzeci dzień w przedszkolu. Mamy przeprawy. Muszę go odprowadzać pod szkołę i tam przekazywać w ręce tejże mało przekonującej pomocy. Nie mogę wchodzić do szkoły. Dzisiaj była szarpanina i łzy. Tunio przyzwyczajony był w poprzednim przedszkolu, że wchodziłam, rozbierałam go i żegnałam się. Wczoraj mówił, że nie chce już chodzić do przedszkola. Jak będzie dzisiaj? Za chwilę się dowiem. Hala mówi, że łzy są przy rodzicu, potem spokój. Ale ma Tunio i tak stres. Wszystko obce, wielki skok. Szkoda mi go. Tomik nadal kaszle, ma zmieniony syrop, podrapał się w nocy.

   Odebrałam Tunia – wygląda na zadowolonego, ładnie pożegnał się z Panią P., która załadowała go do samochodu. Może moje pierwsze wrażenie będzie mylne?

   W poniedziałek, po przywiezieniu Tunia o 11:30 – pojechałam do pracy. Zgodnie z obietnicą odwiedził nas niedzielny gospodarz radiowy Piotrek z dziećmi – Anią i Piotrusiem, który jest o miesiąc młodszy od Tunia. Było nam miło, obiecywał pomoc w muzykaliach. Czas pokaże. Wieczorem odbyła się nietypowa i przepiękna impreza. Nowy Konsul Generalny Zbigniew Matynia z Małżonką Bożeną podejmowali spotkaniem opłatkowym duchownych polonijnych w naszej Sali Głównej. Bardzo sympatyczni i bezpośredni ludzie, pochodzą ze Starachowic, konsul ma rodzinę w Staszowie, czyli krajanie. Atmosfera była szczególna. Tyle życzliwości i nabożeństwa we wzajemnych kontaktach. Trójcowianie także nas zaszczycili, siostra Genowefa, ksiądz Antoni, ale i inni. Ucałowałyśmy ich z Halą niejednokrotnie. A i inni znajomi z tego wybranego świata. Zaproszonych było ponad 40 osób. W programie krótkie przemówienia najważniejszych osób i wykład Haliny przed jej chatą łowicką. Łamanie opłatkiem, wieczerza i śpiewanie kolęd. Dania przygotował znany mi z książki „Our Chicago” A. Arsenowicz. Poezja smaków. Śledzie na trzy sposoby, siekany tatar (właściwie carpaccio) z łososia z kaparami, ryba po cygańsku, kartofelki, kluski leniwe z sosem grzybowym, kapusta i inne mecyje. Motto mistrza to Kaczmarskie „Róbmy swoje” dobrze. On swoje robi wybornie. Poznałam wiele uroczych sióstr, oprócz naszych misjonarek Chrystusa Króla, Albertynki i Karmelitanki. Księża znani mi z kościołów w całym Chicago byli w zasięgu ręki. Podziękowałam wszystkim za pomoc w nagłaśnianiu wyprzedaży książek, ofiarowałam przewodniki po MPA. Prosili o autografy, było mi bardzo miło. Otrzymałam także dar bezcenny – ich osobiste e-maile. Będziemy współpracować z Bożą pomocą. A już wspólne kolędowanie przeszło wszelkie oczekiwania. Szkolone głosy, mocne i pewne, jak chór solistów. Unisono potężne. A jeszcze siostry z gitarą, jeden z księży z harmonijką ustną, ustawienie ścianek spowodowało efekt pudła rezonansowego. Byłam poruszona. To symboliczne spotkanie. Zdjęcia J. Chaby: http://www.polishamericanyouth.com/gallery2/main.php  Do domu wróciłam po 22. Mama Zosia czekała z relacją, obejrzałyśmy wspólnie zdjęcia i rozesłałam je do tych, którzy ofiarowali mi swoje maile. Tomik mnie przywołał i odpłynęłam rozmyślając o nadchodzących świętach. We wtorek podczas odwożenia Tunia Idalka uzmysłowiła mi, że już mniej niż dwa tygodnie do świąt, a moje kartki? Do nas zaczęły napływać – pierwsza była Joanka z Florydy, później Dorotka, Kazik, kochana Pani Helenka. Tyle o Niej mówiłam dobrych rzeczy podczas spotkania z duchownymi, a następnego dnia – kartka i podarek anielski dla Kociątek. Intuicja serca. Co roku piszę list świąteczny, dołączam go do kartki. Od 2005 roku uwalniam także moje niezliczone nagrane kolędy i tworzę CD dla Bliskich. Później śpiewamy wspólnie. A teraz pełne ręce pracy nie pozwalają mi się zebrać – toć nie dam rady ze wszystkimi! Od kilku dni chodzi za mną przebój Tatiany Okupnik – „Świąteczna muza” – w Polsce był popularny jakiś czas temu, a ja oddalona nie miałam okazji się nim zachwycić. Teraz tak. Chciałabym, aby tegoroczna składanka była radosna. Wczoraj odbyło się nasze pracownicze Christmas Party w irlandzkiej restauracji. Było wspaniale, ciepło, życzliwie i smacznie. Steki, żeberka, warzywa z grilla i genialna sałata cesarska. Nasz stolik był bardzo rozśpiewany. Z Halą śpiewa mi się najlepiej, a po tylu rozgrzewkach było nam jeszcze dość łatwo się zegrać. Lubię tych moich ludzi z PMA i ZPRKA. A gwar, kiedy zaczęliśmy sobie składać życzenia trzebaby butelkować jako eksplozję ciepłej życzliwości i zażywać w małych dawkach w chwilach zwątpień. A po wszystkim podjechałam po drodze do sklepu z kompaktami i… mam potrzebne nagrania. W drodze do domu odczuwałam zachwyconą radość z tej muzyki. Tyle pięknych głosów, wspaniałych aranżacji i zauroczenie barwą głosu Sławka Uniatowskiego. W domu spędziliśmy miły wieczór, podczas usypiania słuchałam nagrań ze słuchawkami, zapomniałam jaka to frajda, jak dźwięki przenikają myśli. Na święta w naszym domu planuję uporządkować śpiewnik kolędowy. Kiedy znajdę czas? Oddalam się do pisania listu przewodniego, wypalania mieszanki muzycznej, Tunio ogląda Diego, Tomik bawi się z Babunią. Bardzo chcę jutro powysyłać kartki! Trzymajcie kciuki.

   Na deser i uśmiech linka do wynalezionego przez Mariusza kabaretu: http://www.schiz.pl/f/2067/Kozacki-kabaret-Ale-czaad

Wujka już nie ma z nami, na święta będzie w niebie

   Nie bardzo chciało mi się wczoraj pisać. Byłam w przedszkolu, Tunio został przyjęty. Zadzwoniła do mnie strapiona Mama Zosia. Stało się niewypowiedziane. Wujek Jurek Kot, młodszy brat Taty Miecia (62 lata) zmarł na raka, w cierpieniach. Śmierć była dla Niego ukojeniem. Czekają z pogrzebem na Olę, która ma przyjechać z Francji. Cała rodzina w stanie gotowości, a u nas wspominkowy smutek rozproszony jazgotem chłopaków. Chciałabym dać tutaj na mszę. Pamiętam zarys szczupłej twarzy, charakterystyczny nos, przyjemną i pełną śmiechu rozmowę na weselu Ali i Michała. Pościel od nich –  nadal służy. Ja mam jedynie kilka wspomnień – Rodzice i Mariusz – setki. Rozumiem ich smutek, pomóc nie mogę. Przesyłam więc kondolencje – Cioci Halince, Oli z Rodziną i Mateuszowi. Jesteśmy z Wami.

   Poza tym w pracy kolejna Wigilia, tym razem dla rodzin i uczniów. Przeprowadziłąm 3 lekcje biblioteczne. Po pracy pojechaliśmy z chłopcami na 25. gdzie czekał na nas Mikołaj z żoną i całym inwentarzem oraz postaciami z bajek i strażakami. Chłopcy dziwowali się. Tunio nawet siedział za kierownicą potężnego samochodu z drabinami, który został specjalnie dla niego otwarty.

   Jutro czeka mnie kolejna ważna rozmowa na antenie. Tym razem o szacunku. Jeżeli będziecie mieli ochotę, to zapraszam jutro, w niedzielę 9 grudnia, na falę 10 30 AM od 14 do 15, na polski czas w godzinach od 21 do 22. Jeżeli będziecie mieli ochotę posłuchać, to naciśnijcie na link http://www.polskieradio.com/ , na górze strony w prawym rogu jest ikonka „słuchaj radia” należy nacisnąć Chicago. Włączcie się do dyskusji, proszę. Miłej niedzieli.

Wszystkie odcienie Mikołajek

   Od rana niespodzianki, Babcia – Mikołaj działała. Chłopcy ucieszyli się bardzo, my też. Miło jest być obczekoladowanym. Gdy już wybrałam się i wydrukowałam wszystkie karty, zjadłam owsianę i zbierałam się do wyjścia – nadszedł zmarznięty, zaziębiony Mariusz. Zgodził się na leki. Słaby był. W korku jadąc spóźniłam się na zebranie www. Spotkałam konsulostwo, zostałam zaproszona na niedzielę 16. z dziećmi do… muzeum. Zebranie www nareszcie przebiegło sprawnie, a powinno się odbyć – w maju. Znamy już strukturę, a teraz do roboty. Po wszystkim byłam na dywaniku. Wyszłam zadowolona. Ktoś jest mi przychylny, chce pozostać anonimowy. Czyli anioły i cuda się zdarzają. W samego Mikołaja. Dziękuję z serca. Kolejną wiadomością popołudnia był zakaz dla Kevina udziału w naszym komitecie www. Generalnie blokują i ograniczają pomoc ZPRKA dla MPA. Naród, wolontariusze, teraz oprawa techniczna. Zobaczymy, jak będzie dalej, wszak we wtorek nasza wspólna impreza świąteczna. Kryzys.

   Odwiedziła nas Joasia B., (cóż za światła, inteligentna i obyta kobieta!) obecnością zahaczyła o mój emaliowany kontakt z Joasią L., a rozmawiałyśmy o Joannie T. Zbiegi imienne. Dowiedzieliśmy się, że zdjęcia z zeszłego tygodnia można oglądać na stronie Polish News: http://www.polishnews.com/gallery.php5?dirkey=6451b58f05c92a95b13d822dcb0d58eb . Jak tam śpiewam! Podpatrzona zostałam świetnie, a i klimat jest sprawiedliwie oddany. Widać nasze stroiki, choinki i ludzi rozmaitych.

   Po 3. przygniotła nas wiadomość, że pan Kosiński został zabity przez samochód. Ot podwiózł żonę – Joan pod restaurację, a sam chciał zaparkować. A ona czekała na niego. I pomyśleć. Normalny dzień, wczoraj wieczór bez pożegnań. A dzisiaj inny świat. Grom z jasnego nieba. Stoi mi przed oczyma – beztroski, śpiewający, wiecznie towarzyszący żonie. Nie rozstawali się przecież. Szkoda mi jej. Wybiorę się na wake (czuwanie?) lub na pogrzeb. Wieczór więc spędziłam z Bliskimi przy kominku pamiętając, że wszystko, co najważniejsze, to nasz wspólny czas…

Tomik chodzi sam, my też

   Tomik już od tygodnia pewnie i z uporem wyrywa się naszym dłoniom. Jest bardzo silny i zdecydowany, nie przeszkadzają mu upadki i potknięcia. Uważnie staje, przestawia nogę w razie potrzeby obrania nowego azymutu i idzie dalej, zakręca, pada, krzycząc bam.

   My po piątkowej Wigilii muzealnej, która odbyła się, jak to w naszej fabryce ze znacznym wyprzedzeniem, i to w dodatku w Andrzejki – weszliśmy w okres świąteczny. Dochodzi do tego, że po 4. takich muzealnych imprezach święta, które będziemy urządzać w domu, tracą na swojej świeżości. Ale nic to. W sobotę byliśmy sami z Maniem na Andrzejkach u Gosi i Andrzejka. Bawiliśmy się jak przed 4. laty. Śmiałam się, śpiewałam, tańczyłam nawet. Dziękuję Dziadziom za ten relaks, a Konikom za imprezę.

   Dzisiaj za oknem zasypało, jest pięknie jak na Moninych grafikach. Okno zdobią: witrażowe A, T, oraz pociąg stworzone z prezentu od Ali – odlepialnych farb. Zabawa przednia, dziękujemy. Wczoraj w pracy było wielkie nasilenie odwiedzin. Po niedzielnej telefonicznej ekstrawaganzie z Tatą Mieciem. Nadchodzi pora wysyłania kartek na święta. Tym razem, dzięki pobytowi w Polsce – w ilości ograniczonej. Ale tak mówię co roku. Pozdrawiam wszystkich, którzy do mnie piszą. Dziękuję bardzo. Tunio był ze mną dzisiaj w przedszkolu Kennedy’ego – w piątek mamy rozmowę kwalifikacyjną. Czy uda się wszystko pogodzić? Na całej połaci śnieg.