Sens życia, dziękczynienie i fenomen drożdżowego placka z kruszonką

   Wczuwam się w wewnętrzne uspokojenie. Nie narzucam sobie niepotrzebnych zagwozdek. Te zwykle narzucają sie same. Tomik zaczął chodzić sam i tak mnie to absorbuje, że nie znajduję czasu na pisanie. Ale przecież blogowanie miało być dla mnie przyjemnością i wytchnieniem, a nie kolejnym obowiązkiem, więc nie dobieram sobie tego do głowy. Porządkuję powoli sprawy – w domu, w pracy, w komputerze i w sobie. Wróciłam dzisiaj do Altona Browna i jego „Good Eats” na Food Network. Nagrywał mi się cierpliwie i sam się kasował. A dzisiaj przy okazji Coq au vin nauczyłam się obierać maleńkie cebulki, dowiedziałam się o redukowaniu sosu i sposobach na to, oraz pobyłam z tym sympatycznym człowiekiem i jego wizjami kulinarnymi w stylu komediowym. Tomik mi towarzyszył podając po jednej laski cynamonu stojące dotychczas jako bukiet w zielonym słoju u wezgłowia łóżka. To już nie stoją. Później zaglądał lampie Tatula pod rondo abażura i zachwycało go światło żarówki. Dotknął jej oczywiście, ale nie bardzo bolało, więc tylko się na nią obraził marszcząc brew. Pobyliśmy tak ze sobą, doczytałam odrobinę „Biegunów” od Izy, którzy w jakiś sposób zazębiają się o moją ostatnią lekturę Mayes. Choćby podróżami i Ataturkiem, ale nie tylko. Nawiązywaniem do znoju tworzenia, pisania, przemyśliwań przy nim. Lubię, gdy rzeczy po długiej tułaczce obierają swoje miejsca, kalendarze nareszcie zawisają, obrazki przestają stać oparte, haczyki służą, a książki są czytane, choć zawsze czuję smutek kończąc te pasjonujące i pojawia się głód pogoni za kolejną, która poniesie.

   Przed Świętem Dziękczynienia pojechaliśmy na zebranie do profesora Franka Kujawińskiego. Pora kończyć sprawę Karpowiczianów. Miałam okazję zobaczyć profesora w Jego świecie, obejrzeć bardzo osobiste pamiątki rodzinne i minimalistyczną w porównaniu z Karpowiczem, warsztatowość Jego domu. Ponieważ się przyjaźnili, oraz profesor Kujawiński tłumaczył Karpowicza wczuwając się w Jego poezję jak nikt inny – porównywań dwu wizyt nie mogło zabraknąć. Nawet domy podobne na pewien sposób, w pewnej linii do autostrad jeden na północy w ślicznej okolicy – drugi kiedyś na południu, w mniej ładnej, choć legendarnej. I te wizyty. Ta z 2006 roku wstrząsająca i przygnębiająca – przy próbie ocalenia spuścizny po Karpowiczach, a przede wszystkim drogiej mi Pani Maryni, gdy pracowałam w piwnicy wspólnie z profesorem F.K. Ta tegoroczna podnosząca na duchu, kojąca, radosna z powodu spotkania z dzielnym, mądrym, łagodnym i dobrym Człowiekiem, Przyjacielem, Tłumaczem, Nauczycielem, Ojcem. Sam zadbał o dobytek Poety. Zgromadził rozproszone meble, szczątki jestestwa Tamtego. A jego mieszkanie pokazało to, co najważniejsze. Na ścianach wiszą unikalne dzieła najbliższych – haft córki, obrazek ojca, pastela syna. Stoi bardzo wiele kompaktów z ulubioną muzyką, są książki, ale nie przytłaczają, lampa ociepla wnętrze, fotel – przypomina matkę, angielska porcelana – cioteczną babkę żony, jest czas na upieczenie babeczek gościom, opowieść o dużej i małej czereśni zasadzonych przed domem, a nawet o własnym raku, który nie boli, tylko w wątrobie przypomina zaciśniętą pięść. Miałam łzy pod powiekami. Chodząca łagodność, Musierowiczowski profesor Dmuchawiec. Kolejna konfrontacja z meblami, butami, kapeluszami Tamtego nie zrobiła na mnie wrażenia, a odnalezienie testamentu Pani Maryni w zapomnianej szufladzie nawet nie zaskoczyło, wydało się konieczną pointą. Natomiast dostałam przepis na nadzienie do indyka od Tego, z jego czerwonym podpisem, umówiłam się na zebranie przyjaciół do biblioteki i na długo zapamiętam pożegnalny uścisk, ciepły i przyjazny; młodzieżową czapkę, jesienny bajkowy domek z nagim oknem i przyzywającą w nim lampą. Ukradłam obiektywem kilka wspomnień.

   Rodzinne święto pomimo normalnego zabiegania wprawiło mnie w zadumę nad dziękczynieniem w ogóle, miałam nawet wypisać sobie listę komu za co jestem wdzięczna, ale zarzuciłam ten pomysł z braku czasu, snu, wigoru. Jeżeli czujecie, że za coś powinnam Wam być wdzięczna, to tak pewnie jest. A i jestem wdzięczna także i za milion innych rzeczy. Hala z Jackiem pięknie i smacznie nas podjęli we czwartek, pobyliśmy z najbliższymi Przyjaciółmi. W piątek były u nas dziewczynki, a później Piotrkowie, w sobotę Wydrowie, tym razem jako wegetarianie, niedzielę przeszliśmy rodzinnie. Zgodnie z mądrą wolą Mariusza wspólnie ustroiliśmy dom przed śniegiem, ale nie zapalamy światełek. Pobolewały mnie kości – wyleczył mnie kit. W poniedziałek, po 6 pobudkach urządzonych mi przez Tomka – wiele miłych wizyt i rozmów, a jedna genialna – siostra Gertruda ze swoim plackiem drożdżowym. Cóż za poezja! Z prędkością światła przeniosła mnie do Bogorii. Zawiozłam do domu wielką pajdę dla chłopaków, a w efekcie podziwu podzieliliśmy się nim wszyscy, odbyło się łamanie plackiem. I tak najbardziej zasmakował w nim ten, za którego onegdaj siostra modliła sią jako za małego Kotka… Prawie zapomniałam o święcie wujka Zdzisia! Nagrałam spóźnione życzenia i teraz się kłaniam!

   Dzisiaj zgodnie z zasadą łapania chwili – byliśmy z chłopakami w przedszkolu. Podbili nowy rejon. Zachwyceni jesteśmy. Tunio urządził nam awanturę, gdyż nie chciał wyjść. Teraz dom zasypia. Mam za sobą pierwsze przywołanie Tomikowe. Pewnie na spanie obejrzę jakąś komedię na maleńkim ekranie ze słuchawkami i Tomikiem – piecykiem u boku. Za oknem spektakularny księżyc, ale nie mam dobrego obiektywu. Zdjęcia wyszły płaskie. Bez tajemnicy.

6 uwag do wpisu “Sens życia, dziękczynienie i fenomen drożdżowego placka z kruszonką

  1. kiedy przyjechalam do tego kraju lat temu trzy, w pierwsze (z moim udzialem) tutejsze swieto dziekczynienia zaczelam zastanawic sie nad slowem dziekczynienie. Glupie, co? No, glupie. Ale zastanawialam sie i juz.I najblizsze zdalo mi sie dziekowanie za czynienie – dobra, rzecz jasna.Japonczycy podobno – oprocz poduszek, ktorymi sie w zlosci obrzucaja – maja jeszcze jedna metode na przypomnienie sobie, dlaczego jestesmy z drugim czlowiekiem/z innymi ludzmi.Delikwent ma przypomniec sobie 20 (slownie: dwadziescia!) rzeczy-nie-rzeczy, za ktore moze podziekowac drugiemu czlowiekowi. Stosuja to glownie w terapii zwiazku, ktory przechodzi kryzys.Pal licho kryzys. Gdyby tak te dwadziescia rzeczy-nie-rzeczy przelozyc nie tylko na zony/mezow, ale i rodzicow, dzieci, przyjaciol, znajomych blizszych i dalszych, sasiadow, hm?Cwiczebnie sprawdzilam na mezu, dzieciach i przyjaciolce od zawsze – poszlo mi niezle i nawet dosc szybko, natomiast dalej… nie pytajcie, sprobujcie sami.Trudne to jak jasny gwint, ale lubie. I staram sie, choc 20 to straaaasznie duzo.Kiedy znajdzie sie juz te 20, pojawia sie duuza nagroda – chce sie zawolac z calych sil: – kurcze! Ludzie! Jak dobrze, ze jestescie!P.S. Malgosiu, ciesze sie, ze jestes. Do niedzielnego zobaczenia.

    Polubienie

    • EWO,Piękne zwyczaje mają ci Japończycy. Czy to wpływ Konfucjusza, któremu przypisuje sie ukształtowanie wielu pozytywnych cech charakterów ludów z tamtego kręgu kulturowego ?Odkąd przeczytałem Twój tekst myślę o wyliczaniu tych 20 zasłóg u ludzi, z kórymi się spotykam.Dzisiaj „niedzielowanie”, więc siedzę w domu i spoglądam na swoją żone – i nie wyliczam bo wiem, że nie miałbym z tym kłopotów. Jutro ruszam do ludzi i podejmę taką próbę. Zacznę od szefa.Mam przy tym nadzieję, że oni nie czytali Twojego wpisu i nie poddadza mnie podobnemu testowi.Miłego niedzielowania. Pozdrawiam całe towarzystwo.

      Polubienie

      • Tatulu drogi – jesli wolno mi w tej formie zwracac sie…Nie wiem, czy Konfucjusz jakkolwiek palce w tym maczal – jesli tak, niech mu bedzie.Wkurzal mnie, ten Konfucjusz, gloszeniem posluszenstwa zony wobec meza, podwladnego wobec szefa – jakos za tym nie przepadam, hahahahahaahaha. Nie bedziemy sie jednak teraz wglebiac w okolicznosci i czas, kiedy zyl i myslal, i co z tego wynikalo. Odzywam sie glownie dlatego, zeby powiedziec, ze warto jednak pochylic sie i znalezc te 20 najpierw w najblizszych, w zonie/mezu. Naprawde warto. Nawet jesli jestesmy przekonani, ze bez najmniejszego trudu uda nam sie, niemal jednym tchem, wymienic te ilosc. Warto to zrobic. Warto nazwac kazda jedna rzecz-nie-rzecz. Zaraz po patrzymy na tego czlowieka, z ktorym lubimy zycie dzielic, jak gdyby lepszymi oczami. I dziob nam sie cieszyc zaczyna, hahahahaha. Lubie to.

        Polubienie

      • No pięknie Sobie rozmawiacie. Już wyliczam. Cały dzień mi zejdzie na najbliższych. Będe miała wypominki. Ewula – za chwilę będę Cię słuchała na 1030. I jak zwykle mnie czymś zadziwisz. Tatuś, dzięki, że czuwasz. Nie było mnie czasowo, a Wy odwiedziliście mnie – to po 1. plusie na Waszych kontach. Pozdrawiam, dzięki Wam nie jestem tu sama

        Polubienie

  2. Malgosiu, jak dobrze z tym pomaranczem, mmmmmmmmmm.Potrzebuje do zycia pomaranczowego koloru. W kazdym mieszkaniu/domu, w ktorym mieszkalam przynajmniej jedna sciana byla pomaranczowa.Mam tez pomaranczowe trampki, hahahahahahaa, niewygodne jak jasny gwint, ale co tam!

    Polubienie

    • Zapraszam Cię do domu, tu mam wiele odcieni mojego koloru – i te rdzawe i te oranżowe. Zbieram te kolory, lubię się nimi otaczać, taka chałupnicza chromoterapia. Ewula, dzięki za emalie i podrywanie ludzi do działania.

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s