Sens życia, dziękczynienie i fenomen drożdżowego placka z kruszonką

   Wczuwam się w wewnętrzne uspokojenie. Nie narzucam sobie niepotrzebnych zagwozdek. Te zwykle narzucają sie same. Tomik zaczął chodzić sam i tak mnie to absorbuje, że nie znajduję czasu na pisanie. Ale przecież blogowanie miało być dla mnie przyjemnością i wytchnieniem, a nie kolejnym obowiązkiem, więc nie dobieram sobie tego do głowy. Porządkuję powoli sprawy – w domu, w pracy, w komputerze i w sobie. Wróciłam dzisiaj do Altona Browna i jego „Good Eats” na Food Network. Nagrywał mi się cierpliwie i sam się kasował. A dzisiaj przy okazji Coq au vin nauczyłam się obierać maleńkie cebulki, dowiedziałam się o redukowaniu sosu i sposobach na to, oraz pobyłam z tym sympatycznym człowiekiem i jego wizjami kulinarnymi w stylu komediowym. Tomik mi towarzyszył podając po jednej laski cynamonu stojące dotychczas jako bukiet w zielonym słoju u wezgłowia łóżka. To już nie stoją. Później zaglądał lampie Tatula pod rondo abażura i zachwycało go światło żarówki. Dotknął jej oczywiście, ale nie bardzo bolało, więc tylko się na nią obraził marszcząc brew. Pobyliśmy tak ze sobą, doczytałam odrobinę „Biegunów” od Izy, którzy w jakiś sposób zazębiają się o moją ostatnią lekturę Mayes. Choćby podróżami i Ataturkiem, ale nie tylko. Nawiązywaniem do znoju tworzenia, pisania, przemyśliwań przy nim. Lubię, gdy rzeczy po długiej tułaczce obierają swoje miejsca, kalendarze nareszcie zawisają, obrazki przestają stać oparte, haczyki służą, a książki są czytane, choć zawsze czuję smutek kończąc te pasjonujące i pojawia się głód pogoni za kolejną, która poniesie.

   Przed Świętem Dziękczynienia pojechaliśmy na zebranie do profesora Franka Kujawińskiego. Pora kończyć sprawę Karpowiczianów. Miałam okazję zobaczyć profesora w Jego świecie, obejrzeć bardzo osobiste pamiątki rodzinne i minimalistyczną w porównaniu z Karpowiczem, warsztatowość Jego domu. Ponieważ się przyjaźnili, oraz profesor Kujawiński tłumaczył Karpowicza wczuwając się w Jego poezję jak nikt inny – porównywań dwu wizyt nie mogło zabraknąć. Nawet domy podobne na pewien sposób, w pewnej linii do autostrad jeden na północy w ślicznej okolicy – drugi kiedyś na południu, w mniej ładnej, choć legendarnej. I te wizyty. Ta z 2006 roku wstrząsająca i przygnębiająca – przy próbie ocalenia spuścizny po Karpowiczach, a przede wszystkim drogiej mi Pani Maryni, gdy pracowałam w piwnicy wspólnie z profesorem F.K. Ta tegoroczna podnosząca na duchu, kojąca, radosna z powodu spotkania z dzielnym, mądrym, łagodnym i dobrym Człowiekiem, Przyjacielem, Tłumaczem, Nauczycielem, Ojcem. Sam zadbał o dobytek Poety. Zgromadził rozproszone meble, szczątki jestestwa Tamtego. A jego mieszkanie pokazało to, co najważniejsze. Na ścianach wiszą unikalne dzieła najbliższych – haft córki, obrazek ojca, pastela syna. Stoi bardzo wiele kompaktów z ulubioną muzyką, są książki, ale nie przytłaczają, lampa ociepla wnętrze, fotel – przypomina matkę, angielska porcelana – cioteczną babkę żony, jest czas na upieczenie babeczek gościom, opowieść o dużej i małej czereśni zasadzonych przed domem, a nawet o własnym raku, który nie boli, tylko w wątrobie przypomina zaciśniętą pięść. Miałam łzy pod powiekami. Chodząca łagodność, Musierowiczowski profesor Dmuchawiec. Kolejna konfrontacja z meblami, butami, kapeluszami Tamtego nie zrobiła na mnie wrażenia, a odnalezienie testamentu Pani Maryni w zapomnianej szufladzie nawet nie zaskoczyło, wydało się konieczną pointą. Natomiast dostałam przepis na nadzienie do indyka od Tego, z jego czerwonym podpisem, umówiłam się na zebranie przyjaciół do biblioteki i na długo zapamiętam pożegnalny uścisk, ciepły i przyjazny; młodzieżową czapkę, jesienny bajkowy domek z nagim oknem i przyzywającą w nim lampą. Ukradłam obiektywem kilka wspomnień.

   Rodzinne święto pomimo normalnego zabiegania wprawiło mnie w zadumę nad dziękczynieniem w ogóle, miałam nawet wypisać sobie listę komu za co jestem wdzięczna, ale zarzuciłam ten pomysł z braku czasu, snu, wigoru. Jeżeli czujecie, że za coś powinnam Wam być wdzięczna, to tak pewnie jest. A i jestem wdzięczna także i za milion innych rzeczy. Hala z Jackiem pięknie i smacznie nas podjęli we czwartek, pobyliśmy z najbliższymi Przyjaciółmi. W piątek były u nas dziewczynki, a później Piotrkowie, w sobotę Wydrowie, tym razem jako wegetarianie, niedzielę przeszliśmy rodzinnie. Zgodnie z mądrą wolą Mariusza wspólnie ustroiliśmy dom przed śniegiem, ale nie zapalamy światełek. Pobolewały mnie kości – wyleczył mnie kit. W poniedziałek, po 6 pobudkach urządzonych mi przez Tomka – wiele miłych wizyt i rozmów, a jedna genialna – siostra Gertruda ze swoim plackiem drożdżowym. Cóż za poezja! Z prędkością światła przeniosła mnie do Bogorii. Zawiozłam do domu wielką pajdę dla chłopaków, a w efekcie podziwu podzieliliśmy się nim wszyscy, odbyło się łamanie plackiem. I tak najbardziej zasmakował w nim ten, za którego onegdaj siostra modliła sią jako za małego Kotka… Prawie zapomniałam o święcie wujka Zdzisia! Nagrałam spóźnione życzenia i teraz się kłaniam!

   Dzisiaj zgodnie z zasadą łapania chwili – byliśmy z chłopakami w przedszkolu. Podbili nowy rejon. Zachwyceni jesteśmy. Tunio urządził nam awanturę, gdyż nie chciał wyjść. Teraz dom zasypia. Mam za sobą pierwsze przywołanie Tomikowe. Pewnie na spanie obejrzę jakąś komedię na maleńkim ekranie ze słuchawkami i Tomikiem – piecykiem u boku. Za oknem spektakularny księżyc, ale nie mam dobrego obiektywu. Zdjęcia wyszły płaskie. Bez tajemnicy.

Żółte zaścielenie

   Za oknami przedśpiew zimy, nie mogę oderwać wzroku od liści wszelkich odmian klonów, które na wskutek mocnych porannych przymrozków nadają barwę chodnikom. Gdyby je mieć na linii wzroku – jawiłyby się pasy kolorów subtelniejsze niż holenderskie tulipany. A jak nawet podczas deszczu pięknie odbija się światło, jak jaśnieje chodnik i okoliczne domy. Może tak możnaby malować ciemne miejsca – na jasne barwy – byłoby przyjemniej.

   Dużo wrażeń. W piątek po dniu znojnym – wieczór z dziewczynami w Klubie MUM u Lidzi na urodzinach. Smaczny wieczór. W sobotę podróż do pani doktor. Tomuś trzykrotnie ukłuty – bronił sie wyciem modulowanym, a Tunio się z nim solidaryzował, nie pozwolił zobaczyć sobie gardła po dobroci. Trzeba było podstępu. Gardło czerwone – trzeba potraktować antybiotykiem. Aby uniknąć nieudolności pielęgniarki i przede wszystkim bólu pacjenta – należy chadzać do lekarza w tygodniu, wtedy przyjmuje nasza ulubiona, sprawna pielęgniarka. Zaprzyjaźniona, a strapiona sytuacją domową, pani doktor sprawiła nam potrójny prezent.  Serdecznie dziękujemy. Wieczorem, zaproszeni przez Izulę, której chwała, udaliśmy się do Rosemont CC na Galę PAA. Siedzieliśmy w doborowym towarzystwie (Izunia, Ola, Joasia, Ania, pan Marek i jeszcze 4. nowych sympatycznych ludzi) śmialiśmy sie dużo, smakowaliśmy wyborny obiad. Przeprowadzialiśmy kilka ważnych rozmów. Miło nam było poobcować ze sobą, potańczyć przy muzyce Miry, która nie tylko jest śpiewaczką operową, ale jeszcze świetnie prowadzi zespół. I widzieliśmy kwitnącą i spełnioną Joasię, radosnego pana Waltera, a nasza gospodyni, Iza – była najmilszą tam osobą. Bardzo dziękujemy! W domu chłopcy czekali na mój przyjazd i po wyboistej nocy przyszła niedziela. Tutaj odrobinę porządków ogrodowych z chłopcami, ognisko, ustojenie wejścia do domu, zamienienie hortensji w chochoła, może tak ozdobiona nareszcie nam zakwitnie w przyszłym roku? Był czas ogniska i obiadu, leniwienia niedzielnego i drzemki, wieczorowej mszy i teraz układania się. Chłopcy uśpieni, tylko kąpiel i znów pojadę w podróż z F. Mayes. Tym razem do Szkocji.

Tydzień wybitnie urodzinowy

   Zawsze tak było. Ale teraz zwracam na to silniejsze baczenie: pani Sabina, Tomik, Aga, Gaba, Kasia, Lisa, Dorothy, Lidusia, pani Joann – wszyscy świętują urodziny w obrębie tygodnia. Nasze domowe uroczystości z małymi zgrzytami przeszły miło. Przygotowania zaowocowały galaretą – już książkową koniecznością, smalczykiem, sałatką jarzynową, sałatkami z zielonych pomidorów, gołąbkami z sosami: borowikowym i pomidorowym, bigosem ze śliwkami, tortem Zosinym z ananasem i konfiturą z płatków róż, szarlotką Moni. Dom zatętnił. Goście przynieśli wspaniałe dary – stos prezentów, w tym ubranka wspaniałe, zabawki ułatwiające życie, przybory malarskie. Były popisy śpiewacze młodego pokolenia (debiut Oliwki), japońskie szpagaty (debiut Kasi) oraz przebieranki i spektakle teatralne ze scenariuszem. Tunio przeszedł siebie i zaliczył wpadkę, pomalował sobie nos na zielono i udawał żabkę. Tomik zniósł wszystko dzielnie, a później wybudził się ze snu i wypłoszył gości buczeniem. Wszystko jak zwykle jednocześnie – zęby i zdenerwowanie. Wybaczcie dziecku. Wyspał się jednak smacznie i powitał niedzielę około 8. Wybrałyśmy się z Mamą do niedalekiego kościoła na piechotkę. Później pojechałam do radia, o którym pisałam poniżej. Świetne doświadczenie w doborowym towarzystwie. I ważny temat: śmierć. W tym samym czasie dziewczyny miały babskie spotkanie, nie mogłam się niestety rozdwoić. Po powrocie przygotowaliśmy obiad i przyjechali Chruszczykowie i Noskowie z chłopakami. Pogadaliśmy odrobinę, a gdy najmłodsi zaczęli się pokładać, ziewać na komendę – uroczyście zamknęliśmy obchody rocznicowe. Dziękujemy wszystkim. Martwiliśmy się grupowo o Gonię, która w piątek miała operację. Już dobrzeje.

   W poniedziałek, wolny, pożegnałam Monię. Smutno mi się zrobiło, podziwiam i życzę szczęścia, czekam na relacje. W pracy był kociokwik, dużo ludzi i wypadek za drzwiami – potrącona rowerzystka. Udzieliliśmy jej wsparcia i pomocy. Ale rozedrganie zakończyło się bólem głowy. Dzisiaj skatalogowałam swoje, a w sklepie nakrzyczał na mnie jeden gburek. Zadzwonili Rodzice zaniepokojeni milczeniem blogowym i telefonicznym. Tomuś wstaje, stoi sam przez coraz dłuższe chwile i domaga się różnych rzeczy. Teraz, gdy już wszystkich ułożyłam i zrobiłam łącznie 8 kanapek do pracy – siadłam na chwilę, ale i mnie oczy się kleją. Przed chwilą wypiłam do końca Tomikową herbatkę z dzikiej róży i melisy. Działa.

Rocznik z Tomika

   Cały dzisiejszy dzień chodziły mi po głowie dwie rzeczy: wczorajsze obcowanie z filmem Katyń, moc skojarzeń oraz nadciągająca, jutrzejsza pierwsza rocznica. Mojego drugiego pełnego macierzyństwa oraz życia Tomika. Dokopałam się relacji z zeszłego roku. zaserwuję Wam powtórkę z rozrywki i ocalę ten dzień od zapomnienia:

Zapisek z 13 listopada 2006:

   Tunio chorowal w poprzednim tygodniu. Mariusz chorowal od niedzieli. Mial bardzo wysoka goraczke, kaszlal i byl slaby. Nie poszlam do kosciola, obawialam sie ich zostawic i sama zaslabnac. M. nie poszedl do pracy w poniedzialek i przez caly tydzien. Ja sama bylam jeszcze w poniedzialek w pracy, a Tunio w przedszkolu. Podgonilam kilka spraw. W poniedzialek maz przyjal Tylenol, ktory nie pomogl. We wtorek mialam wizyte u lekarki, moja Hidalgo miala wolny tydzien, wiec poznalam sie z druga przemila wspolpracownica Jozka Amy Hoffmann. Na wizyte zabralam Tunia i dogorywajacego Mariusza. Dziewczyny z gabinetu poratowaly go Advilem i zmierzyly temperature – 39.5. Moje spotkanie przeszlo gladko, wszystko mi sie zatrzymalo w oczekiwaniu na wydobrzenie panow. Stamtad zawiozlam towarzystwo do szpitala szwedzkiego, gdzie przyjela Mariusza znajoma lekarka. Przepisala antybiotyk. W drodze powrotnej zalatwilismy jeszcze kilka spraw, wszystkie z okien samochodu, czyli bank i apteke, tylko zwrot ksiazek do biblioteki trzeba bylo zrobic na piechote. Po powrocie Mariusz sie polozyl, a ja pojechalam po lekarstwo, zaglosowac w wyborach i male zakupy z bananami, ktore zalecila mi znajoma na zmniejszenie bolesnosci skurczow. W srode zrobilam sobie wagary. Tunia odwiozlam do przedszkola, a sama poszlam na pedicure z masazem. Poczulam sie jak kobieta swiatowa i zadbana. Wedle poludnia pojechalismy z lepszym juz Maniem do Ikei po lozko. Kosztowalo tyle, co wizyta u lekarki. Bardzo obtarlam sobie nogi i podswiadowmie pracowalam na sukces piatku. Caly czwartek przy pieknej pogodzie porzadkowalam z Tuniem ogrodek, sprzatalam w domu, ukladalam w szufladach i wyrzucalam niepotrzebne rzeczy. Mariusz konczyl pokoj dziadziow. Czulam taki niejako przymus, pewnikiem tym sobie pomoglam, gdyz poczulam zmeczenie nawet w kosciach. Dobrze mi to zrobilo. Tunio nie odstepowal mnie ani na krok, tulil sie i trzymal nogawki. Czul, co sie ma stac. Ostatni dzien we dwoje byl piekny.

   Wieczorem polozylam sie zmeczona, poogladalam serial od Moniki i zdrzemnelam… O 2. poczulam niepokoj i wsluchalam sie w lekkie rytmy. Zaczelam liczyc odstepy wspomagajac sie termoforem, do ktorego korek znalazlam w kanapie poprzedniego dnia – taki prezent od kanap w dzien rozstania. (Dostal je w spadku wspolpracownik Mariusza, a na dole jest wersalka). Okolo trzeciej bylam juz pewniejsza strachu, obudzilam Mariusza i poprosilam o przygotowanie kilku spraw. Zadzwonilam do doktor Amy – poradzila poczekac godzinke i jechac do szpitala. Zaczelam plan A – dzwonilam do Konikow, ale nie wyszlo z komorkami, zadzwonilam wiec do Hali – przyjechala po jakims czasie. Bole sie nasilaly, Tunio spal. Zostawilismy go z Hala, pojechalismy przed 7. w korku do szpitala. Po zaparkowaniu bole sie uspokoily, obawialam sie falszywego alarmu. Zadzwonilam do Jozka, ktory i tak doradzil sprawdzenie na oddziale. Pierwsze spotkanie z polozna bylo dziwne – nie miala humoru, podlaczyla tak wskazniki, ze nie bylo widac zbyt dobrze skurczow. Lezalam godzine w poczuciu winy. Dopiero badanie wykazalo rozwarcie na 7. To docenila polozna, a mnie uspokoilo. Jozek przez telefon doradzil poczynania. Rozmawial ze mna – nie mogl sie wyrwac ze szpitala nad jeziorem, podeslal Amy. I bardzo dobrze. Wstydzilabym sie go. Pozniej poszlo szybko. Znieczulenie zadzialalo jedynie czesciowo – krzyczalam bardzo, ale ten krzyk mi pomagal.

   Tomik Czesio urodzil sie o 11:07, w piatek, 10 listopada (w 90. urodziny Sabiny). Inaczej sie wszystko odbywalo niz za 1. razem. Byl wiekszy mial prawie 4 kilo, owineli go, odciagali cos z pluc, nie dali do karmienia, tylko wreczyli butelke. Pozniej sprawdzili, ze poziom cukru opada… Zdecydowali sprawdzenie na intensywnej terapii. Jeszcze poprosilam o pozwolenie przystawienia go do piersi. Pozniej go zabrali. Mnie euforia radosci minela i zaczelo mi sie robic smutno. Mariusz poczekal chwile i zdecydowal, ze pojedzie do domu sie przespac. Zostalam sama. Przewiezli mnie do pokoju, tam poddali testom. Tomika odwiedzilam po 3 godzinach na intensywnej, byl golutki, fioletowy i 3 razy wiekszy niz wszystkie dzieci, jego stan sie stabilizowal, ale wlasnie go nakarmili. Moi panowie odwiedzili mnie wieczorem, pobyli godzinke, napotkali Viole. Tunio wlaczyl alarm wdrapujac sie na lozko i bylo male zamieszanie. Pojechali, a ja poszlam na intensywna terapie, potulilam Malego i odeslano mnie do pokoju. Tam pogawedzilam z moja wspollokatorka Uma, przemila hinduska, ktora w godzine urodzila Madure (Miodowa) mialysmy wiele tematow, m.in. porownywalysmy nasze zwyczaje i religie. Nie czulam sie samotna, gdyz i ona borykala sie z pompa oraz jej coreczka lezala niedaleko Tomika na nizszym pietrze, miala problemy z serduszkiem. Kolejny dzien przyniosl wizyte Jozka, najrozmaitszych specjalistow i Ani Misterki. Dziewczyny obdarowaly mnie przepieknymi rozami, na ktore reagowaly zachwytem wszystkie panie. Okolo 2 przywiezli mi Malego. Siedzielismy sobie w spokoju. Uma dostala osobny pokoj. Wieczorem odwiedzili mnie panowie, Tunio obejrzal brata – najpierw udawal, ze go nie widzi, a pozniej laskawie sie nim zainteresowal. Pojechali na urodziny Gabrysi i Agi – wlasnie skonczyly sie odwiedziny szpitalne. Siedzialam z Malym do 1. Pozniej zabrali go na testy, a mnie kazali spac, nie moglam zasnac, wiec przy telewizji zadzwonilam do Rodzicow. Bardzo pokrzepila mnie ta rozmowa, wreszcie sie moglam cieszyc bez wizji intensywnej terapii. W niedziele nastapily kolejne testy i wizyty, dzwonili przyjaciele, poszlam na godzinny kurs opieki nad noworodkami i zadziwilo mnie, jak malo kobiet decyduje sie na karmienie piersia. Okolo poludnia przyszla pani, ktora udzielila mi komunii i wzruszylysmy sie obie – poczulam, jak spada na mnie ulga i oblewa mnie radoscia. Dlugo tego nie zapomne. Panowie przyjechali, pomogli mi sie spakowac, pojechalismy do domu, po drodze kupilismy najmilsza kapuste. W domu Mariusz przygotowal obiad, ktory spozylismy w spokoju. Wieczorem odwiedzili nas Konieczni. Bylo bardzo milo. Dziewczyny przyniosly poczestunek i go zaserwowaly. Genialna szarlotka i lody. Nastala pierwsza noc. Przezylam ja. W poniedzialek Mariusz odwiozl Tunia do przedszkola, sam pojechal do pracy, a ja oswajalam sie z nowa sytuacja.

   We wtorek mialam egzamin prawdziwy. I wyszlam dosc dobrze. Przespalam sie troche, Tunio wspolpracowal, tylko raz zaliczyl wpadke. Przespali sie obydwaj wieczorem – Maly nadal spi, dobrze jest owiniety. Zjedlismy obiad i sobie siedzimy przy plumkajacej muzyce, zaczynam sie robic senna… A jeszcze obowiazki holenderskie – nie ma jak pompa! I tak sobie dzisiaj pomoglam – byla u nas Aga Chruszczyk z Maksiem, zrobila nam zakupy, duzachne, potem je ofiarowala, przywiozla ubranka dla Tomika, gdyz poprzednie wydalam prawie wszystkie i kosz do spania. Ugotowala rosol z indyka, posprzatala, zrobila pranie i jeszcze przypilnowala Tunia, poopiekowala sie Tomikiem, a ja wykapalam sie, odciagnelam pokarm, zjadlam sniadanie – z Agi aniol nie kobieta. Oprocz tego zorganizowala mi pompe na 2. strony, odbierze ja jutro w centrum i jeszcze dostarczy. Bardzo zorganizowana. Jezeli wziac pod uwage te zakupy w prezencie, to pompe mam jak gdyby od Niej. Dlatego wierze w taka dorazna pomoc, wymierna i szczera, z prostota. Bardzo czuje sie wsparta. Jutro druga Agnieszka, w piatek Monika. Milo tak. Wspolnota siostrzana. Na kobiety mozna liczyc. Panowie sa inni. Dzwonila dzisiaj Ania – rozmawiala chwile z Tuniem, potrafi to robic niespotykanie dobrze. Musielismy przerwac rozmowe, gdyz Tunio wylazl po strzemach i jeszcze na 2. linii byl dziadek Miecio. Uspokoilam Tunia i uspilam, pozniej Malego, nastepnie zadzwonilam na chwilke do Ani i jeszcze do Buska, porozmawialam chwilke, z Rodzicami nie uzyskalam polaczenia. Jutro nadrobie. Uspokajam sie. Tego mi trzeba, stabilnosci. Dzwonil dzis Lorys – jutro oddzwonie – mieli telewizje, ministra i dyrektora BN. Pewnikiem juz po bolu – nazywa mnie moj szef konsekwentnie matka – Polka. Dzonilam do wujka Zdzisia, dobijal sie do mnie w piatek i wczoraj, bardzo sie ucieszyl.

   Dzisiaj jest lepiej i bardziej swojsko, po wizycie u lekarki z Agusia jestem uspokojona, chlopcy przyzwyczajaja sie do siebie. Kwestia holenderska sie poprawia. A dzisiaj, w czwartek znow bylam w domu, wczoraj sie troche przeforsowalam i musialam odlezec. Uczylismy sie karmic. Wychodzi nam powoli. Lece na gore.

 

   Rok minął nam nadpodziw dobrze. Tomik jest osobną istotą. Życzę Ci Synku mądrego szczęścia, prawego życia, dobra i miłości.

Wzruszenia o poranku

   Oglądam nareszcie galerię Piotra, mojego małego Piotrusia, który pięknie widzi – na długo zatrzymałam się przy maszynie do szycia mojej Babuni Maryni. Maszyna zdobi dom Beaty, mojej siostry ciotecznej, a mamy Piotra – http://th.interia.pl/51,g1b3a089d1533731/i412475.jpg . Rośliny zniewalają urokiem, choćby takie źdźbło – http://th.interia.pl/51,g1b3a089d1533731/i255831.jpg , puszek http://th.interia.pl/51,g1b3a089d1533731/i255848.jpg ; obecne w galerii jest jakże wymowne bolesne wspomnienie wypadku –  http://th.interia.pl/51,g1b3a089d1533731/i256105.jpg . Wdzięczna Ci jestem Piotrze, gdyż tak Bogorii nie przedstawiał nikt: http://th.interia.pl/51,g1b3a089d1533731/i255834.jpg , http://th.interia.pl/51,g1b3a089d1533731/i255856.jpg , http://th.interia.pl/51,g1b3a089d1533731/i255809.jpg . W „Starych rodzinnych” odnajduję źródło Twojego talentu – kto był ich autorem? Babcia Kazia? Dziadzio? Piękne jest http://th.interia.pl/51,g1b3a089d1533731/i256899.jpg , w nim żyją już wiecznie. Twój Rzym, Kraków i Dobczyce są zjawiskowe. A Rzym to ten, który pamiętam sprzed 17. lat. Dziękuję Ci za wzruszenia, życzę Ci radości z tego talentu, mój Ty świeżo upieczony Panie inżynierze! Nie mogę doczekać się Twoich zdjęć z naszego spotkania! To z Tomusiem na pewno sobie oprawię.

   Nareszcie także otworzyłam link do wzruszenia globalnego http://www.youtube.com/watch?v=1k08yxu57NA , talent i muzyka poruszyły mną, utożsamiłam się jak miliony ludzi z wykonawcą. Paul Potts znajdzie się pod naszą choinką. Dzięki Jurku i Ado. Macie wszyscy mnóstwo klikania na linki, ale warto!

Zamrożone wspomnienia letniego ogrodu

   Pownosiłam kwiaty do domu i porozstawiałam po kątach. Rozwinęły się w odruchu wdzięczności, trzykrotka – maleńkie białe gwiazdeczki, muszkatka – pąki na czerwono. Cieszą się, że jeszcze będą z nami. Resztki jednorocznych zważone stoją jak wyrzut sumienia, muszę wybrać słoneczny dzień na porządki. Świerki coś podsychają, wiele gałęzi od dołu zmienia kolor na niepokojącą żółć. Namówię Panów na wycinkę uschniętych gałęzi. W porządkach pomógł mi już Tato Miecio – obecnie nastał dla Niego czas fabryki, ciężko się Mu przestawiać na rytm 12/12. Mam nadzieję, że rośliny z Bogorii się przyjmą pomimo ochłodzenia. Byle do wiosny.

   Radość ostatnich dni to telefoniczne życzena dla Babi od wnuczków z wyznaniami; miły, spokojny dzień w bibliotece – były z nami Pani Marysia i Weronia; przesyłka od Ani, tzn. blisko 10. emalii ze wspaniałymi zdjęciami zdolnego fotografa – i nasze muzealne zachwyty nad ich treścią oraz dzisiejsza wizyta naszej honorowej członkini KMUM – czyli Lidzi. Zjadłyśmy wspólnie śniadanie, chłopcy nam towarzyszyli, zasypani znów prezentami. Lidziu – wyglądasz młodziej, jesteś odnowiona po rekonwalescencji. Będzie dobrze!

   Tomik dzisiaj wieczorem przeszedł swoich 5. samodzielnych kroków. Z ramion do ramion. Czy „przydepcze” rok?

Dzień Elżbiety

   Kochana Mamo, życzymy Ci wszyscy w rzędzie stojąc najlepszego życia, zdrowia i humoru. Poprawienia wszelkich niepoprawności, wesołych gości, od Bliskich miłości. To jedyny sposób na Bogoryjkowy komputer – i miejmy nadzieję skuteczny.

   Ostatnie dni to dla mnie chwytanie dnia, wypełniam dawno obiecane sobie samej życzenia. Nareszcie gościły u nas Iza z Zosią, umawiałyśmy się od 2 lat. Wieczór po zmianie czasu wydawał się zatrzymany w kadrze. Bardzo odpoczęłam przy rozmowie. Iza słucha w taki sposób, że we mnie, mówiącej, otwiera się szerszy plan oglądu. Chłopcy obdarowani bardzo się cieszyli, Tunio zaszył się z kompaktami, Tomaszek spał z misiem, ja z „Biegunami” Tokarczuk z piękną dedykacją, a rozmarynowe drzewko pozostanie symbolem tego wieczornego, kojącego mojego dotrzymywania słowa dotyczącego rewizyty. Dziękuję za odwiedziny, dziękuję Rodzicom i Mariuszowi za pomoc i opiekę nad dziećmi. Czuję niedosyt. Ale tak powinno być.

   W sobotę byliśmy u Agi i Piotra. Rozmowy do późna w noc, śmiechem i Polską poszyte. Bardzo smaczny poczęstunek, piękny nowy i wygodny wystrój domu, muzyka przednia. Zasiedzieliśmy się, a że bez dzieci będąc, czuliśmy się jak na wakacjach. Dziękujemy. Niedziela była odsypianiem dla wszystkich panów. Pojechaliśmy do św. Priscilli, gdzie spotkaliśmy znajomą panią Alinę, a później odwieźliśmy wespół wspaniałego Cobiego Moni – która już się pakuje do Polski, pięknie wygląda w ciąży i jest bardzo dzielna. Moniu, jestem z Tobą.

   We czwartek, z pracy, razem z Halą, wyrwałyśmy się do kościoła, zapaliłam symboliczną świeczkę, przed ołtarzem stały relikwie wszystkich świętych z katakumb. Msza nabożna i spokojna, kazanie mądre. W tłoku zajechałam do domu, tam normalne sprawy. Boli mnie krzyż od spania z chłopakami na jednym boku, wędruja do mnie, Tomik domaga się w nocy podkarmiania, sprawdza, czy jestem, Tunio z kwileniem przychodzi przed 3., wstają przed 6. – jest jeszcze ciemno. Rodzice wstrzelili się w tryby domu, dzisiaj po raz pierwszy Tato pojechał do pracy. Przed Babcią egzamin. Jeszcze byłam w piątek na zebraniu w Muzeum Indian dla bibliotekarzy muzealnych, a wieczorem w pięknym kościele św. Pascala z mamą na mszy w Dzień Zaduszny. Tato Miecio jest spokojny, pogodzony, myśli o bracie i jego chorobie. Ma nadzieję, że się jeszcze zobaczą. Tyle się może wydarzyć przez pół roku. Prawdziwe oblicze emigracyjnego życia. Życzymy wujkowi zdrowia.  

   Nareszcie odwiedziłam stronę Moniki Szwai, http://www.monikaszwaja.pl , którą serdecznie polecam. Już od jakiegoś czasu czytam jej książki pod kontem mojego pisania i zauważam pewne podobieństwa, pochlebiam sobie nimi oczywiście. Najbardziej poruszył mnie tekst końcowy biografii. Do takich myśli doszłam po powrocie z Polski, a teraz przeczytałam je napisane. Niesamowite. Zarazem życiowe i normalne. Zamieszczę je: Moi koledzy, którzy śmiech dawkują oszczędnie, robią filmy smutne i ponure, a potem celebrują ich premiery – są Artystami. Ja nie. Ja jestem rzemieślnikiem telewizyjnym i mogę sobie być spokojnie rzemieślnikiem literackim. Chciałabym, żeby moje książki – tak jak mnie pomogły przetrwać złe chwile – pomogły znieść różne smuteczki życiowe moim Czytelniczkom. I Czytelnikom też; wiem o różnych Prawdziwych Mężczyznach w wieku od dziewiętnastu do siedemdziesięciu kilku lat, którzy Nudziarę przeczytali i teraz twierdzą, że z przyjemnością. To może jest tak, jak w tej piosence Młynarskiego o dwóch artystach, z których jeden jest tuz i koryfeusz, a drugi umie zrobić mrówkę. Ja umiem zrobić mrówkę. Czy moja mrówka nie okaże się zbyt mozolna? Grafomańska? Zobaczymy, jeżeli nie spróbuję, nie zobaczę.