Nostalgia powrotu

   Tomik chodzi za pomocą chodziku – taczek. Uwieczniłam ten moment na filmie, nie wiem, czy się go uda wgrać. Od blisko tygodnia i powrotu w zeszły czwartek miotają mną mieszane uczucia. Cofnęłam się w czasie, pogodowo chociażby. Tutaj nadal złota, ciepła jesień – jakby w podarku na powitanie. Pożegnania w Polsce były łzawe. Wykonałam program minimum, skoncentrowałam się na tych, którzy chcieli mnie zobaczyć. Kupiłam książki. Przyleciałam do domu z aniołami do domowego chóru. Planuję w przyszłości zrobić małą ich galerię i umieścić gdzieś w obrębie tej witryny. Spotkania z Wami dużo mi dały, wiem, że czytacie, miło, że podnoszę na duchu, taką miałam przecież intencję. Wiadomo, że nie opisuję wszystkiego, koncentruję się na tych lepszych, wartych zapamiętania chwilach. Nie jestem w stanie opisywać drobiazgowo wszystkiego. Zawsze możecie się włączać w komentarzach i pomagać uwieczniać nasze przyszłe wspomnienia. To będzie nasza wspólna przestrzeń. Wiem, że obawiacie się śmieszności, ja też. Ale chęć pisania jest silniejsza. Dzięki zapisywaniu mam świadomość, że życie z jego miłymi stronami nie ucieka bezpowrotnie. Anioły postawiłam sobie na oknie przy którym kataloguję – dziękuję Beatko i Aniu. Przypominają mi, że nie jestem po tej stronie sama. Życie wszędzie jest podobne, monotonne, wesołe i smutne. Moje torby jeszcze nie wszystkie rozpakowane. Piękny, wyszywany sercem obraz domu od Cioci Ani – oczekuje na ramy, doczeka się w sobotę. Biżuteria mnie cieszy i przypomina dzień w pogoni z Agusią, prezent Rodziców. Herbatę u Iwonki. Grzyby pachną balsamicznie i kłaniają się rodzinie grzybiarzy. Koral strzeże jak siostra jedyna i matka chrzestna. Mikołaj z drewna przypomina o bliskich świętach. Słodycze rozpuszczają smakiem marcepanu. Książki kuszą mądrością.

   Powrót mieliśmy udany. Dostaliśmy ekstra miejsce dla Tomaszka i przyjaźni Amerykanie zamienili się na miejsca z Rodzicami. Podróżowaliśmy więc po środku w sześcioro. Dookoła generalnie przyjazne twarze zagadujące do naszych chłopaków. Piękne widoki. Gdy obydwaj usnęli po mojej lewitacji przy karmieniu – przez blisko 2. godziny oddałam się generalnemu odpoczynkowi, nie wiedziałam, co mam ze sobą zrobić. Słuchałam więc radia i czytałam gazetę – niebywałe, a ile w tym radości! Odprawę przeszliśmy z rodzicami, urzędnik mnie napomniał, ale przyznał 6 miesięcy. Przewieźliśmy wszystko. Niechby się przyjęły te okruchy Bogorii. Już są wkopane. Dom opustoszały, wejście zasypane opadłymi liśćmi, zapachy, jak po przeprowadzce – i radość synków z zabawek. Wszystko takie wielkie i obce. Zrobiłam szybko obiad – zupę krupnikowo-grzybową i kotlety jeszcze MamEli z pomidorami, które czekały na krzakach. Kąpiel i spanie. Bez snów.

   W piątek pojechałam kolejką do pracy. Stamtąd z Monią, Jackiem i Magdą na wycieczkę służbową do Milwaukee. Dyskusje bardzo mi pomogły. Genialna pani organizator ustanowiła dla mnie most uczuciowy pomiędzy dwoma światami. Dostąpiłam przejścia.  Sobota także w pracy zakończyła się obiadem u nas z gościem z Polski. Niedziela nabrała własnego rytmu, msza na Trójcowie pozwoliła nam odnaleźć pion. Koniec roku jubileuszowego. Nowy proboszcz. I znów porównania. Poniedziałek w pracy pomógł uprzątnąć część nawisu. Była Weronia. Hala w nowym wydaniu, miła Krysia. Relacja części nowości.

   Kataloguję. Czuję w sobie spokój. Nareszcie odnalazłam płytkę, dzięki której przegrywam zdjęcia, była w komputerze – Hilarią jestem. Roześlę obiecane obrazki, powrócę do siebie, skończę pranie, rozplanuję konieczne sprawy, podejmę dzisiaj dzieciaki cukierkami, wszak Halloween, a jedną nogą i tak będę na Jędrusiów. Prawdziwy smak emigracji.

         

 

Ach, co to był za ślub!

   Pięknie nam wszystko wyszło. Po drodze mieliśmy kilka wpadek, ale ogólnie było pięknie. Dumna jestem z Mojej Siostry. Była wspaniała, dzielna i wzruszająca. Po powrocie do Chicago zamieszczę zdjęcia. Rodzina stanęła na wysokości zadania, kobitki napiekły wspaniałych ciast. Rozmieszczenie noclegowe udało się, Rodzice się zamęczyli, ale mają poczucie misji godnie spełnionej. Na zdjęciach są uśmiechnięci. 

   Ale po kolei. Mariusz doleciał szczęśliwie i po powitaniach pojechał do Broniny z Tuniem. Wrócił wieczorem w piątek z Mamą, poszedł z Beatką sprzątać kościół. My podejmowaliśmy gości z Suszca. Zadzwonił ks. Krzyś z Rzymu. Zamówione w kwiaciarni kwiaty opóźniły się o 3 godziny. Pojechałam je układać z Beatką, miejscem twórczym był gościnny dom cioci Ani i wujka Roberta. Zeszło nam do 10. Po drodze miałam obawy, czy kwiaty, nie do końca takie, jak zamawiane, spodobają się Ani.  Spodobały się. W nocy z trwogą przyglądaliśmy się deszczowi ze śniegiem. W sobotę od rana witała nas ufryzowana Mama. Boguś dostarczył obrączki, dmuchaliśmy rodzinnie balony. W powrotnej drodze podwiózł mnie do fryzjerki, u której spotkałam panią Genię i Magdę. Miało być gładko w kitkę, było w quasi kitkę, którą Mariusz określił mianem azteckiej. Już po weselu. Jedno jest pewne, sama nie poświęciłabym sobie tyle czasu. Po powrocie do domu odbyło się montowanie balonów z pomocą Mariusza. Wyszłam z domu tylko na 10 sek. Wróciłam na płacz Tomika, który dotknął żelazka. Rozpacz w kratkę, pogoń do apteki, próby ukojenia, wkładania małej łapki do lodu, strapienie wszystkich zebranych… Zadziałał Tylenol i blisko 40-letni aniołek z pozytywką, który przy próbie ratowania maleńkiego w cierpieniu – stracił skrzydło. Cel jednak był szczytny. Wróciła od fryzjera Panna Młoda, Tomik się uspokoił po blisko godzinie. Był czas najwyższy. Udałam się na chłodny taras ochłonąć i ułożyć przypinki Panom. Później przyszła kolej na makijaże. Fotograf zastał mnie w stroju roboczym, ale moje piękne: Mama i Siostra były gotowe. Błogosławieństwo było bardzo wzruszające. Wyjechali, a ja w pogoni nadrabiałam czas. Zapomniałam tylko butów na obcasie i rajstop, nie było tak źle. Malowałam się w drodze. W kościele byliśmy dwie po drugiej. Fanfary usłyszeliśmy z oddali. Ale udało nam się zasiąść w pierwszych ławkach. Tunio usnął u babci Zosi, a Tomaszek pogodnie uczestniczył we mszy. Dziadzio Miecio zabawiał go balonikiem. Kluczowe elementy udało mi się uwiecznić aparatkiem. Kamery nie zabrałam z samochodu. Wszystkich poruszyło głeboko mądre kazanie proboszcza. Popłakaliśmy się przy przejmującej przysiędze. Podobał mi się spontan Ani ze złożeniem bukietu druhny na ołtarzu u stóp MB Bogoryjskiej. Cały ten fragment obrzędu przypomniał mi własny ślub. Czułam radość z obecności. Młodzi promienieli. Po skończonej mszy udaliśmy się powolnym konwojem do Staszowa – prym wiódł biały „jag” nowożeńców. Po drodze jak zwykle wypisałam życzenia, dokonałam oglądu krytycznego wszystkich tobołków, domalowałam sobie oczy. Sala pozytywnie mnie zaskoczyła. Muzycy pięknie grali, ich Norah Jones brzmiała prawie tak samo. Po życzeniach przyszedł czas na kołduny w rosole, które rozgrzały zziębniętych. Gościom podobały się wypisane przeze mnie winietki. Tunio sam wyszedł na parkiet i pociągnął do tańca swoją księżnieczkę, czyli Matkę chrzestną. I mnie poprosił. W czasie obiadu zasłabł wujek Piotra, interweniowało pogotowie. Później, po tym drugim nieszczęściu do pary, nie wydarzyło się już nic smutnego. Młodzi tańczyli pięknie, byli promieniejący, Ania wyglądała zjawiskowo. Goście bawili się dobrze, moi chłopcy znosili gwar dzielnie, Tunio gonił za Olą, bawił się z dziećmi, zmieniał trzykrotnie przepocone ubranie, Tomik był uroczy. Nie udało mi się porozmawiać ze wszystkimi, poprzestałam na tych, którzy szukali ze mną kontaktu. Odnalazłam po latach mojego małego Piotrusia, który teraz jest bardzo wysoki, Magdę – drobinkę, kuzyki – piękne jak zjawiska, a zapamiętane z mojego wesela jako małe dziewczynki i wiele innych drogich mi osób. Potańczyłam, pośmiałam się, zrobiłam zdjęcia i filmik, starostowałam. Około 9. Mariusz odwiózł chłopców i Dziadziów do Bogorii. Przywiózł mi zmianę ubrania, gdyż wszystkie panie pozostawiły mnie w tyle. Bawiliśmy się do 4., co od 16. daje 12 godzin weseliska. Chłopski stół się udał, bimber był cud-malina. Potrawy pico-bello. Tort w formie dwóch łabędzi bardzo smacznymi bezami pokryty był. Zabawy świetne. Popisy śpiewacze takoż. Aż żal, że trzeba było kończyć. Do domu dotarliśmy nad ranem. Legliśmy bez życia. Następny dzień to wybory. My wybraliśmy pomoc w Rynku przy organizacji poprawin. Pożegnaliśmy bliskich Piotra, ułożyliśmy potrawy. Wpadła Magda się pożegnać. Po obiedzie chłopcy posnęli, Mariusz odwiózł Tunia z dziadziami do Broniny, a Tomik został ze mną. Ze snu zbudził się płaczliwy i płakał dobrą chwilę. Bolała łapka. Po uspokojeniu wpakowałam go do wózka i pojechałam do rynku. Kamienica przyciągała wzrok światłem bijącym od okien. Ta parapetówka-poprawiny były dobrym pomysłem. Posiedzieliśmy ze sobą chwilę… cdn

O jasny melon!

   Jak ten czas biegnie kurcgalopkiem! Kolejne dni potoczyły się pasmem radości ze spotkań. W trakcie dnia następnego wybrałam się do cioci Hani, która zabrała do siebie Tunia, sklepu, spotkałam koleżankę ze szkoły, Anetę i pogadałam nieco, w drodze powrotnej wstąpiliśmy do cioci Jasi. Tunio uwielbia mnogość cioć i wujków, a szczególnie babć i dziadziów. O 5. wybrałyśmy się z podwójnym wózkiem do kościoła na różaniec, Tunio przespał całe nabożeństwo, Tomik protestował i musiałam z nim wyjść. Słuchając modlitw dzieci, pieśni różańcowej, wróciłam w kraj dzieciństwa. Pod kościołem spotkałam wielu znajomych, oraz ciocię i Beatkę. Wieczorem odwiedzili nas: ciocia Aneczka, Beatka i Boguś, Andrzej i Krzyś, przybyli z prezentami, kwiatami, krupnikiem i czekoladkami. W kuchni zrobiło się od razu bardzo ciepło i serdecznie. Posiedzieliśmy, powspominaliśmy, śmialiśmy się głośno, stworzyliśmy komitet weselny. W sobotę rodzeństwo zabrało mnie na grzyby na Wolę Malkowską. Ubrałam się w zabawny zestaw pożyczonej garderoby ozdobiony mohairowym beretem. Udaliśmy się w las – przepiękny, kolorowy, pachnący. Przyjął nas gościnnie. Uzbieraliśmy cztery wiadra grzybów. Nigdy w życiu tak mi się nie powiodło. Co ciekawszym okazom robiłam zdjęcia, niestety nie mogę ich wgrać – muszą poczekać powrotu do Chicago. Pogadałam z Beatką, na długo zapamiętam ten poranek. Po powrocie okazało się, że wszystkie grzyby są dla nas! 109 prawdziwków i cała miednica opieniek.

Tutaj zakończyłam opis blisko tydzień temu. Komputer włącza się dobry kwadrans mrucząc i wybijając ze snu chłopaków. Wczoraj w nocy dopisałam dobre dwie strony relacji z całego tygodnia i zawiesił się, pozostawiając, pomimo zachowywania tę poprzednią relację. Nic to. Nadmienię w skrócie. Tomik drzemie, Tunio ogląda poranek, Ania gotuje, Mama rozmawia z Tatą przez telefon, pan Grześ maluje bogoryjski domek na kolor „jasny melon”. Przygotowania w trakcie. Już w tym tygodniu ślub. Byłam z odwiedzinami w Staszowie u Cioci Ani, Agnieszki, ładnie mieszkają po remoncie, mają piękny widok z okien, obejrzałam ich miejsca wirtualnych poszukiwań i pomyślałam, że tam siedzą po drugiej stronie okna czytając to wszystko. Ta myślę o komputerach w domach odwiedzanych osób. Często też w trakcie rozmowy telefonicznej lubię wyobrazić sobie, gdzie mój rozmówca przebywa. Koniecznie po powrocie muszę zainstalować kamerkę dla kontaktu z Dziadziami. Byłam także kilka dni w Broninie. Odnalazłam stare miejsca i nowe, spokój działki, radość z nowej budowy, stół w kuchni z widokiem na całe wyśpiewane przez Belona Ponidzie, smak tarniny, kalarepy, śliwek węgierek, pigwy, wszechobecnego miodu. Tunio bawił się w bartnika, jeździł z Dziadkiem Mieciem ukrainą, chodził na spacery do lasu, bawił się z siostrą Gabrysią, jadł gołąbki, wybrał się na wyprawę do Buska z Babcią Zosią, poznał Alę, Michała i ciocię Bogusię, Tomik przeszkolił się we włączaniu światełka w zamrażarce i zazgrzytał zębami, wyszły mu bowiem górne 4. Powrót do Bogorii przyniósł kolejne spotkania – wyprawy do kościoła, zabawy, odwiedziny u Ewy i Andrzeja w ich odremontowanym domu, pobyt w Rynku, gdzie przygotowania do noclegu rodziny Piotra, wypad do Ani i Andrzeja. Z Anią znam się od dzieciństwa. Pamiętam ją od dawna, gdy przyjeżdżała do Dziadków. Chodziłyśmy na długie spacery i rozmawiałyśmy. Dowiedziała się, że jestem i zaprosiła mnie do siebie. Ostatnio widziałyśmy się 9 lat temu. Nie zmieniła się, Andrzej też, wypięknieli w dojrzałości, tylko Piotr ma już blisko 10 lat (jest świetnym, kontaktowym młodym rozmówcą), Kingusia 5 (urocza osóbka z uśmiechem swojej Mamy), mają nowy, pięknie pomyślany i ze smakiem urządzany dom. Przez cały czas pobytu miałam wrażenie odwiedzin u kogoś z rodziny, z kim mam nieustanny kontakt. Ania zaprosiła także moją koleżankę z ławki w liceum – Magdę, siostrę Andrzeja – z całą rodziną. Ma świetnego męża, dwie urocze dziewczynki – Martynkę i Zosię. Czuje się spełnioną kobietą. Odnajdywałam w niej dawną nastolatkę z zadziwieniem rozpoznając gesty i słowa. Nie zmieniamy się wcale tak bardzo, jak nam się wydaje. Rozmowa płynęła wartko, chociaż chłopcy byli bardzo ruchliwi. Zdawało mi się, że mam kilka rąk. Lekarze i ludzie z branży medycznej po obydwu stronach oceanu mają pewne wspólne cechy. Po wyjściu obywateli Bielska pozostałam jeszcze na kolacji. Ania pomagała mi z Tomikiem, Tunio bawił się i nie wyrabiał na zakrętach w pogoni za Kinią, było bardzo miło i domowo. Czułam niedosyt, w przelocie spotkałam się z panią Krysią, mamą Ani, koleżanką mojej mamy, która zauważyła w chłopakach właśnie podobieństwo do niej. Andrzej odwiózł nas do domu, Tomik kwilił od Mostek, długo nie mogłam zasnąć z wrażeń. Głowę miałam pełną wspomnień i doznań wieczorowych. A poniedziałek przyniósł wyprawę do sali bankietowej Lord w Staszowie, ustalenia z panią Zosią, szefową kuchni i inne ustalenia. Dom wrze. Tunio ma gorączkę. Anię boli gardło, mnie także. Będziemy się grupowo ratować, oby w zgodzie. Jutro wylatuje do nas Mariusz. Pogodnych niebios.

Kocham ten dom

   Podróż okazała się męczącą, ale znośną. Byłyśmy dobrze zorganizowane, choć można kilka rzeczy poprawić. Stewardessy dzięki nadmienieniu nazwiska mojej dawnej wolontariuszki – Kasi – były bardzo pomocne. Odprawiły nas blisko wpół do piątej, nie musieliśmy czekać, były przyjazne, samolot większy, wygodniejszy i lepiej pomyślany niż te dotychczasowe. Rodzice z małymi dziećmi na tle innych podróżujących wyglądali jak repatrianci z niezliczonymi tobołkami. Dostałyśmy jedno miejsce ekstra. Podczas lotu poznaliśmy inne dwie mamy oraz Romka i Wiki. Monia Ś. (dzięki) uratowała nam życie przywożąc monitorek Coby. Wystarczył na 4. godziny kapryśnemu Tuniowi. Tomika karmiłam lewitując. Ludzie uśmiechali się do dzieci. Niektórzy. Tomka zaczepiali Rosjanie. Jeden nawet, taki ze złotymi łańcuchami i tatuażami oraz precyzyjnym manicurem starał się go wziąć na ręce. Był bardzo wytrwały i udało mu się na małą chwilkę. Mamy więc znajomego mafiosa. Okęcie powitało nas przebudową, zimnem, odnaleźliśmy 7. walizek dzięki profesjonalnej pomocy i wpadliśmy w objęcia Tatula. Krótki spacer – wózek na 2. gości – to świetne rozwiązanie – i spotkanie z zielonym VW – furgonetką sceniczną i kierowcą, imiennikiem szanownego małżonka. Ten z animuszem kierowcy pogotowia zawiózł nas bezpiecznie do domu. Królowała polska złota, przecudna jesień z tysiącem kolorów, jak przez 13. laty, kiedy to wyjeżdżałam z kraju. Nie chciałam spać, nie mogłam się napatrzeć.  Tunio gadał z Dziadziem podziwiając książeczki i niezliczone nowe pojazdy drogowe; Mama z kierowcą omawiała politykę lokalną i narodową, a ja chłonęłam obrazy obok śpiącego Tomika.

   W domu komitet powitalny w osobach cioci Hani oraz Pani Niuni, Elizy i Mateuszka Wójtowiczów. Dom – kolorowy, jasny, radosny z ogromną ilością sprzętów, które chociaż bardzo mi drogie – umykają za wodą. Widoki z okien wzbogacone o nowe domy, kolumny, kondygnacje. Żaden plan nie jest taki, jak dawniej, jak ten wypalony na karcie mojej pamięci. Ale jest pięknie.  Chłopaki zawarli przyjaźń przy nowej kolejce od Dziadziusia, a ja padłam na łóżko rodziców. Jestem w miejscu dla mnie bardzo ważnym, chłopcy od pierwszego momentu poczuli się u siebie.  Huśtali się na mojej huśtawce, jedli maliny, Tunio nie odstępował Dziadzia. Zapoznali się z Dziadziem Czesiem II i Józiem. Teraz śpią. Ja się wyciszam i uodparniam na alergeny niewinnej Milki płacząc i kichając. Jutro też jest dzień. Piszcie do mnie! Niech się nie czuję czytana, lecz samotna!

Kilka godzin do odlotu

   Zwyczajnie się obawiam. Śnią mi się różne warianty podróży. Obserwuję chłopaków i krok po kroku wchodzę w to nowe doświadczenie. Lidka po operacji – zaczyna wracać do Siebie. Jesteśmy z Tobą! Tato w naszym imieniu był na pogrzebie Pana Jacentego Wielgusa, już niedługo same uściskamy Panią Marynię. Odwiedziły nas wczoraj Agusia i Hala z prezentami – dziękujemy; Goni, która też dzisiaj wylatuje, także dziękujemy za prezent, wszystkim za wsparcie , a Moni i Violi – za to elektroniczno-telefoniczne. Dopinam ostatnie sprawy, ale mam pewną kieszeń spokoju – jeżeli czegoś nie zabiorę – dowiezie mi to Mariusz. Jak Tunio zniesie rozstanie z Tatą na lotnisku?

   Trzymajcie kciuki.