Przykrość

   Inaczej się tego nie da określić. Jest ranek, chłopaki w pogotowiu od godziny, Mariusz w pogoni do pracy, a przed nią przyszedł mi powiedzieć, że ukradli mi w samochodzie zapasowe koło. M. twierdzi, że na parkingu w Parku Milenijnym, gdyż nie mieli jak gdzie indziej. I to, co odczuwam, to właśnie przykrość. Trzy dni temu słyszałam w radiu, że są gangi kradnące tłumiki od sprinterów, wydatek rzędu 1000. Pomyślałam sobie: nie mam takiego samochodu, i dobrze. A tu już nie mam koła. Nawet tego nie zauważyłam, choć wczoraj pompowałam koła – to zapasowe było umieszczone pod spodem. No i mam wydatek. Ciekawe, jak wielki. I jeszcze jedno – czy zrobili to nasi? I ilu jeszcze rodaków podobnie ucierpiało?

Po koncercie z Klubem MUM

   Wspólne wypady do wspaniały wymysł. Podzieliłyśmy się na dwie grupy. Dojechały do nas pani Ala i Aga, Mariusz nadciągnął na czas i chętnie został w towarzystwie swoich potomków po mieczu. Pojechałyśmy razem ulicami, zamiast zakorkowaną autostradą, zwiedzając po drodze dzielnice. Druga kolumna czekała zajmując miejsca blisko sceny – Lidzia, Hala, Monia i Jacek. Dzięki nim czułyśmy się wybitnie VIPowo. Podczas koncertu roznosiła nas energia, tańczyłyśmy siedząc, poniósł nas nastrój chwili, miejsce, manifestacja Polaków. Prezydent był niejako pretekstem, abyśmy zebrali się w jednym miejscu, naszego przecież miasta i pokazali, że jest nas więcej niż zebranych 8000. Siedzieliśmy w doborowym towarzystwie. Za nami kabaret Bocian, państwo Kenarowie, przyjaciele orkiestry PASO, przed nami rodzina innego rzeźbiarza, który tego wieczoru został odznaczony. Przez scenę przeszła kronika polonijna, wśród widowni także można byłoby rozpisać polonijne Who is who. Ze śpiewających przypadł nam do gustu Piasek i Steczkowska, Pietrzak rozśmieszył nas stosując, jak sam to ujął „śmiechoterapię, która usuwa cholerasterol nagromadzony w trzewiach”. Przemówienie burmistrza niosło ze sobą podniosłą retorykę wiecową, to prezydenckie było ważne treściowo, ale takie jakieś kameralne. Daley wymówił czterokrotnie nazwisko naszego bezbłędnie, nasz się pomylił. Próbka na żywo tego, co wiemy z gazet. Największe brawa zebrała Nelly Rokita w różowym kostiumie i żółtawym kapeluszu. Muzycy w garniturkach lub grzecznych koszulkach z krawatami. Bywalcowanie naszego rodzimego Krzysztofa K. W myślach pozostanie mi radość ze wspólnego wypadu i poczucie, że to miasto jest także moje i mam prawo go używać. Gromadząc się i ciesząc w jego sercu. A klub jest nawiązaniem do najnowszej książki Moniki Szwai. Zapraszamy do wstępowiania w nasze szeregi!

   Wczoraj jeszcze spotkałam przypadkowo profesora Kujawińskiego. Tak się cieszę, że już lepiej się czuje, że walczy. Dzisiaj natomiast odwiedzieliśmy we czworo Panią Anię, jeszcze bladą po szpitalu, ale powracającą do siebie. Od jej córki Danusi otrzymałam zabawki i sprzęty dla dzieci. Dziękuję.

   Materiały na bukiet ślubny Anusi już mam, teraz pozostaje nam zakupić kwiaty nawiązujące do polnych, odnaleźć piękne grona jarzębiny i … układać.

Afirmacja akceptacji

   Zapomniałam dodać, że od kilkunastu tygodni chodzi mi po głowie lęk przed przyjęciem mnie w Polsce przez ludzi, którzy pamiętają mnie sprzed macierzyństwa. Pragnienie akceptacji mnie taką, jaką się stałam, zdaje się być równe radości towarzyszącej wyjazdowi – powrotowi w swoje miejsca. Rozmawiam o tym ciągle. Dzisiaj z Monią też. Właśnie mi coś przesłała. Obejrzałam prezentację dziesiątek kobiet zlewających się w prawdę ich oczu, w których jest tyle życia. Towarzyszył temu cytat: Get a life in which you are not alone. Find people you love, and who love you. And remember that love is not leisure, it is work.  – Anna Quindlen, a twórca tej prezentacji dopisał także przesłanie wiary: You are loved. All is well. Zobaczcie koniecznie: http://miraulam.multiply.com/video/item/38 . Dzięki Moniu! 

Polska czeka, pozostało już tylko 9 dni do wylotu

   Tomik ma dwa zęby – lub ich przedśpiew – same tarki, śpiewa w nocy i wstaje punkt szósta. Padam na twarz. Ale choć uczestniczymy w budzeniu się dnia i naszego domu. Dni płyną i już niebawem będziemy w Bogorii. W piątek byliśmy dzięki pani Betty w Morton Arboretum, gdzie ujrzeliśmy wstęp do jesieni. Ogrzani dniem, spacerem i wspaniałym posiłkiem zachowamy na długie, jesienne szarugi. Dziękujemy. Odwiedziliśmy Jacków w sobotę – na pożegnanie lata. Dzwoniłyśmy wczoraj do Bogdana na imieniny. Pogadałyśmy i z Beatką. Jak cieszę się bardzo na nasze spotkanie! Zakupy prezentowe i inne częściowo dokonane. Wydatki idą w tysiące. Dopiero tym razem zdaję sobie sprawę jak bardzo kosztowne są takie wyjazdy. Ale tym razem cel jest absolutnie najważniejszy. Podzielenie chwili. Rodzinnej celebry.

   Dzisiaj praca, ale uspokojona, z Monią jako kompanem. Fajnie było, choć nawał i wolontariuszek, i badaczy, i odwiedzających. Intensywna korespondencja z Polską dotycząca naszych rzadkich, ale mocno zakwaszonych książek. Odpowiedź na moje prośby. Usilne. Sens ostatnich przepychanek. Czeka mnie jeszcze tyle pracy przed wyjazdem, muszę podziękować za dotacje jubileuszowe, ustawić wizytę znawcy z Polski, uprzątnąć umysł biblioteczny. Oprócz tego dzwoniła zdesperowana czytelniczka, która ma jedynie 8 godzin wolnego w miesiącu, a chce bardzo czytać i wypożyczać u nas książki. Z pomocą jakiejś dobrej duszy jej pomożemy. Jutro dom i wieczorem koncert w Millenium Park serwowany przez Prezydenta RP. Tak na podsumowanie naszego obcowania z Mamunią, na deser, na późniejsze wspominanie. Niechby niebo nie płakało, a jakby nawet – to będzie w pogotowiu Umbrella, Ella, Ella, E, E.

Enciunołet

   Tunio uczy się angielskiego, podłapuje od Babci słowa i je powtarza. Ostatnio śmialiśmy się bardzo. Tunio cieszył się, że zakupiona u sąsiadów na wyprzedaży garażowej zabawka przemówiła podkarmiona bateriami. Tatusiu, ona gra Enciunołet! Długo nam zeszło zanim zrozumieliśmy o co chodziło wykonawcy piosenki. Mnie olśniło – If you are happy and you know it – clap your hands. Nauka BabEli nie poszła w las, a ile było i nadal jest z tego radości. Tunio pociechą jest i basta.

   Po zmęczeniu jubileuszem i poczuciu dobrze spełnionego obowiązku, oglądaniu szefa we wszystkich możliwych programach, po wypadzie przyjacielskim na bluesa… Ale właśnie. Wstępnie umawialiśmy się w piątek. Na odreagowanie. Mama przystała na propozycję i została w domu z czwórką dzieci. A my, jak dzieci – udaliśmy się do Buddy Guy’s Legend. Na miejscu udało nam się zająć miejsca dla gości specjalnych, za łańcuszkiem. Widzieliśmy całą salę z lotu ptaka. Koncerty były trzy. Bardzo typowy czarnoskóry muzyk z gitarą. Czarnoskóry Elvis z grupą białoskórych panów w garniturach niedzielnych. Z ich składu podbił mnie łysy basista z charakterystycznym ruchem kolankiem. Naszej radości nie było końca, dla ukoronowania wieczoru zrobiłam sobie z nim zdjęcie.   Główny koncert dało 5. muzyków bawiących się bluesem z właściwą flegmą. Drugi koncert niósł energię i reakcję widowni, trzeci szacunek dla wyszkolenia. Pojedliśmy specjałów kuchni luizjańskiej: była osmażana okra i jimbalaya. Później radosne rozmowy na parkingu. Jazda na 2 samochody po Michigan, robienie sobie zdjęć. Oderwanie się kompletne. Poczułam się, jakbym znów studiowała. Zarwałam noc, ale było warto! Położyłam się około 3, a po 6. wstała Oliwka, później Tomik, Tunio i Gaba. Zjedliśmy wspólnie śniadanie. Później odwiedziliśmy Nosków, z którymi umawialiśmy się od dawna. Trzy pary rodziców, czterech chłopców świetnie się ze sobą bawiących. Rozmowy o książkach i życiu. Znam Anitę i Krzysia właśnie z biblioteki. Ton nadawała przepyszna mimosa. Prawdziwe leniwe niedzielne posiady. Poniedziałek w pracy zleciał na przygotowaniach szefa do wyjazdu. Wróciłam do katalogowania. Koi mnie. Wczoraj byliśmy u Agi. Tym razem pięcioro dzieci w świetnej współpracy. Monia Ś. – jako dzielna Mamusia mówiła o powrocie do Polski. My o wyjazdach, które już na dniach. Nasza wspólna partia Mam. Dzisiaj cieszyłam się dniem – jakby pożegnaniem lata. Związałam w pęczki zioła, swoim starym zwyczajem będę je wyjmować zimą z zamrażarki i utrwalać zachwyt domowym rosołem. Ręce pachniały nam lubczykiem, macierzanką i bazylią. Starania lata zamknięte w bouquet garni. Dzisiaj dowiedziałam się, że Monia N. do nas dołącza na cały etat. Bardzo słusznie! Gratuluję!

Prawie jubileusz – i po nim

   Kilka dni temu – czyli 10. Tomik został dziesięciomiesięcznikiem, kojarzyła nam się ta okoliczność z Himalajami. Mały sobie nieźle poczyna, wstaje z upodobaniem, rapoli się po schodach z mozołem. Tunio go pilnuje i pomaga mu, zagaduje, parodiuje nas i śmieją się obaj. Następnego dnia obchodziliśmy rocznicę wydarzeń z 11. też we wtorek. Każdemu przegrał się znów prywatny film przestrachu. A wczoraj Tunio zapytał mnie, co oznacza ból i żal – wyciąga cytaty z piosenek, dopytuje się sensu oraz chce znać tłumaczenia niektórych słów na angielski, rozumuje z bezlitosna logiką. Mamunia w rozdarciu między światami – dopina na odległość sprawy ślubne w Polsce.

   A ja… już jest 15. Odbyło się wszystko z zegarkową precyzją, pilnowałam jak pies, czyli kot. Włosy z rana spięła mi Sylwia, więc czułam się zewnętrznie przygotowana, a wnętrza nie było widać. W porównaniu z jubileuszem bibliotecznym – czułam niejaką powtórkę z rozrywki, ale dzięki temu nie byłam zdenerwowana. Panel ciekawy, uroczystość także – z ciszą i namaszczeniem. Dziękuję wszystkim, także tym, których widziałam tylko z oddali i nie miałam szansy nawet podejść. Przepraszam. Kulminacyjnym punktem wieczoru było dla mnie przedstawianie Pani Sabiny. Powiedziałam po polsku od serca i poruszyło to mną. Dostałam odznakę honorową nr 1709. Mile mi gratulowano. W domu oczekiwała Agusia z dziećmi. Tyle życzliwości!

Zmęczenie redaktora

   Po kilkunastu czytaniach tekstu jubileuszowego słowa zaczynają tracić sens, pulsować i znikać. A tu termin napięty, kolejne poprawki, niedopowiedziane słowa i niedoprecyzowane sprawy. Przyglądam się kobietom z CHM, które nad dokumentacją wystawy pracują bez pośpiechu rok. Kiedy nam to będzie dane? W przyszłym tygodniu przyjedzie ktoś z ministerstwa, trzeba będzie przygotować panel dyskusyjny, zaprosić ludzi. A ja zmęczona spać nie mogę. Kolejne panie z BN wyjeżdżają. Zaprosiłam je i Monię jutro na obiad, może spokojnie porozmawiamy. Babusia dzielnie znosi trudy dnia, Tomik wstaje sam, czepia się sprzętów i dopomina się głośno pomocy w chodzeniu. W nocy jest czujny i budzi się wiele razy. Tunio wędruje do Babci – ma wygodniej. Każdy dzień przynosi nowe sprawy. Lato ucieka przez palce. W Polsce ziąb, u nas deser upałów wrześniowych. Winogrona pachną odurzająco. Pora boujelais nouveaux.

Minął tydzień, minie tydzień

   Tatul dojechał szczęśliwie. Odnalazł dom, który oswaja po długiej nieobecności. My odwiedzamy Świerkowo, Wierzbowo i Leszczynowo, rozmawiamy z Nim przez telefon, ustalamy kolejne sprawy związane z wyjazdem i ślubem. Ja stawiam czoła, z moimi Dziewczynami z pracy, jubileuszowi Muzeum. Właśnie oddałam zrąb programu do oceny. Ale po kolei.

   W zeszłą środę – posiedzieliśmy na lotnisku we troje i porozmawialiśmy od serca. Te rozmowy przed wylotem mają swoją własną wartość, zapadają w serca. Do domu wróciłyśmy we dwie, upłakane. Wiadomość o szczęśliwym dolocie uspokoiła mnie i wyruszyłam do pracy, a Mamunia miała przed sobą dzień próby. Z dwoma towarzyszami. Egzamin zdała śpiewająco. Czwartek był przedostatnim dniem pierwszej pary naszych ekspertek muzycznych z BN. Jola i Mariola pożegnały się przejęte niezmierzonym zasobem naszych piwnic i schowków, pokazały swoją pracę. Nasz pożegnalny pizzowy posiłek minął radośnie. We czwartek była u mnie Krystynka, zobaczyła z bliska nasz kociołek. W piątek, za zgodą Mamy wybraliśmy się na wernisaż do Kenara. Mieliśmy ochotę zabrać ze sobą Renię i Tomasza, niestety zrezygnowali zmęczeni całodziennym zwiedzaniem. W galerii spotkaliśmy wszystkie cztery Panie z BN, oraz panią Krysię. Było kilku znajomych, rozmawialiśmy z Bodziem i Ewą. Wyobrażeniowa spódnica powiewała, muzyka brzmiała. Wrażenia niezapomniane. I reakcje uczestników także. Pożegnałam jeszcze raz miłe dziewczyny. Zapamiętam przede wszystkim rozmowy przyjazne i opowieść Ewy o pudełeczku. Oraz jej próby pomocy. Dziękuję Ewula. W sobotę pojechaliśmy z Agą i dziewczynkami do Muzeum Kolejnictwa. Przejechaliśmy się pociągiem i trolejbusem, zwiedziliśmy hale z wagonami, wycieczka nam bardzo poprawiła humory, wprawiła w nastrój długiego weekendu. Wieczorem mieliśmy gości. Nareszcie odwiedzili nas nasi florydczycy. Piękni wszyscy czworo. Ubrani bardzo starannie i niecodziennie. Przez wieczór obejrzeliśmy 18 dysków ze zdjęciami i obejrzeliśmy ich spojrzenie na Kambodżę, Wietnam i Nepal. Pamiętam zdjęcia z lokalnymi ludźmi, klimaty drzewne i Muzeum Zbrodni Amerykańskich w Wietnamie. Jedno ze zdjęć prześladuje mnie od tylu dni. W niedzielę wybraliśmy się pożaglować z Konikami. Mamunia okazała się wilczycą jeziorną, Tunio zawarł z nią pakt o oddaniu i wasalstwie – wtulony był weń przez cały czas. Piękna pogoda, kołysanie. Mariusz i Tomik czekali w porcie, podmieniliśmy się – razem z chłopakami i Babcią zrobiliśmy sobie piknik na brzegu obserwując jak odpływają. Upajaliśmy się widokami, aż przegoniły nas osy. Dotarliśmy do domu w sam raz, aby zrobić zakupy, pójść do kościoła i pojechać do Goni i Andrzeja po odbiór umęczonego żeglarza. Zjedliśmy pyszną kolację u gospodarzy. Poniedziałek przyniósł nam wyprawę na południe do Wasylków po śliwki, które kupili nam w sobotę, przyjęli nas jak zwykle ciepło. Każdy z chłopaków miał swoją nianię, Tomik – Karolkę, a Tunio – Wikulę. Wokół ogród: pszczoły, motyle, ważki, karasie, kolibry, oczko szemrzące, kapusta pływająca, koguty kuchenne, ale przede wszystkim kochana Bożenka. Do wypełnienia weekendu pozostało nam leniwe popołudnie. Mamunia ropoczęła smażenie śliwek, które trwa do dzisiaj, odwiedziła nas Pani Alutka, pośmialiśmy się trochę. Program obchodów tworzyłam do prawie 3. w nocy. Wstałam padnięta, Mama jeszcze dała mi godzinę. Przyjechała Ala z przesyłką jubileuszową. I praca, a tam prawdziwe zakręcenie i bieganie za szefem. Aż do bólu głowy. Dzisiaj cały dzień tworzenia. Jutro praca przy składaniu, a tu jeszcze wiele telefonów, emalii, ponagleń, ustaleń i… wyjeżdżają kolejne dwie panie. Młynek. Za tydzień jubileusz. Czy dopniemy?