Ostatni dzień przed odlotem Tatula

   Trudno się skupić w takim dniu, przez mózg przelatuje tysiące skojarzeń, rachunków sumienia, na wszystko już jest za późno, jeszcze można się „nabyć” razem, i czeka się tak, myśląc dwutorowo, czując łzy pod powiekami. Dlaczego musimy żyć tak daleko od siebie będąc sobie tak bliskimi? Dlaczego nie możemy wykonać jakiejś potężnej wolty i spiąć te dwa światy ze sobą? Wszystko, co tak naprawdę mamy to wspólny czas. 

   Tatul w swoim charakterystycznym niezwykłym zrywie pracowitości zreperował, popodpierał wszystkie nasze kulejące sprzęty, jest w tylu rzeczach, nawet w małym rzepowym zapięciu do albumu ze zdjęciami. Już dzisiaj jestem nie do życia, choć zadzwonił Tomikowi ząbek, snuje się za mną nastrój kolejnego pożegnania. Pocieszeniem jest tylko to, że Tatulowy pobyt w naszym domu okraszony zostanie deserem naszej podróży do Polski. Mamunia przeżywa jeszcze bardziej. Zostaje z nami. Poświęcają się dla nas. Doceniamy to, choć może nie jest to bardzo ewidentne.

   Chciałabym jutro powtórzyć zdjęcie na otwartej przestrzeni parku, tym razem z dwoma wnukami. Chciałabym wspólnie przepisać rozdział z Mateusza dla Trójcowa. Spokojnie pojechać na lotnisko. A tak naprawdę, to wcale nie chciałabym musieć tam jechać.   

Festiwal przyjaźni i nawałnica

   Ostatnie dni były bardzo wypełnione, spełnialiśmy swoje marzenia, odwiedzaliśmy miejsca, które dawno chcieliśmy odwiedzić, gościliśmy ludzi, z którymi od dawna chcieliśmy spokojnie porozmawiać, a to jeszcze nie koniec…

   We środę rano wykupiłam bilety lotnicze do Polski, szarmanccy panowie z Polameru pomagali, przyznano mi zniżkę. Całość załatwień bardzo się przeciągnęła. Spóźniliśmy się na spotkanie z Jerzym Kenarem, ale nie miał nam tego za złe. Sympatycznie rozmawiając zwiedziliśmy galerię, pracownię i dach. Tato zadawał ciekawe, dogłębne pytania, artysta odpowiadał, a chłopcy czuli się wspaniale, obcowali z rzeźbami i zaczepiali psa Rysia. Zrobiliśmy bardzo dużo zdjęć. Każdy pobyt w tym drewnianym, pełnym talentu miejscu wzbudza we mnie podziw. Tyle w Jerzym Kenarze pasji i skromności, o swojej pracy opowiada bez zadęcia, a z prawdą i pokorą. Motywuje. Już niedługo nowa wystawa – instalacja folklorystyczna w kolorycie, świat spod krajki zatopiony w muzyce, wenisaż odbędzie się 31 sierpnia, przygotowania trwają – płótna kolorowe wszędzie schną, podłoga zarumieniła się od farb. Bardzo szczególna wizyta, mądra rozmowa, na długo pozostanie w pamięci. Dziękujemy! W ogromnym upale pojechaliśmy nareszcie do Chicago History Museum. Od kilkunastu miesięcy jestem tam częścią ekspozycji i dopiero teraz miałam okazję zobaczyć wystawę. Piękne miejsce. Wielki nakład finansowy, ciekawe elementy wystawy. Chłopakom najbardziej podobała się oczywiście lokomotywa i tramwaj. Mamuna biła mi brawo. Rumieniłam się w ciemnościach. Frajdę sprawiła mi strażniczka, która poznała mnie z ekranu. Chwilka sławy. Widziałam fachowców przy pracy – odkurzaniu eksponatów. W domu kolacja z panią Alą. Chłopaki się wybudzili, a ja do późna katalogowałam. W nocy wstawałam do ząbkującego Tomika.

   We czwartek praca – po drodze zabrałam doń księdza Krzysia. Po drodze Pani Helenka najmilsza złożyła mi propozycję sponsorowania podróży do Bostonu. Anioł ekonomiczny. Krzyś pobył z nami w muzeum, a później pojechali z Weronią z misją po okolicznych parafiach. Wrócili w największym deszczu, prawie zupełnie przemoczeni. Nawałnica powoli minęła, znalazł się suchy sweter i koszulka. Dowiedzieliśmy się od Goni, że na domu wylądowało im drzewo. Pojechaliśmy do domów po drodze obserwując jak Amerykanie sobie radzą z klęską żywiołową. Wszędzie leżały gałęzie, nie działały światła uliczne. Wieczorni nasi goście – wujostwo Ewa i Sylwek z Krysią przyjechali punktualnie, ale czekali pół godziny w samochodzie, gdyż nie byli w stanie przedrzeć się przez ścianę deszczu. Ale stawili się jak Zawiszacy. Rozmowy przeplecione śmiechami, dowcipami i wspominkami zupełnie odciągnęły naszą uwagę od nawałnicy zaokiennej, która złagodniała. To był bardzo miły wspólny wieczór. Odkryłam nową bratnią duszę z rodziny. Mała dziewczynka, którą znałam i uczyłam jako stażystka – objawiła mi się jako przemiła młoda przyszła lekarka. Halina wpadła po książkę i pożegnała się przed lotem do Polski. Nowe zabawki świetnie zajęły synków. Sam miód. Dzisiaj zadzwonił zatroskany szef z zapytaniem – jak się mamy. Od rana planowaliśmy nowe spotkanie. Nareszcie odwiedzili nas Lempowie, z którymi umawiałam się ponad rok. Angielska rozmowa miała działanie terapeutyczne. Maryellen z całym swoim doświadczeniem wspaniale słucha, zadaje trafne pytania. Werbalizowanie przemyśleń w obcym języku zmusza do selekcji zbędnych słów. Niektóre rzeczy uderzyły we mnie ze zdwojoną mocą – i czułam się poruszona. Z Suzy rozumiemy się bez słów. Szkoda mi jej. Cierpi.

   A teraz przygotowania do jutrzejszej śpiewogry ogniskowo-basenowej, być może do winogronobrania. Gotujemy wspólnie galaretę. Nasze życie zatacza kolejny krąg. Jest dobrze.

Podwójne urodziny

   Dzisiaj i jutro, obydwie Mamy – moja i Mariuszowa obchodzą Swoje urodziny. Różni Je kalendarzowo jedynie dzień.

   Wszyscy składamy Mamie Eli i Mamie Zosi – gorące, urodzinowe życzenia: kwitnienia w Swoim pięknie, uspokojenia, docenienia przez wszystkich bliskich i znajomych, optymizmu, pogody ducha, zdrowia, cierpliwości i niemęczących podróży przez Atlantyk.  

   Kłaniamy się Wam drogie Mamy – czapkami do ziemi, po polsku!

   Wszystko, co w nas najlepsze Wam zawdzięczamy – a i dobre cechy we wnukach również pochodzą od Was.

   Dziękujemy – Czesiek, Małgosia, Mariusz, Tunio i Tomik

Wszystko, co tak naprawdę posiadamy to wspólny czas

   Jako podsumowanie tego burzliwego weekendu dotarło do mnie przesłanie tańca Mii z SYTYCD. Obejrzałam go po raz trzeci, tym razem jako część finału oglądanego w trzech częściach. Tańczyli go Neil z Lacey, on był ojcem, ona córką – i na koniec wyśpiewano mi motto: all we have is time. W codziennej pogoni, odhaczaniu kolejnych naglących załatwień, w obcowaniu z nastrojami otoczenia, które zwykłam odbierać jak sejsmograf, w walce z moimi ostatnimi napadami humorów, w zrezygnowaniu spowodowanym zmęczeniem; w tym napiętym życiu – w którym muszę przyjmować rolę poganiacza – muszę znaleźć czas. Na obcowanie z Rodziną. Tato zaraz wyjedzie. Czeka mnie już jutro pogodzenie dwu światów – zamówienie 7. biletów lotniczych, aby być na ślubie i weselu A i P. Cały ten weekend był zadziwiający – w deszczu. Wczoraj pojechaliśmy do Long Grove – do Państwa S. na spotkanie z Bogorianami. Był wujaszek, państwo G. – seniorzy, Robert z rodziną, Daria z rodziną, pani C. – matka moich dwu koleżanek – bliźniaczek ze szkoły, był gość wieczoru, czyli Krzyś, ksiądz Krzyś i pani Krysia. Miło się powitaliśmy, jak z kuzynami, udało nam się podjechać pod piękny dom w tym samym czasie. Dom przyjął nas i wprawił w zadziwienie – przestrzenią, bogactwem, nowością. Zapamiętam przepiękny widok na pola golfowe z prym wiodącą poetyczną rajską jabłonią obsypaną rumieniejącymi owocami i kroplami deszczu. Rozmowom nie było końca. Dzielna Giselka otoczona została wianuszkiem 7. chłopców. Nowe ciocie chętnie pomagały mi przy Tomiku. Takie małe dzieci mają w sobie zadziwiający magnes. Ludzie lubiący dzieci zawsze do nich lgną. Daria objawiła mi się jako młoda mama. A pamiętam ją, jako małą dziewczynkę z ganku obok, gdzie bawiły się z Lenką za firankami. Pogwarzyliśmy z ochotą i poczułam się jak w Bogorii. Robert, którego pamiętam jako lektora – objawił się statecznym ojcem trzech synów. Na odchodnym obejrzeliśmy w internecie zdjęcie, które kiedyś zamieściłam – odnaleźliśmy w nim dawnych siebie. Mamy także zdjęcie grupowe na pamiątkę jedynego takiego spotkania. Podróż w obydwie strony miała charakter wycieczki krajoznawczej w piękne tereny. Chłopcy spisali się świetnie.

   A dzisiaj, pomimo deszczu, pojechaliśmy do kościoła, do Jezuitów, w którym spotkaliśmy ciocię Bożenkę z Krystynką (jak wypiękniała!). A później Mariusz okazał się po raz kolejny świetnym metereologiem – wypatrzył dwugodzinną przerwę w ulewie, którą wykorzystaliśmy z Tatą i Mariuszem na podróż do Waukandy. Tam poznaliśmy i zrozumieliśmy tajemnicę Koników. Dlatego nie widzieliśmy ich już bliko dwa miesiące! Mają bowiem żaglówkę. I dzisiaj cofnęłam się w czasie o 15 lat. Znów byłam na Mazurach. Jezioro było tylko do naszej dyspozycji. Cały ten ogrom wody wielkiej i czystej. Kołysanie mnie ukoiło. Jeszcze nawarstwiło się to z właśnie przeczytaną lekturą, nową książką Szwai – o klimatach także nadmorsko-żeglarskich. Wróciłam do domu pogodzona, ukołysana, a jeszcze przy usypianiu Tomika wspomniana na początku scena przypomniała mi o najważniejszym. Postaram się nie spędzać czasu, jedynie go smakować.

Przykre rozmowy i spokój wody

   Czwartek wstrząsnął. Zawrzało na spotkaniu jubileuszowym. Każde zostało samo ze swoim problemem, a jeszcze nasz nabuchodonozor wyładował swoją chorą agresję na Moni. Przez lata już nauczyliśmy się obchodzić problem, nie protestować przeciwko swoistej cyklofrenii i polkofobii, podniesieniom głosu, manifestacyjnym oddaleniom, symbolicznym nieobecnościom i zadowalać się owocami działki ojca. Nie trzeba było o tym głośno mówić i nikt się nie wstawiał, nikt tego problemu nie rozwiązywał. To narósł. Monia zaprotestowała skargą. Ma rację. Ja jakimś cudem uniknęłam przyjemności uczestniczenia w tej denerwującej kłótni. Za to rozpłakałam się podczas rozmowy z moją główną wolontariuszką. Odchodzi na czas jakiś, gdyż wiele spraw jej się nie podoba. A i mnie już kończyła się cierpliwość. Cóż jest we mnie, że tyle osób koniecznie się chce mną opiekować i z nadmiaru chęci utrudnia mi życie? Trzebaby zanucić za Młynarskim: ta balladka jest dla tych, co się za pewnie poczuli… I mnie potrzeba jest dystansu. Zrobię swoją działkę jubileuszu najlepiej jak potrafię. I już.

   W domu wyciszył mnie Mariusz – kąpał się w basenie, po znojnym dniu i po dodatkowym wykoszeniu trawników z zachwyconymi synami. I już nabrałam dystansu. Usnęłam w ubraniu. Dzisiaj udałam się w podróż z panią Mayes i Dziennikami pasjonatki. Poczytuję podczas karmienia – jestem w Hiszpanii. Gościliśmy Agę i dziewczynki, malowaliśmy deski na kolorowo, kąpaliśmy się. Na obiad ugotowałam krem z brokułów wg. Pszoniaka, risotto, bób i karczochy wg. przepisu z książki kucharskiej od pana Josepha, uroczego Szkota, który przeżył szmat czasu na Hawajach (tam napisał książkę), podróżował do wielu krajów, nauczył się katalońskiego, a teraz powolutku uczy się polskiego. Nazywa mnie swoją hetmaną, Halkę sinorą folkloricą, a kocha się w Karolce. Przychodzi w czwartki jako wolontariusz, ale raczej towarzysko i wymieniamy się pięknymi głosami czarownych pań na kompaktach. Znajduje się na mojej liście ludzi do opisania.

Jutro przed nami mam nadzieję piękna i spokojna sobota.

Cieszę się na ślub Ani i Piotra – na nasz październikowy wyjazd do Polski, rozmyślania dodają moim poczynaniom drugiego tła.

Prywatna dżungla i rocznice

   W domu – katarowo, na zewnątrz parno po deszczu i ogromnym upale. Świerszcze grają kojąco, siedzenie pod ciemną pergolą z prześwitami nieba rozmarza. A mogłam przycupnąć jedynie na moment. Bo z zakupami, chłopcy do mycia i spania, kolacja, karmienie. Mamuna dzisiaj przetworzyła całe mnóstwo winogron na balsamiczny kompot. Lato w słoikach. Szopy pracze obejdą się smakiem. Urządziłam dzisiaj na kolację namiastkę wyspiarskiej uczty – zielone figi, białe wino, carambola o przekroju gwiazdki, ser. Produkty bez plaży i oceanu, przy naszym zwykłym stole, nie zniewalają smakami. Na jutro zostawiłam karczochy i bób. Kolejna wyprawa w smaki. Choć tyle egzotyki dla Rodziców w monotonii opieki nad ruchliwymi chłopcami.

   Dzisiaj Rodzice z Buska obchodzili rocznicę ślubu. Wczoraj B&B.; Jeszcze raz wszystkiego dobrego! Czeka mnie jutro w muzeum dzień pełen wyzwań i pośpiechu. Kolejne zebraniowe zaostrzenie czwartkowe. Dwie delegacje. Rozsenniam się. Dobranoc.

Agata na Agatytowej

  Była z nami od środy do dzisiaj, właśnie poleciała. Bardzo inteligentna, spokojna, pilna obserwatorka. Wtopiła się w nasz dom bezszelestnie. W środę objechaliśmy Oak Park i posiedzieliśmy przy ognisku, we czwartek zabrałam ją do pracy, po drodze po raz ostatni w pełnym wymiarze zawiozłam Tunia do przedszkola. Agata zwiedziła cały nasz budynek, poznała ludzi, poszłyśmy na Trójcowo i ksiądz Antoni bardzo ciekawie nas oprowadził. Popołudniem zawiozłam ją do miasta, gdzie Dorotka wpuściła ją do Art Institute. Zwiedziła sobie część śródmieścia i przyjechała wieczorem kolejką. Piątek – to cały dzień zwiedzania. Wybrała się nań z mapami i przewodnikami. Wieczorem Manio przyjechał z pracy znojnej i zajął się chłopakami, a ja z rodzicami wybrałam się na Galę zespołów ludowych do Arie Theater nad jeziorem. Trafiliśmy na straszne korki, na miejscu nie mogłam odnaleźć Agaty i wydzwaniałyśmy do siebie komórkami przez Polskę. Spóźniliśmy się, ale zdążyliśmy obejrzeć obydwa bardzo dobre występy Lajkonika – na ogromnej scenie, która przytłaczała mniejsze zespoły – była zbyt pusta. Gdy już udało nam się odnaleźć na przerwie – i po spotkaniu z silną grupą muzealną na czele z Moniką – druga część przebiegła radośniej. A jeszcze w przerwie konsul poinformował mnie o przygotowaniach do naszego jubileuszu, więc miałam myślenice dwutorowe. Finał koncertu był przepiękny, ze 200. tancerzy wirujących w kole. Przechodziły ciarki z wrażenia. Hala prezentowała się pięknie. Darłyśmy się jak szalone, ale nas nie słyszała. W drodze powrotnej nagraliśmy jej gratulacje. A wieczorem do późna posiady, dzisiaj wczesna pobudka, zwiedzanie Park Ridge, pobyt w świetnej bibliotece, w której Tunio spotkał Thomasowego znajomego, lody w Oberweis – i lotnisko. Krótkie pożegnanie.

   Życzymy pomyślnych wiatrów Agatko i szczęścia w Nowym Jorku!

Szary strach i wieczór autorski

   Kiedy dziecko choruje – wszystko zmienia się jak w kalejdoskopie. Wczoraj było dobrze, wszyscy się śmiali – a za chwilę wymioty, Tomik leci przez ręce, buziunia mu szarzeje, robi się śpiący. Momentalnie zadzwoniłam do pani dr Joli – poradziła. I tak czuwałyśmy całą noc przy Tomusiu, Mama i ja. Tato i Dziadzio w odwodzie – Tato z Tuniem kaszlącym coraz mniej, Dziadzio wertujący poradniki. Ile modlitw, myśli i obaw. A dzisiaj Tomik znów od rana był zdrowy, wypoczęty, uśmiechnięty i śmiejący się. Cud prawdziwy. Dzisiaj Dziadziuś kontynuował prace przy uszlachetnianiu kulejących rzeczy – zreperował kolejkę Tunia i ma teraz komin z cząstki ołówka. Podkleił klekotkę bogoryjską, a ławkę, której kres zawisł na horyzoncie podrasował tak, że możnaby ją wstawić do salonu! Skąd Tatul w Sobie bierze tę chęć naprawiania – tę fascynującą i wzruszającą cechę? Mamunia po wspieraniu mnie w nocy dała mi pospać rano, przygotowała genialną owsiankę, a później porobiła wiele remanentów i… upiekła z Tuniem ciastka przez maszynkę. Cały czas obserwowaliśmy Tomika, czy nie powraca mu przypadłość wczorajsza. Ale zachowywał się, jakby nigdy nic.

   Na dzisiaj od dawna mieliśmy zaplanowany wieczorny wypad do muzeum na promocję książki, w której zamieszczona jest nasza, rodzinna, galaretowa historia. Tomik jednak był ostatecznym sędzią. Dopiero po przyjeździe Mariusza zaczęliśmy przygotowania do wieczoru w muzeum. Zmęczony, ale radosny Tatuś został w domu z synami. Po drodze zabraliśmy ks. Krzysia. A na miejscu tłok jak w Dzień Pułaskiego i ogólny rozgardiasz. Nie wiedzieliśmy, że nas wyczytują. Ogromna ilość ludzi podnieconych obfitym poczęstunkiem nie słuchała prelegentów. Nagłośnienie jak zwykle fatalne. Nie poszli moim śladem i nie zamówili dźwiękowca. Miałam być gościem, chwilę pomagałam przy napojach, a ogólnie czułam się dziwnie. Zabrałam więc swoich gości na dół, w ciszę biblioteki, gdzie zamieniłam z nimi choć kilka słów. Była Gonia z Weronią (rozpieszczacie mnie prawdziwie, dziękuję za tak hojne wsparcie muzeum!), Alutka – moja wizażystka, Suzy z rodzicami, Pani Janina z siostrą i siostrzeńcem, Monia z narzeczonym, i my – Bogorianie, czyli Rodzice, Krzyś i ja. Krzyś świetnie się znajduje w każdej sytuacji, zupełnie jakby był z rodziny. Wróciliśmy na górę, tu spędziliśmy trochę czasu z Gonią K. Mamy kilka zdjęć. W międzyczasie porozmawiałam z rozdrażnioną panią Sabiną. Przygnębił ją odrobinę ten wieczór. A Krzyś znalazł coś, co czekało na niego – słownik polsko-włoski. To już kolejny raz, gdy książka czekała na użytkownika. Zakupiłam książki dla Cioci i Violi, spotkanie z niesympatyczną panią G. okazało się dalszą częścią kontaktów telefonicznych, podbitą sknerstwem. Trudno. W drodze powrotnej odwiozłam Krzysia, podwiozłam cioci książki, otrzymałam gołąbki i koper. W domu panowie już spali, na stole czekały pyszne ptysie. Obejrzałam dziełko – ciekawe. Dużo pięknych zdjęć. A teraz uspokajam się, nie mogę zasnąć. Jutro przylatuje do nas Agata z BN, która gości w Nowym Jorku. Tomik wzywa – biegnę!