Szarlotka Edwarda

   Za pozwoleniem Moni – zamieszczam przepis na ciastową poezję, którą każdy może wykonać – gorąco polecam! Cytuję z emalii:

  Oto przepis, który dostałam od Pana Edwarda Kostki, malarza i grafika z Wrocławia. To ważne, bo szarlotka nosi imię Edwarda, po prostu jest to szarlotka Edwarda. Składniki: 2,5 szklanki mąki 0,5 szklanki cukru, 3 żółtka, 2 białka, 2 łyżki śmietany, łyżeczka proszku do pieczenia, jabłka 1 kg, mus jabłkowy słodzony – największy słoik ze sklepu Dominick’s, cynamon – dużo, rodzynki – bardzo dużo, orzechy włoskie lekko potłuczone – bardzo dużo, kostka masła.

Kolejne etapy: mąkę i proszek do pieczenia zmieszać, dodać posiekaną kostkę masła, utrzeć trzy żółtka z cukrem i dodać do całości, dodać śmietanę i szybko zagnieść ciasto, włożyć całość (np. w srebrnej folii) do lodówki na 30 minut, brytfannę wyłożyć srebrną folią, posmarować masłem i rozwałkowanymi 2/3 ciasta wylepić dno i brzegi brytfanny, piec 15 minut w piekarniku o temperaturze 160-170 stopni Celsjusza (zapomniałam ile to jest F, chyba jakieś 350 F) w ciągu 15. minut zmieszać utarte na grubym sicie obrane jabłka, mus, cynamon, orzechy i rodzynki , po wyjęciu ciasta z piekarnika położyć jabłka, następnie wyjęte ciasto z lodówki – rozwałkowane, pocięte w małe paski (mozaika na jabłkach), obsypać powierzchnię dużą ilością posiekanych lekko orzechów, ubić białko i posmarować powierzchnię, posypać lekko całość cukrem, najlepiej gruboziarnistym, piec 40 minut w piekarniku o temperaturze 160-170 C – 350 F. Koniec przepisu, za błędy przepraszam, jest ju 22:15. Wszystkiego dobrego, Monika

   Polecam gorąco, jeżeli weźmiemy się w sobotę wespół w zespół, to dookoła ziemi zapachnie szarlotkowo Edwardowo! Mniam.

Jak pigułka z kalejdoskopu pod egidą dwu Monik

   Minął długi weekend. Bardzo treściwie. Był czas na lenistwo, sen, życzenia, pracę w ogrodzie, rozmowy wieczorową porą oraz spotkania. Pierwszy od kilkunastu – czyli dwunastu lat, którego nie spędziliśmy wspólnie z naszą drugą rodziną. Szkoda. Nowe doświadczenie, zmiana tempa, brak motywacji, choroba niektórych z nas, czy niedogadanie? Wszystkiego po trochu, nie musieliśmy pędzić do domu, pakować się, jechać w tłoku, rozbijać namiotów i siedzieć po nocy. Ale wspominaliśmy te chwile chętnie. Byłam w niedzielę sama w kościele św. Moniki pełnym Kenara. Bardzo skupiające i wruszeniowe miejsce. Duch Święty był obecny. Muzyka i śpiewy, słowa i obrazy zrobiły swoje, przeżyłam głębiej. A jeszcze moje myśli biegły do odpustu Bogoryjskiego. Coś jest w tym belkowanym sklepieniu, układzie ławek, kratowaniu ołtarza i krzyżu, niekonwencjonalnym i domowym rozstawieniu świec, kolorach apaszek w roli obrusów na ołtarzu. Mnóstwo obserwacji, a jeszcze figura świętej Moniki – pełna życia i wigoru. 

   Byłam tam sama, gdyż po nocy znojnej przy popłakującym, śliniącym się Tomaszku – przespałam z nim poranek, a moi mili byli na Trójcowie. 

   W poniedziałek wybraliśmy się do Moni i Sławka. Z naręczem ziół i kwiatów, koszykiem kulinarnych drobnostek – m.in. jeszcze gorącym smalcem z migdałami. Nikt tak jak Monia nie docenia tych smakowych zaskoczeń i odkryć. Nikt tak nie dziękuje. Mieliśmy wśród nas Marcina, a jego muzyka płynęła w tle, śmialiśmy się dużo i chętnie. Pokrzepił nas posiłek z nutą włoską, a szarlotka pobiła wszystko – tak pyszna, że dotąd wspomnienia stają się soczyste – a te orzechy zawarte w niej ze swoją zdawałoby się wrześniową świeżością! Mistrzostwo absolutne.  Lubię spokój Sławka i prowadzoną przez niego ciekawostkową rozmowę. Jaki w radiu, taki w życiu. Prawdziwy. Dziekujemy Wam za wspaniały, motywujący odpoczynek. Dziękujemy Babci za opiekę nad chłopcami.  

   Dzisiaj, w upale ponad 30. stopni – byliśmy u alergologa, Tunio ma anginę ropną – wykazał to wymaz z gardła, a zdawało się, że jest to zwykłe przeziębienie. Moje przedramiona są w nakłuwaniowy wzorek. Byłam na zebraniu w muzeum, urządzamy obchody rocznicowe, we trzy. Muzeum jest dokładnie dwa razy starsze ode mnie. Jestem w komitecie balu letniego. Marzy mi się bal z przyjaciółmi – tam, pod niebem, na szczycie Chicago, z centrum miasta u stóp, przy zachodzie słońca. Pięknie moglibyśmy się bawić, mieć wspaniałe wspomnienia i zdjęcia. Problem jest jeden. Nawet świadomość, że cenę biletu można odliczyć od podatku – w przyszłym roku – nie przemawia do wyobraźni, gdy pamięta się o tym, że trzeba wydać 165 dolarów od osoby, ubrać się odpowiednio, uczesać. Dla nas z Halą to walka o pieniądze dla placówki, dla znajomych jednak zbyt wielki wydatek… Szkoda. A moglibyśmy w ten sposób połączyć urodziny moje i Hali, takie doniosłe… Nic to.

   Wieczorem była u nas Julitka i próbowała zatrzymać nam czas, nawiązać do zdjęć sprzed 2 lat. Czy Jej się uda? Trzymam kciuki.

   Jak chłopcy przejdą noc, co przyniesie jutro? Kolejne zintensywnienie?

   P.S. Gońka, zdrowiej, bo się o Ciebie boimy!    

Nie ma jak u Mamy!

   Najmilsza Mamuniu, jestem przy Tobie, najbardziej jak mogę. Życzę Ci zdrowia bez chorób i sama wiesz, czego…

  

   Odnalazłam nasze wspólne zdjęcie – na którym Ty, jako młoda Mama – ja, jako obydwaj moi synowie. Cykl się zamyka. W Tobie – tyle piękna i miłego oczekiwania na przyszłość, we mnie – tyle typowego dla dzieci zdziwienia…

   Całuję Cię mocno.

 

      Wszystkie Mamy ściskam!

 

 

Ostatni weekend przed plagą

   Jestem zmęczona, wiele spraw się na to złożyło – radości, zdziwień, zastanowień i smutku. A jeszcze w dodatku – raz na 17. lat wypełzną nam na powierzchnię miliony cykad. Będą się przepoczwarzać. Nie cierpię takich stworzeń, brzydzę się ich i obawiam. Z tego, co mówią w lokalnych informacjach, zapowiada się tu amerykańskie święto – rodziny koczują przed domami w oczekiwaniu na oglądanie, jak przed wypuszczeniem kolejnej części Gwiezdnych wojen. Dzieci zbierają je, robią sobie zdjęcia, niektórzy nawet je jedzą i stwierdzają, że smakują, jak migdały i posiadają wiele protein. Paranoja jakaś obrzydliwa. Trzeba zabezpieczać małe drzewka – najlepiej tiulem – skąd go tyle wziąć? Mają gościć w naszym życiu do połowy lipca. Jak plaga egipska. Ten rok jest szczególny. Przetrwamy i to.

   A u nas? Badania wykazały mi niedoczynność tarczycy – konsultowałam te sprawy z lekarzami. W sobotę spotkaliśmy się  z najbliższymi na imieninach Zosi. Zupełnie, jak w Broninie. Mama królowała, a goście dopisali, wszystko było smaczne. Dziękuję za przybycie i rozpieszczanie Zosieńki! Tylko zasmuciła nas Gapcia, gdyż miała nogę w czasowym gipsie. Jako mała kózka – skakała… W niedzielę byliśmy w kościele i na urodzinach Maksia. Nie mogliśmy uczestniczyć w urodzinach sobotnich z innymi dziećmi, więc zostaliśmy zaproszeni na obiad niedzielny. Było nas sześcioro. Pogadaliśmy do syta. Dom pachniał, kolorowiał, zadziwiał kompozycjami i ładem, gospodarze dbali o nas, chłopcy – przyjaciele z przedszkola, dobrze się dogadywali. Zostaliśmy obdarowani różową solą z Morza Martwego, piękną w kolorze, najpiękniej pomarańczową bułgarską pastą papryczną, a i jeszcze chłopaki dostali prezenty – słów nie mam! Dziękuję.

   Dzisiaj pobyt w pracy połączyłam z wyprawą do domu pogrzebowego na dalekich południowo-zachodnich przedmieściach. Żegnaliśmy Pana Zbigniewa Uzarowicza, Sybiraka – męża znajomej Pani Betty, która wielokrotnie pomagała i wspierała nas w muzeum i nie tylko. Podróż przez kipiące najpiękniejszą zielenią miasto, naznaczane majowym fioletem. Poszukiwanie właściwej drogi, a później konfrontacja zewnętrznego gorąca z wyciszeniem domu pogrzebowego, skupieniem zebranych i pożegnaniem ze zmarłym. Rozmowa z Panią Betty, kobietą z klasą, pozostającą jeszcze w szoku, na kanapie przed trumną. Jej ciepłe dłonie i zwierzenie, że boi się przyszłego piątku, kiedy emocje opadną. Opowiadanie, że śpiewa w chórze a capella, na 4. głosy – zadziwienie nową twarzą znajomej kobiety. I laurka dla Dziadzia od wnuczków i purpurowe róże – Dla Dziubka od żony. Wyszłam z pamiątkowym obrazkiem – połyskującą reprodukcją ikonki – znów w tę paradę wiosny.

   I zadziwiające docenienie życia. Jeszcze nas to nie dotyczy. Jak dobrze. Tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono. Myślami jestem z Nią. A kurczowo ogarniam myślami Moich Najbliższych i cieszę się, że żyją! Co mi tam miliony cykad!

 

 

Obchody Zosinkowe i wizyty u lekarzy

   Wszystkim znajomym Zosiom – najlepszego! Tomik wręczał rano Babci prezent wraz ze swoim uśmiechowym wydaniem pieśni okolicznościowej. Dziadzio wyuczył Tunia wierszyka i recytował go wieczorem, wręczając Dziadkowy prezent. Czyli chłopaki zamknęli klamrą serdeczną obchody imieninowo-ogrodnicze. Zwyczajowa prognoza pogody się sprawdziła. Od rana zwiedzaliśmy szpital – najpierw wizyta Tuniowa u alergologa i nakłucia, a przy okazji mój wywiad dotyczący alergicznej reakcji na pracę ze starymi książkami. Później kontrolna wizyta Tomika u naszej lekarki – i trzy szczepionki. Waży tyle, co obywatel dziewięciomiesięczny, a mierzy tyle, co roczny. Czyli karmię poprawnie. Pielęgniarka jest mistrzynią – Tomik uznaje całą procedurę za świetną zabawę, nawet nie bardzo się orientuje w tym, co się dzieje. Tunia uważałam wczoraj za zdrowego i zbadanego przez lekarza, więc go nawet nie sprawdzałam – a dzisiaj od rana kaszle w sposób szczekający. Już podałam syrop – i pytanie, czy to przestudzenie, reakcja na któreś nakłucie, czy wirus? A na dworze zimno, pada i wieje. Martwi mnie ten ciąg chorób. Wszyscy to komentują, że tak bywa, ale serce i tak się smuci.

   Czeka mnie cały dzień z książkami. Wieczorem krótka rozmowa z 1080 AM – po 19. 

Życie na wysokich obrotach

   Na piątek szef zlecił mi podjęcie delegacji w muzeum. Panów reporterów z Wprost i Przekroju przyprowadził do biblioteki pewien tłumacz. Spotkanie z garniturowcami przywiodło na myśl relacje konsularno-szczeblowe, poczułam się jak w Polsce. Przyjęłyśmy ich w duecie z Monią. Hala z Krysią nas wspierały. Rozpoczęła się pogoń słowno-myślowa, skojarzenia goniły skojarzenia. Zadawali pytania, ale wydawało mi się, że chcieli słuchać już tylko wcześniej zaplanowanych odpowiedzi, chcieli naszego podążania w kontekście. Tak było na początku. Po chwili rozmowy i zwiedzania, po naszym ochłonięciu – nadszedł czas, aby opowiadać o pozytywach i sytuacji, i placówki. Wstydziłam się – kurzu na półkach, ohydnych stołów i bałaganu na Głównej Sali – jej rozgardiaszu przed kolejnym spotkaniem. Pobyt na klatkach schodowych, które u nas służą za galerie obrazów dał mi odrobinę odetchnąć, tam jest wszystko tak, jak powinno być. A oni chodzili, obserwowali, wyciągali wnioski, zwiedzili Salę Paderewskiego, zrobiłyśmy im kilka pamiątkowych zdjęć. Obejrzeli przelotem także pomieszczenia Zjednoczenia. Do tego, aby wyciągnęli właściwe wnioski potrzebna by im była gruntowna lektura przewodnika, a tak, tylko z tego godzinnego kontaktu, obawiam się, częściowo wiem, że nie będą mieli najlepszego zdania. Podczas wizyty stała się rzecz zadziwiająca – starając się zainteresować ich muzeum – oglądałam je jakby ich oczyma. I tylko kilka rzeczy mi się podobało. Cała wizyta pozwoliła mi zobaczyć pewne paradoksy, niedociągnięcia, bezpańskość niektórych miejsc ze zdwojoną mocą. Dojrzałam, aby dojrzeć. Nie radzimy sobie. Brakuje nam wszystkiego. Czy osiągnęłam stadium roztworu nasączonego? Po zwiedzaniu nastąpiła dyskusja w bibliotece, wartka bardzo, każdy pytał, każdy odpowiadał, jednocześnie prowadzone były 3 rozmowy. Wpadł do nas dyrektor – uczestniczył w innym zebraniu. Jego koszula w odniesieniu do stroju panów była jak symboliczne porównanie, co najmniej zadziwiła. Jednak podczas dyskusji udowodnił parę swoich racji, zabrał gości na lunch do jakiejś meksykańskiej restauracyjki. Później zabrałam ich, aby podwieźć do Dziennika, okazało się, że nikt na nich nie czeka, więc wylądowaliśmy w Marshalls. Kupiłam sobie sukienkę na przyjęcie komunijne, panowie jakieś drobiazgi. Zapamiętam ich – czekających we trzech, w tych garniturach i pełnym, polskim, dyplomatycznym rynsztunku na fotelikach obok kasy – abym zapłaciła za moje zakupy. Męska niecierpliwość potrojona. Taki uśmiech na Dzień Matki. Po drodze przekomarzaliśmy się, żartowaliśmy, zadawali wiele pytań. Odpowiadał na nie ich przewodnik – Mikołaj, ja dopowiadałam. Po pobycie w sklepie, gdy odwoziłam ich pod jego dom – zaprosił nas do siebie na herbatę. Wstąpiłam tylko, aby poznać jego żonę – bibliotekoznawczynię, która bywała w bibliotece. W pięknym, kolorystycznie przyjaznym mi mieszkaniu odnalazłam znaną mi czytelniczkę, piękną kobietę. Pasują do siebie. Dobrani, jak w pismach. Taka modelowa para, mam nadzieję szczęśliwa. Mikołaj ma piękny gabinet, w którym tłumaczy, z ciekawymi półkami, które stworzyli wspólnie z Ewą. Posiadają piękne mieszkanie z charakterem, pełne jakiejś lekkości, grafiki na ścianach fenomenalne. Szybko pożegnałam wszystkich. Czy coś wyniknie z tej znajomości? Czy książki z półek w redakcji Przekroju przywędrują do nas? Czy i jak nas opiszą?

   Dojechałam do domu na czas. Tomik czekał, Tunio wybiegł mi na spotkanie i wróciłam do normalnego życia. Babcia pochwaliła moje zakupy w obstawie. W sobotę szykowałam się na Komunię syna chrzestnego Mariusza – Błażejka. Na Mszę pojechał sam Mariusz. W drodze na miejsce przyjęcia byliśmy świadkami kłębiastego czarnego dymu na horyzoncie i Idalkowej audycji na żywo z reakcjami ludzi. Jak opowiadanie science-fiction. Na miejscu znajomi, odrobinę okrojeni, radość spotkania po latach, obiad, atrakcje dla dzieci. Błażejek bardzo wydoroślał. Spodobał mi się. Około północy pozostał z nas jeden stolik na ogromnej sali. Dotkliwie zabrakło nam stałej paczki – śpiewów, zwykłych tematów. Cóż robić?

   Dzisiaj natomiast kupiliśmy z Babcią i Tuniem nowe kolory do ogródka – fiolety, żółcie i złamane pomarańczem róże. W hołdzie Babci. Odwiedziły nas Agunia i dziewczynki. Posiedzieliśmy rodzinnie.

   Wszystkiego dobrego drogie Mamy, niech to rozpięcie pomiędzy amerykańskim a polskim świętem będzie nam łaskawe!

Dzień Mamy w przedszkolu

   Po długiej przerwie z sercem na ramieniu posłałam Tunia do przedszkola. W sam raz na akademię. Zwolniłam się wcześniej z pracy, ażeby w niej uczestniczyć i… utkwiłam w korku na dobrą godzinę. Zajechałam spóźniona, po całym dniu załatwiań, m.in. pobytu w piwnicach przy pozieleniałych, zalanych przez deszcz książkach. Ręce mi opadały – żywioł przeciw dziedzictwu pokoleń. A wokoło alergeny, które objawiają się u mnie swędzeniem. Mniejsza. Zdążyłam na końcówkę przedstawienia – mój synek się wyraźnie ucieszył z mojej obecności, chodził w kółko po scenie, na której występowały starsze dzieci. Maksio, jako przedszkolak o mniejszym stażu robił to, co Tunio kiedyś – siedział na kolanach mamy. Aga i Dino byli obecni oboje, robili zdjęcia – więc jakieś będę posiadała. Nastąpiło wręczenie laurek i pięknych świeczników w formie tulipanów – rękodzieło dziecięce w najpiękniejszej formie, później poczęstunek. Okazało się, że znam jeszcze jedną Mamę – Adrianę. Całe wydarzenie bardzo pouczające. Dzieci – słodkie, ładnie ubrane, przyjazne. Mamy – piękne, szczupłe, modne, w sukienkach i ubrane odświętnie. Barwny tłumek, radosny gwar. Pamiętam pewną scenkę. Jedna z mam starszego chłopczyka spędziła z dziećmi, na podłodze dużo czasu, a później wyprostowała się i wyszła przed dom, na niebotycznych koturnach, w modnej sukience, rozpuściła długie blond włosy i wsiadła z synem do luksusowego samochodu. Zresztą przed przedszkolem stoją m.in. wystrzałowe samochody – lincolny, jeepy, lexusy, dopatrzyłam się i porsche. A przedszkole skromne, katolickie, w cenach umiarkowane. Kolejne studium przekrojowe naszego społeczeństwa na emigracji. A mamy przemiłe – niektóre już znam lepiej.

   Świecznik stoi na honorowym miejscu, laurka wisi na lodówce, czuję się doceniona. Na przyszły rok odzieję się w sukienkę i zwolnię z pracy godzinę wcześniej.

Matki i ptasie matki

   Wiosna, a właściwie maj koncentruje się na Matkach. I bardzo trafnie. Jestem myślami z Mamuną, Iwonką – matką maleńkiego Toniusia, Kingą – przyszłą matulką z Polski, Kasią – naszą Zjednoczeniową przyszłą mateńką z pracy, wszystkimi znajomymi Mamami – czyli Wami kochane. Już teraz przesyłam Wam najserdeczniejsze życzenia powodowane obserwacją dwóch pań ptasich – Synogarlicy, która ma jak zwykle gniazdko na naszej altance i grucha nam przepięknie, oraz pani Robinowej, która z małżonkiem uwiła gniazdo w pokrętnej wierzbie. Siedzi teraz na jajkach, a właśnie w tej chwili Babcia Zosia (też mama i mama mamy, czyli Ali) przyniosła jedno z nich – taką turkusową odrobinę z pękniętą skorupką do domu. Widocznie zniosła ich zbyt dużo i wyrzuciła. Robin wyśpiewuje jej trele, ale jak tylko wyklują się małe – zacznie się codzienne uwijanie. Nie boją się nas te ptaki? Nie pomyślały o naszej codziennej bliskości? A może z nami i tak bezpieczniej? Podziwiam ptaki i je obserwuję, czasami mnie smucą i niepokoją bezwzględnością. Oby w tym roku obyło się bez drastycyzmów.    

Zawiadomienie o ślubie, miłe spotkanie, pogrzeb i niepewność

   Zupełnie jak w życiu. Już dawno zauważyłam, że nasze życie zapętla się w weekendy, które są skomasowaną jego próbką. Sensacja od rana w sobotę, Anusia z Piotrem zdecydowali się na ślub. Kiedy będzie? W jakiej delegacji pojedziemy? Czy jeszcze w czerwcu, czy we wrześniu? Ostatnie słowo należy do Młodej Pary. Życzę Wam wytrwałości i pogody ducha Kochani! Tak się wszyscy cieszymy!

   Po petrurbacjach zdrowotnych, wizycie u alergologa i innych atrakcjach – nie pojechałam na festiwal polski na Navy Pier. Zorganizowałam siatkę kochanych Dziewczyn. Spisały się na medal. Malowały buziunie dzieciom. Reprezentowały „placówkę”. Dziękuję za pomoc – Moniu, Moniko, Marysiu, Lidziu, Natalko, Bożenko, pani Krysiu! Wczesnym popołudniem udaliśmy się do Izy na projekcję filmu. Prawie zrezygnowaliśmy przez pośpiech i rozdygotanie przygotowań, przez niechęć Mariusza do spóźniania się. Zrobiłam dwa maleńkie koszyki z róż i piór. Rdzawy i kremowy. Zdjęć zapomniałam poczynić. Pomyślnie interweniowała mama Zosia. Na spotkanie pojechaliśmy i odpoczęłam w innym świecie. Dom Izy – to pałacyk, położony w parku Winnetki, wśród starych, malowniczych drzew. Grono zaproszonych skaładało się z ciekawych, twórczych osób w skupieniu oglądających dokument z programu 2 TVP o kompozytor, profesor Marcie Ptaszyńskiej, zrealizowany dzięki wspaciu gospodyni domu. Bohaterka filmu była gościem honorowym, zebrani reagowali żywo na poczucie humoru płynące z ekranu, po projekcji komplementowali, zadawali ciekawe pytania dotyczące utworów na perkusję, ale i planów, oper, współpracy pani Marty z Agnieszką Osiecką. Bohaterka – czarująca i skromna, ludzka. To było wzmacniające w dumie narodowej spotkanie z okazji święta 3. Maja. Podano wyborny obiad, rozmaitość win, deser w postaci wspaniałej szarlotki. Siedziałam obok Mariusza, znajomego z biblioteki rzeźbiarza Jerzego Kenara, znajomego malarza Janka Bruda, byłego wolontariusza muzealnego – kompozytora i muzyka Jarka Gołembiowskiego i jeszcze innych dwojga, których nazwisk nie pamiętam. Tyle omawianych pasji przy posiłku. Tyle talentu. Fascynująca opowieść o ulubionym drewnie (lipa), instrumencie (perkusja), plenerze (Grecja) przetykana śmiechem, przekomarzaniem się. Najlepsze oderwanie od dnia codziennego. Dużo słuchałam. Historia o rzeźbach w sianie, obrazach mleka i wymion tak mi się wpisała w  przemyślenia o karmieniu, że następnego dnia zwiedziłam stronę http://www.jerzykenar.com polecam serdecznie. (Opowiadałam artyście o wspaniałej publikacji mojej mistrzyni, Grażynki, która była redaktor przewodnika. Zresztą wszystkim ją polecam. Album Drewno i architektura. Dzieje budownictwa drewnianego w Polsce autorstwa Grażyny Ruszczyk wydany w tym roku przez Arkady to dzieło monumentalne, epokowe, a czyta się wspaniale. Grażynka to najbardziej pracowita ze znanych mi osób i z nich najcierpliwsza). A podczas tego przyjęcia jeszcze porozmawiałam z Basieńką, która mnie wzrusza i zadziwia swoją orkiestrą; Iza jako alergolog udzieliła nam zbawiennych rad, poplotkowałam w kuchni z Bodziem i Ewą oraz obejrzałam ogród i pokój roślin. Ten dom żyje i posiada czar. Dzięki Izie. Motywująca i godna podziwu gospodyni. Dziękujemy za włączenie nas do tak wspaniałego grona gości!

   W sobotę wzięłam udział w dalszym ciągu dyskusji dotyczącej ślubu i rodzice podzielili się ze mną smutną wiadomością, że w sobotę zmarł nagle wujek Henryk Górski z Olkusza. Nie znałam Go zbyt dobrze, ale kojarzy mi się z wieloma sprawami – wparciem cioci Janki, która maluje obrazy, naszą świąteczną wymianą kartek, ich zachwytem nami podczas ślubu i innymi migawkami z czsów dorastania. Dystyngowany, miły, siwy pan z błyskiem przekory w oczach. Taki dla mnie pozostanie, gdyż odległość oceaniczna zupełnie odrealnia tę śmierć. Rodzice wezmą udział w pogrzebie, może napiszą coś o Wujku, może zrobicie to także i Wy, którzy Go lepiej ode mnie znaliście? Dziękuję już teraz. Pozdrawiam Ciocię i Magdę z rodziną, prześlę zwykły, namacalny list, ale i tak nie mogę poradzić na pustkę po Mężu, Tacie i Dziadziusiu. A ostatnio katalogowałam książkę dla dzieci o śmierci – czy ona pomogłaby choć trochę? Jestem z Wami.

  Niepewność tytułowa to ciąg dalszy historii przyjaciela i jego walki z chorobą. Jesteśmy obok. Jak możemy być pomocni?