Dom, który czeka i pachnie

   Powrót z wakacji przeszedł sprawnie – wcale nie dłużyła mi się droga wśród budzącej się natury,  zaoranych pół pod przyszłe łany kukurydzy, zieleniejących drzew – pomimo zachmurzenia. Tomik lojalnie zasnął i przespał posapując całe trzy godziny. Mariusz prowadził, ja czytałam Księżyc nad Zakopanem Nurowskiej, zaś Tunio oglądał Księgę Dżungli. Dograliśmy się znów w kwartet. Przez tydzień obserwowałam jak niewiele potrzeba do szczęścia – i naczyń i mebli i ubrań i słów. To był tydzień odszukiwania kolorów – zachwytu nad szyjami – pawia i kaczora krzyżówki, takimi odcieniami kolorów, które nie są do podrobienia i noszone przez ludzi wydają się kiczowate. Jako pamiątkę przywiozłam z wyjazdu – 4 wydmuszki maleńkich jajeczek w ramce. Wyszukałam ją w sklepie ze starociami, razem ze starutkim naparstkiem. Ta pamiątka także nawiązuje do motywu kolorystycznego wyjazdu – jedno jajko jest morskie. Co zapamiętam? Pakowanie jak egzamin z przydatności sprzętów i komasacji życia z małym dzieckiem do walizki i dwóch paczek. Chłopaków w drodze na wakacje trzymających mnie za ręce. Świecące w ciemności kolorowe, pulsujące, gumowe rozgwiazdy i buzię Tunia – zachwyconą tym zjawiskiem. Oliwkę karmiącą rybki i kaczki, leżącą w pozycji pumy na drzewie. Gabę na rowerze z rozwianym włosem. Wspólny wypad z Konikami do parku sarenek, zapętloną parkingowo wyprawę do meksykańskiej restauracji Pedro’s. Małą chwilkę z Agą w sklepie staroci. Rozmowy przy wodospadzie. Kaszel Tunia. Rozmyślania nad alergią. Basen, rozmowy z Mariuszem, salę ćwiczeń, deszcz, wypad do sklepów, puzzle. Nasz kwartet codzienny – rozumienie się w lot!    

   Polecam każdemu takie wakacje!

   A w domu oczekiwanie – Babcia Zosia upiekła genialne ciasteczka, pachniały w całym domu, czekała z obiadem. Ogród odmieniony kolorami – piękne nasadzenia. Zmiany i wykopki. Dobrze jest.

 

I jeszcze nowina – gratulujemy Swatusiom Syna!!! Antosia, Tonika!

Wakacje

   Pojechalismy na polnoc Wisconsin, aby popatrzec spokojnie na poczatki wiosny i odnalezc siebie. Dobrze nam tak. Zycie zwolnilo. Wystarczylo tak niewiele, aby sie przekonac, ze niewazne jest tysiace rzeczy wokolo – jak dlugo wazni dla siebie sa ludzie. Droga prawd odwiecznych. Dobrze nam ze soba? A pewnie!

Reakcja łańcuchowa

   Poniedziałek to dla mnie szczyt tygodnia. Po niedzieli – pogoń w pracy, dopełnienie spraw, nagromadzenie spotkań i jeszcze tzw. dokładki, do których mam wybitny talent. Nie słuchałam radia, więc dopiero dzisiaj przebijają się do mnie wzmianki na temat strzelaniny i ofiar VT. Kolejna smutna sprawa i nabrzmiała dyskusja na temat legalnej broni. Nie chciałabym mieć broni w domu. Wolę mieć alarm.

   Wczoraj gościliśmy w bibliotece Beatę z Biblioteki Narodowej, specjalistkę od poloniców, archelolog, częściową Łemkinię z warkoczem prawie do kolan. Mogłaby z nami zostać, tak jak stała – wszyscy ją zaakceptowaliśmy, orientowała się momentalnie w naszych potrzebach (z natury podobna do Karolki), jest na stypendium w Nowym Jorku. Może do nas wróci? Albo będziemy współpracować? Część dnia zajęło mi zbieranie materiałów na temat kolejnej nagrody przyznawanej Pani Sabinie. Bardzo chciałam dopilnować wysłania informacji prasowej – a tu jak na złość bez końca coś się psuło w komputerze, w końcu wysłałam ją tuż przed wyjściem i to dwukrotnie. Przez cały dzień obcując z Panią Krysią i wysyłając ją do lekarza zastanawiałam się nad chorobową reakcją łańcuchową, i nad odwiecznym problemem – od kogo się zaczęło? Czy kaszel do domu przyniosłam z pracy, czy zaziębiłam się podczas zbyt wczesnych porządków w ogródku? Od kogo to przejął Dziadziuś? Czy Tunio podarował wirusa nam, czy odwrotnie? Czy obdarzyłam nim Tomika? Nie dojdę. W domu przyjmujemy we czworo antybiotyk, a w dodatku Tomik ma robione inhalacje. Nadal nas od czasu do czasu poddusza kaszel. Każdy z nas ma tendencje do bagatelizowania własnych chorób, kaszlemy, siąkamy, a mimo to idziemy do ludzi i zarażamy siebie i ich na nowo. Krąży mi po głowie słowo reinfekcja. A do mojego stanowczego działania i rozdrażnienia prowadzi dopiero cierpienie dzieci. Cóż są winni, żeby tyle mieć problemów ze zdrowiem? Przez pryzmat ich choroby wszelkie skojarzenia nabierają mocy i rozdrażnienia gotowe.

   Po pracy pojechałam do Dorotki po książki dla dzieci, odebrałam je z radością, dostałam podarki dla biblioteki, zaobserwowałam ogrom pracy dziejącej się na zapleczu księgarni, czyli w ich księgarni internetowej i pomyślałam, że tam powolutku przemieszcza się nacisk. Jeszcze wstąpiłam po polskie kapcie do przedszkola – kosztują prawie 30 $. Muszę zobaczyć, czy zamówienie ich z Polski nie byłoby tańsze.

  Do domu dotarłam na obiad. Tunio jako krytyk literacki dobrał się do jednego z 2. pudeł książek do katalogowania i od razu wiedziałam, które zakupy były celne dla jego wieku. Usnęłam w opakowaniu w trakcie serwowania Tomikowi kolacji i spałam do 7. rano, z małymi odżywczymi przerwami. A dzisiaj dzień kolejny. Katalogowanie z relacjami ze strzelaniny w tle, których tak naprawdę nie powinnam słuchać. I okazało się, że nie wstawiłam mleka do lodówki – całe starania na nic. Ręce opadają.

Przywileje katalogującej

   Czwartek to dla mnie bardzo instensywny dzień. Praca, zebrania, spotkania, wolontariusze, a tym razem pisanie kwartalnego raportu, epidemia kaszlu, wspólny galaretowy lunch. Na koniec dnia powrót do przywilejów. Pojechałam bowiem do Dorotki, do księgarni i wydałam nadwyżkę na nowości, rzeczy z przeceny i tytuły oczekiwane. Bardzo lubię obcowanie z nowymi książkami, sprawia mi ono niebywałą przyjemność. Poszukuję wrażliwości, zadziwień, pomysłowości, a za niesamowitą frajdę uważam wybieranie książek, które później z ochotą i powodzeniem polecam.

   Po długiej przerwie wydało mi się, że oferta jest jakby mniejsza – nie odnalazłam wszystkich tytułów. Otwierają nową filię – będzie mi bliżej, a to wszystko tłumaczy. Kupiłam wiele, m.in. Frywolitki 3, biografie Kydryńskiego i Grechuty, książkę Makłowicza – i to z nimi właśnie zasnęłam. Tomik równo oddychał, a ja zagłebiłam się w czytaniu przed katalogowaniem. Uczta prawdziwa, każda książka piękna, każda inna. Dawno nie czułam tej radości. Wracam do siebie! Skutek jest tymczasem jeden – usnęłam późno, a Tomik obudził się wyjątkowo wcześnie. Właśnie zasnął ponownie. I on zaczyna mieć kaszelek. Długo się bronił przed domową i muzealną epidemią. Mam nadzieję, że nie podda się. Tunia dzisiaj zawożę do przedszkola. Będzie tam dopiero drugi raz w kwietniu. Takie życie tej wiosny. Śnieg kolejny raz topnieje. Pozdrawiam.

Lektury i przeczucia

   Zdarza się czasem, że zadziwia mnie zbieg okoliczności. Wczoraj jeżdżąc na stacjonarnym rowerze (obiecałyśmy to sobie z Mamunią) – skupiłam się na moich domowych książkach – m.in. Hokus Pokus Vonneguta. Obiecałam sobie w duchu, że je jeszcze raz przeczytam, a jeśli nie odnajdę ich do końca ‚swoimi’ – skataloguję do biblioteki. Słowem – zatrzymałam uwagę na tym autorze; tym, co mi się z nim kojarzy ze studiów – m.in. oburzeniu Mariusza na nasze cytaty z Kota i myszy, skrajnie naturalistyczne. A dzisiaj się dowiedziałam, że umarł w nocy. http://news.yahoo.com/s/ap/20070412/ap_on_re_us/obit_vonnegut

   Katalogowałam ostatnio wiele książek, a między nimi te o KL-Warshau na spotkanie z pewną profesor. Śnią mi się od 2. nocy. Pamiętam pierwsze zetknięcie z Medalionami, wstrząs dla beztroskiej siódmoklasistki. Teraz – zdjęcia z tych książek wstrząsnęły wcale nie beztroską matką. A twarze pogodnych ofiar doświadczeń hitlerowskich z innej książki błąkają się pod powiekami. Po co oglądałam? Podczas katalogowania musiałam, a jak się już zacznie – niepodobna odrzucić tego świadectwa. Wstrząsająca pamięć. Odczyt o tym nieznanym obozie koncentracyjnym w centrum Warszawy odbędzie się w muzeum w przyszły czwartek wieczorem. My będziemy wtedy na naszych wakacjach w pogoni za wiosną.

   Boję się każdej wojny. Wszystkich okropieństw, jakie ze sobą niesie. Myślimy podobnie? 

 

Po śniegowym Lejku

   Przeszły święta. Wzruszyła mnie podniosła Gloria na Trójcowie, kościół zapalający się płomykami świec. Podbudowała mnie obecność Mariusza, przyjaciół – Halki, Jacka i Kuby w tej samej ławce. W nocy po przyjeździe i podkarmieniu cierpliwego Tomika – układałam dla Aguni kwiaty. Kupione pod kolor ich domu, róże o nazwie Mango brandy pachniały autentycznym, zniewalającym nektarem. Uwolniłam z domu nagromadzone od lat elementy – wstążki, piórka, maleńkie jajeczka do kompozycji. Zawsze sprawia mi frajdę układanie kwiatów. Pewnie dlatego lubię je wręczać – żeby mieć tę frajdę. Niektórzy lubią piec – ja nie. Przekaszlałam część nocy, nad ranem przywalcował do mnie Tunio, Tomik nie był do budzenia – więc na Rezurekcję pojechali Mariusz z Mamą. Tato pracował. Smutno nam było bez niego. Po ich przyjeździe nastąpiło szybkie przegrupowanie i podróż do Koników na śniadanie. Chłopaki wyspani i w doskonałych humorach. Nie spóźniliśmy się.

   Agusia przeszła samą siebie. Biesiada była magnacka. Nieustający pochód gości. Dom ciepły i przyjazny, dzieci w siódmym niebie. Dwukrotnie szukały podarunkowych jaj – raz dzięki Kubie, raz dzięki Marcie. Autentyczna, gwarna radość. Do tego symbolicznie obchodziliśmy 20. urodziny Kuby. Do kościoła pojechaliśmy z Piotrkiem, Tuniem, Gabrysią i Oliwką, na 1., na Trójcowo. Podczas mszy było aż 7 chrztów – policzyłam sobie ojców chrzestnych w karnym szeregu zapalających gromnice. Jakże inny był chrzest Tomika. Po drodze pogadaliśmy z Piotrkiem do syta, dzieci pośpiewały i zgłodniały. Zapomniałam się do tego stopnia, że nie przełączyłam komórki na dzwonek i wszyscy czekali na nas z obiadem, a my tkwiliśmy w korku. Przepraszam Was raz jeszcze. Obiad był wyborny. Tak smaczny i pomysłowy. Absolutnym hitem dla mnie były zasmażane buraczki i kotlety drobiowo-serowe. Marzenie. Około 5. wypadło nam pojechać do domu – tu czekaliśmy na powrót chorego Taty z pracy. Zjedliśmy razem kolację, Tunio pokrzykiwał Allelu – ja! Chłopaki bardzo długo zasypiali, na nowo przeżywając Wielką Niedzielę. W domu dostałam przesyłkę zdjęciową z Bogorii. Byłam bardzo wzruszona oglądając filmiki z domowych świąt – Mamunę i Tatula, Anusię i Piotra, Rodzinę. Dziękuję Wam Kochani za wspólne święta! Dziękuję przede wszystkim Aguniu Tobie za całe Twoje zagonienie! I za poniedziałkowe dowiezienie fenomenalnego poczęstunku. I wszystkim za życzenia – kartkowe, słowne, telefoniczne i emaliowe!Kochamy Was mocno!

Pisankujemy Wam szczęście i zdrowie!

   Przez 10 lat urządzałam w domu warsztaty malowania jaj. Tym razem zrobiła to Gonia. Pojechaliśmy na nie razem z chłopakami. Starsi panowie dwaj zostali w domu. Dawno tyle nie malowałam, wyprodukowałam bowiem 8 malowanych woskiem jaj, w pośpiechu, więc wysoce ekspresjonistycznych. Rozdałam większość dziewczynom z życzeniami.   Miło było przy wspólnym, rzęsiście oświetlonym, kolorowym stole. Przyjechała do nas z Polski na święta Anusia (tym razem jako szatynka), wcześniej zawitała Iga. Nasze artystyczne bliźniaczki z precyzją naklejały na jajka piękne wstążki, zdobiły je woskiem, farbami. Te wzory z radością przełożyłabym na tkaniny i uszyła sobie z nich sukienki, miałabym je modne i pasujące do okularów. Był z nami także Robert, chłopak Ani, zawsze pogodny i chętnie uczący się tajników naszych narodowych tradycji, cierpliwie malował jajka – farbami i woskiem. Viola i Pani Zosia obdarowały każdą z nas artystycznymi wydmuszkami – naklejanko-malowankami i „szydełkowankami” z Polski. Same też cierpliwie pracowały nad kolorowymi wydmuszkami. Anusia z Kasią pracowały nad bardzo kolorowymi malowankami. Agunia obcowała z wniebowziętym chrześnikiem, nosiła go na rękach, Oliwka malowała, naklejała i wymyślała najróżniejsze wzory w międzyczasie opiekując się Tuniem, Gabrysia bardzo metodycznie cały wieczór wyczarowywała kolejne pisanki, malowanki, naklejanki. Gonia czuwała nad całością obsługiwała nas, pomagała i karmiła. Zaserwowała swoją firmową, postną tym razem, zupę z zielonych pomidorów, którą spożyliśmy z radością bardzo już wyposzczeni. Tunio pomalował tylko dwa jajka i zaczął radosną gonitwę, która skończyła się tym, że się rozkaszlał na dobre – i dostał torsji. Nie miał niczego na zmianę. Ale zadziałało nasze pogotowie ratunkowe – Agunia. Pojechała do swojego pobliskiego domu, przywiozła zmianę ubrań i prezent w postaci książek z Thomasem – dziesiątki naklejek i obrazków do malowania na pocieszenie. Dziękuję Ci Kochana!

   Już sobota, Wielka Sobota. Jaja poświęcone zostały w gronie najbliższych.   Wybraliśmy się w 5. do kościoła, było bardzo zimno, Tunio się rozkaszlał. Na Glorię pojedziemy więc pewnikiem sami. Już czuć święta – galareta zalana tężeje, kremówka czeka tylko na cukier puder do posypania, chrzan utarty, a teraz mieszny jest przez Babcię z żółtkiem i białkiem.

   Pozostało złożyć Wam kochani życzenia. Wklejam więc tegoroczny list przewodni do kartek, które udało mi się w zmniejszonej ilości wysłać głównie za ocean:

Kochani,

składamy Wam najmilsze życzenia wielkanocne. Pomalowaliśmy dla Was jaja – takie prawdziwe! Potem je Tunio zje, gdyż ostatnimi czasy uwielbia jaja – ich obieranie i zjadanie w całości, oraz tajemnicę ich żółtka i białka. Tomik – poguga – aguuu! Ja Jaaaa! Czyli coś mu wychodzi z życzeń. Na pewno będziemy polewać coś czymś – czy wodą, to się dopiero zobaczy! Pojedziemy do kościoła, ze święconką, Tunio będzie niósł swój koszyczek, a Tomik będzie niesiony w koszyczku.

Jak mijają nasze dni? Babcia Zosia opiekuje się chłopcami, gotuje bardzo smacznie, robi zakupy i porządki, znajduje także czas na robótki ręczne – wytwarza przepiękne sweterki.

Dziadzio Miecio pracuje wytrwale, kupuje zabawki, opowiada bajki, historie z życia rodziny i Mikułowic, bawi się z chłopakami.

Mariusz pracuje, a jak przeszkadza mu aura – czyni porządki wokół domu i nie tylko. Wolne chwile spędza ze wszystkimi na zabawie.

Ja sama pracuję 2 dni w tygodniu, w pozostałe kataloguję w domu. Jestem nadal kronikarzem, fotografem i sekretarzem rodziny.

Tunio chodzi do przedszkola 2 dni w tygodniu, opowiada historie, uwielbia układanki, pociągi, bajki, Bolka i Lolka, Reksia, Thomasa, czasami podśpiewuje. Chętnie uczy się powiedzonek i wierszyków. Pamięta prawie całą „Lokomotywę”. Opiekuje się Tomikiem i nagania nas do opieki nad nim, dozoruje np. karmienia.

Tomaszek popiskuje z upodobaniem, śmieje się w głos, czasami nawet przez sen; próbuje siadać z naszą pomocą, coraz mniej lubi leżeć, wygłasza czasami dłuższe przemowy, nikt nie wie o czym, ale wszyscy uważamy je za wysoce zajmujące. Rośnie w oczach.

Dobrze nam się żyje razem. Wszystkiego dobrego Kochani!

Tunio i Tomik

Małgosia i Mariusz

Babcia i Dziadzio

Zima górą?

   Wczoraj umyłyśmy na święta okna. Mama Zosia zaczęła – korzystając z ostatniego przed Wielkanocą, ciepłego dnia. Nagle, po zmianie firanek i w domu zapachniało chłodną wiosną. Lubię blask świeżych okien i nowy porządek na parapetach. Od kiedy w Kielcach zobaczyłam najpiękniejsze jak dotąd okna domowe – staram się je wprowadzić w moje życie. Lubię, jak te oczy domu dobrze wyglądają – dobrze, dla mnie, z moimi przedmiotami, kolorami, kształtami. Mariusz mi na to wszystko pozwala i nie przeszkadza w udziwnieniach. Z moich okien już zwisały apaszki, koronki, plastry agatów, kwiaty prawdziwe, suszone i doniczkowe, stały w nich i stoją przeróżne szkła, witraże, butelki z płynami. A gdy coś ustawię na nowo i odświeżę – cieszy mnie znów. Takie stosuję domowe zabawy dla uprzyjemnienia życia.  

   Tyle o wczoraj. Nadchodzą małymi grupkami kartki z Polski i Stanów. Dopisuję te, o których zapomniałam. Wczoraj też Agusia zaprosiła nas na święta do siebie. Cieszę się. Tym razem nie miałam siły robić ich w domu. Wyciągniemy gdzieś Tatę, oderwiemy od pracy. Gońka ulżyła mi i z dorocznym malowaniem jaj. Będzie u niej. My już mamy część pomalowanych – Tunio z Babcią dokonali dzieła w muzeum na niedzielnych warsztatach. Wczoraj też przy porządkach pomyślałam o naszej wygranej sprzed ponad roku – wycieczce z Getaway. Termin wykorzystania upływa 30. kwietnia, więc czas był najwyższy. I cóż z tego, że cały świat stał przed nami otworem, jeżeli dojechać do niego nie możemy? Długa podróż z małymi dziećmi? A przednówek finansowy? Jedziemy więc do Wisconsin, w poszukiwaniu wiosny. Pod koniec kwietnia. Na tydzień. Czy uda się namówić Dziadzia? Babci szkoda, pojechałaby i bardzo się wszystkim ucieszyła.  Ale on pewnie nie będzie się chciał zwolnić, a jej samej nie puści, lub sam nie zostanie. Fajnie, że na weekend pojadą z nami Piotrkowie. Pobędziemy ze sobą. Dzieci są jak rodzeństwo, a my razem możemy odpoczywać. Dla mnie cały pobyt to będzie manewrowanie z wózkiem i tysiącem pomocnych rzeczy. Ale mam się nie lękać. Poświęcić czas rodzinie. Próbować. Tyle z postanowień.

   A dzisiaj od rana zapowiedź oziębienia. Przymrozek. Przeproszenie się z kurtką puchową. Podróż do Jagody na czyszczenie uśmiechu. Bardzo solidne.  Higienistka jest matką dziewuszki starszej od Tomika o równy miesiąc i innych trojga. Nastąpiła wymiana doświadczeń. Pomiary kieszeni. Dotąd pobolewa mnie linia dziąseł. Mam przykazania na temat czyszczenia. Jagódka, doktorka i Madzia, asystentka – pozdrawiam Was dziewczyny – jak zwykle przyjazne. Czuję się u nich, jak na wizycie u ulubionej terapeutki – bardzo podobna pozycja. Znamy się już trzynasty rok. Tyle razem pląb przebytych, tyle zębów borowanych… Po drodze wstąpiłam do sklepu polecanego przez Monię, dziękuję, z rzeczami dla dzieci dla racjonalnych mam, które się nimi wymieniają. Świetny pomysł, będę częściej zaglądać.

   A w domu po powrocie Taty – akcja „Ocal mnie”. Biegaliśmy przy wietrze w mroźnym ogrodzie, przykrywaliśmy i okrywaliśmy co się dało, czym się dało. Mój klon japoński śpi pod kołdrą. A tulipany zerwałam, rozkwitły na stole w 10 minut. Co przetrwa? Jeżeli będzie -5, to już po porzeczkach, pigwie, agreście, funkiach i innych. Ludzie są najważniejsi – powtarzam sobie i nie czuję lęku, trochę żalu. Karolka nam zakwitła na rocznicę JPII. Dzisiaj myślałam, że roni płatki, a to padał śnieg.   Wydaje się, że kwiaty opadną do jutra. Zobaczymy co jest silne. Rośliny już noszą na sobie jedno piętno przymrozku, to będzie bardziej widoczne.  

   Już po północy. Tomik nakarmiony pośpi trochę. Budzi się po 6. W międzyczasie jeden posiłek. Dzisiaj odbyła się już Ciemna Jutrznia u Kantego. Wprowadzenie w Triduum. Pamiętam przeżycia z tego misterium, byłyśmy tam 2 lata temu, z Mamą. Czy uda mi się wyłowić przeszłe święta z moich zapisków? Jeżeli jeszcze nie udało mi się uszeregować marców? Tymczasem zastygam w ciszy tych dni. Kołatkę z Bogorii mam na półce, odczyszczoną przez Tatula, czyli coś z moich świąt już mam.

 

 

Pamięć po Nim

   Na pewno zaliczam się do pokolenia JP II. Od czasu Jego śmierci skatalogowałam wiele książek traktujących bądź też nawiązujących do Jego dzieła. Przeglądałam je ze wruszeniem. Przeczytałam w całości 3.: Dar i Tajemnicę, Donos na Wojtyłę oraz Świadectwo. Dzisiaj zaczynam 4. – Pamięć i tożsamość.  Nie są łatwe, dużo zmieniają, wymagają przemyślenia i określenia się. Wśród wielu czytelników bibliotecznych odnotowałam tylko kilka osób sięgających po Niego, dlaczego? Jest w nas obecny – w prawie każdym zaprzyjaźnionym domu jest widoczna Jego fotografia. Dobrze jest mieć Swojego, udomowionego Świętego na Górze. Dobrze jest mieć wzór i autorytet. Wieczny odpoczynek racz Mu dać Panie.

   Kubuś obchodzi jutro swoje 20. urodziny – już zawsze będą się splatały z rocznicami. Kubek, niech Ci się w życiu wiedzie, masz patrona swojego dnia, czerp z tego źródła pełnymi dłońmi!