Lute

   Zgodnie ze zwyczajem – nadrabiam czas, zamieszczam wyjątki z moich lutych ostatnich lat. Miłego czytania i odnajdywania cząstek Siebie.

 

16 lutego 1999 Już od środka zjada mnie strach, przerażają ogromne opłaty za pożyczkę. Morduje niesprawiedliwość tego świata i własne ubóstwo. I tak nie przechytrzymy systemu. Mariusz ma już zupełnie dość moich podchwytliwych i marudzących pytań pożyczkowych. Zminda jestem, jeszcze rodzą się we mnie różne lęki i strachy, zaczyna pobolewać brzuch. Przyłapała nas egzystencja.

17 lutego 1999 Próbuję odnaleźć dla siebie stary rytm zajęć. Nie mogę żyć na emocjonalnej huśtawce i bać się przede wszystkim, a resztę zaniedbywać. O 11:30 muszę być w pracy, gdyż będą Zjednoczeniowcom posypywać głowy popiołem, potem może jeszcze zdążymy wyskoczyć z panią S. na Trójcowo. Potrzeba mi teraz duchowego wsparcia – bardzo mi ciężko. Ostatnio przez to, że myślę ustawicznie o kupnie domu weszłam na stronę ogrodniczą i odkryłam, że mają nawet lubczyk i agrest.

26 lutego 1999 W pracy bardzo dużo zamieszania. Pani S. poruszona, zmienna i nastrojowa, a ja coraz trudniej to znoszę, jestem coraz bardziej zdenerwowana. Dopełniamy spraw pożyczkowych, podwożę papierki wszelakie i rozmaite rozliczenia. Dzisiaj jeszcze jadę po potrzebne dokumenty do wujka Zdzisia. Jest taki dla nas dobry. To budujące. Bank wymaga paru podmalowań fasady domu, gospodarze zachowują się dziwnie i nie chcą tego robić. Trwa wojna o dwie puszki farby. W końcu chyba nam przyjdzie podmalować drzwi garażowe. Nic na to nie poradzimy.

16 lutego 2000 Już po Walentynkach. Kwiaty i słodycze w szkole, znowu dzięki pani Heni – mojej klasowej łącznicce. W sobotę byliśmy na balu kabaretu Bocian, bawiliśmy się świetnie. Pozostawiona u nas w domu, czekająca na opóźniony samolot, ciocia Agnieszki zrobiła nam przemiły prezent w stylu “Niewidzialnej Ręki” – porządki. Zaambarasowała mnie tym i ujęła. W poniedziałek do drzwi zapukał sąsiad z zawiadomieniem, że zmarł jego ojciec, pan Włodzimierz, najmilszy fotograf i znamienity kwiaciarz. Już nie będę mogła z nim pogadać przez płot, albo wymienić się zaszczepkami. Tak mi było przykro. Obrazki z naszego sąsiadowania przebiegały mi przed oczami. Zdążyłam Go polubić, myślę, że z wzajemnością. Miałam nadzieję, że kiedyś wytłumaczy mi magiczne zasady przesłon i udzieli kilku lekcji fotografowania. Już nigdy do tego nie dojdzie. Kolejny raz w życiu muszę zacytować: spieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą. Dotknęło mnie to także z racji zbiegu dat: wczoraj była 9. rocznica śmierci mojego Dziadzi Barana. W nocy było mi bardzo rzewnie i smutno. Byłam wczoraj w domu pogrzebowym, a dzisiaj na pogrzebie. Pogrzeb był farsą – obcy dla mnie ludzie, niezbyt przyjemny kościół i ksiądz, który razem z nieudolnym organistą stawał w zawody – kto szybciej! Pobili rekord – całość trwała 35 minut. Nie padło ani jedno słowo na temat pasji pana Włodka, nic o zadziwianiu się światem, karmieniu i oswajaniu dzikich zwierzątek, chodowaniu roślin, robieniu tysięcy zdjęć, przyjacielskim i wesołym nastawieniu do świata. O wiele silniej czuło się człowieka w domu pogrzebowym. Stawiłam się tam po pracy, weszłam na salę z bijącym sercem, bardzo tego się obawiałam, a na sali ogarnął mnie spokój. Obecna była jedynie rodzina, wyobcowana i samotna, zakleszczona w nieprzeliczonych rzędach krzeseł. Pomodliłam się i przysiadłam. Wysłuchałam syna, zadziwiłam się historią życia – poplątaną i bardzo filmową. Sama poczułam ukojenie.

3 lutego 2003 Na dworze paskudna plucha, z powiewem przedwiośnia, dzisiaj wielkanocnie śpiewały rano ptaki. W niedzielę pojechaliśmy na 10:30 na Trójcowo, gdzie zagarnęło nas światło. Na tej samej mszy M. otrzymywali figurę MB Fatimskiej na tygodniową wizytę w ich domu. Jacek szedł z wdziękiem przez kościół obejmując z delikatnością figurę. Po kościele pojechaliśmy do nich z całą ferajną. Pomodliliśmy się wspólnie, wzruszyliśmy modlitwami i śpiewami dziewczynek. Spożyliśmy wyborne potrawy pani Jasi. W domu popołudnie spędziłam z Quo vadis, które dzisiaj omawiam. Moje studia trwały prawie do 3. Po głowie teraz przemykają mi nazwy wszelakie, obrazy. I te cubicula i Tygellini i cały ogrom pracy, jaka włożył Sienkiewicz w swoją powieść. Wieczorem zupełnym wysłuchaliśmy w radiu 1490 AM mojej wypowiedzi o bibliotece, nagranej w ubiegłą środę. Wydawałam się sobie uspokojona, Mariuszowi odrobinę nawiedzona. Kasetę, trzaskającą niedoskonale zarchiwizuję. Na środę muszę przygotować raport biblioteczny z ostatnich 4. miesięcy, liczenie zajmie mi ze 2 dni. Ale to dla przyszłości. Na zebraniu muszę postawić sprawę asystenta bibliotecznego, tak dłużej być nie może, nie mogę pracować sama.

7 lutego 2003 Wczoraj nareszcie doszło do kolędowej wizyty zaprzyjaźnionych z nami księdza Andrzeja i siostry Ewy. Dom wypiękniał i stał się bardziej zadbany. Wystawiłam na kremowym obrusie z Domu – krucyfiks Dziadzi z lichtarzami. Świece kupione w Podkarpackiej Barci odbijały się w lustrze babci Maryni, pachniały woskiem i pszczołami – jak kiedyś nasz plac. Przyjechali i pomodlili się z nami bardzo pięknie. Ks. Andrzej poświęcił nam dom. Posiedzieliśmy przy barszczu z królika, pieczeni z tegoż, szynce w boczku i sałatach, kompocie, lodach i ciastach. Bardzo mile zawijała się rozmowa, serdecznością podszyta. Opowiadaliśmy sobie anegdoty i żarty. Dzisiaj korzystając z dobrego humoru F. – robiliśmy przemeblowanie w bibliotece. Mam swój oddzielony kącik przy oknie, i na oku całą czytelnię. Lubię przemeblowania. Sprawy dookoła studniówki zaczynają wrzeć. Dzisiaj Lidzia mi pomoże wydrukować program. Pociągniemy, później odpoczniemy i będziemy się oganiać miotłą od wszelkich innych ofiar całopalnych w imię dobra społecznego.

13 lutego 2003 Wieczorem gościliśmy znajomych z którymi wyjeżdżamy na Florydę. Dogadujemy się bez problemu. Męczy mnie tylko wizja strachu i owego pomarańczowego, wojennego kodu. Ale cóż na to poradzić? Mariusz zaplanował wyjazd na 8. rano w niedzielę. Mam świadomość jakiejś ucieczki, surrealizmu sytuacji – tego, że jakoby nie wypada wypoczywać i to teraz, „w obliczu”. Słowa przypomniane na ostatniej lekcji, na której omawiałam początek II wojny, brzmią mi do dzisiaj w uszach. Tak samo pamiętam nabrzmiałe znaczeniami milczenie słuchaczy. Świat się trzęsie, a my się bawim, panie dziejku! Można się lękać. W pracy okazało się, że wychodząc do skrzynki aby wysłać rachunki, wpuściłam do biblioteki samiczkę wróbla. Biedna odpoczywa, a później dobija się do okien. Jeszcze się nie udały łowy. Dzisiaj także zdziwił mnie swoim wybuchem kolega Amerykanin. Naszą zbiórkę pieniędzy na prezent dla szefa uważa za szantaż (Blackmailing), aż musiałam to sprawdzić w słowniku, gdyż nie zrozumiałam zarzutów. Najgorzej, jak ktoś atakuje, gdyż czuje się winny. Bo to nie było z nim uzgadniane, a jak teraz się nie dołoży (wszyscy się złożyli po 5) to będzie to źle o nim świadczyć. Lepiej świadczyłoby, gdyby powiedział, że nie ma i nie da, a nie wpadał w gniew i wykrzykiwał o tego typu sprawach. Wpada w złość i humory, czepia się i sapie. Minie mu. Dzisiaj także ma zadzwonić S. po wizycie u lekarza z decyzją, czy może wracać do pracy. A tu nikogo nie ma, L. w domu, B. na mieście. Do wszystkiego należy jednak podchodzić z GODNOSCIOM OSOBISTOM, więc podejdę.

14 lutego 2003 W bibliotece wróbelek nadal się nie daje złapać, Mariusz się przygotowuje w domu do wyjazdu. Jeszcze nawet nie zrobiłam prania. Zrobię je jednak dzisiaj wieczorem myśląc o jutrzejszym przemówieniu. Dzwoniła S., lekarka stroskana o jej kondycję – zabroniła jej wracać do pracy do końca zimy. Stąd i moje ukojenie. Jeszcze odmowa się odwlecze. Jeszcze rozczarowania nad nami nie wiszą. 20 lutego 2003 Przybyłam do biblioteki na Key Largo. Będę dziś na brzegu wody wielkiej i czystej. W mieszkaniu gospodarzy zagęszczenie, ale się dogadujemy. Wybierałam się na tydzień, okazuje się, że Mariusz ma nadzieję na dłużej, będę musiała dzwonić do pracy. Jakoś nie mogę się wyluzować i dopiero w śnieżnym Chicago będę żałować, że już znów zima. Chłopy pewnikiem jutro znów wypłyną, może w rozgardiaszu porwę słuchawkę i pogadam z Domem z balkonu. Wszystko tutaj wydaje się już takie znajome. Muszę nastawić się na odpoczywanie, pojeżdżę na rowerze. Studniówka, przygotowania, nerwy i przemowy przeminęły bezpowrotnie. Omówiłam już to tyle razy, że mi się nawet nie chce o tym pisać. Dziadzio powiedziałby: wiedziałem, że będzie dobrze i miałby rację. Moja klasa – taka piękna i dorosła, my z H. odpowiedzialne niemal za całość, a potem siedzące przy stole naszej klasy i oglądające tańczący tłum. Obrazki: Dawidek tańczący z Pauliną w takim niewinnym zachwyceniu, Viki na barkach Łukasza. Ta ich radość, nieświadomość. Energia. Byłyśmy z Iwonką w sklepie, gdzie się samemu robi biżuterię – zrobiłam sobie ozdobnik z koralu, szkła i pereł, połączony jest srebrnym drutem. Cieszyłam się jak dziecko, podczas skręcania kabelków u pana Tadzia nad rzeką. Jedno z milszych wspomnień. Dzwoniłam wczoraj do Wujostwa i uderzyła mnie ich decyzja o wyjeździe. Ale pewnie mają rację. Lęk w Chicago ma inny smak, wojenny. To pewne. Odwiozę ich na lotnisko. Z Mariuszem jest świetnie, chadzamy popołudniami własnymi ścieżkami. Jeździmy na rowerach. Jazda po molo w ocean będzie mi się, mam nadzieję, wielokrotnie przypominała, tak jak brodzenie na plaży.

2 lutego 2004 Po niespodziance w czwartek długo nie mogłam ochłonąć wieczorem. Oboje byliśmy ruchliwi ponad miarę. Długo trwało wypakowywanie prezentów, w domu starałam się je opisać, tak, aby wiedzieć co jest od kogo i komu należy za co podziękować. Wszystko poukładane mam pięknie w nowej szafie w dziecięcym. W piątek zwolniłam, kończyłam katalogować nowe książki, wydrukowałam karty. W domu sprzątanie. Później czytałam Aniołka Pawlakowej. W sobotę także sprzątanie, Zygmunt przygotowywał ściany do malowania. Wyrzuciłam dużo rzeczy, poukładałam na dole. Pojechałam do biblioteki i po obiad. Chłopcy spożyli tym razem kurczaki pieczone. Wczesnym wieczorem szykowałam się na urodziny Oliwki… które po przyjeździe na miejsce okazały się kolejną niespodzianką dla mnie. Ujęły mnie dziewczyny zupełnie. Biedna Agunia dostanie na mnie alergii, poświęciła mi bowiem już prawie tydzień ciężkiej pracy. Mianowałam ją trenerem mojej ciąży, gdyż jeździła ze mną do sklepów do rejestracji, pomagała, doradzała, a teraz użyczyła domu, zorganizowała przyjęcie, powiadomiła przyjaciół i za niektórych w dodatku kupiła prezenty, ochrypła całkiem i się zaziębiła. Dużo zawdzięczam i Gosi, która pomagała Agusi, a względem której z nich zresztą nie mam ogromnego długu wdzięczności!!! Była i Hala z Lidzią (przygotowały polską wersję gier i zabaw), ciocia Danusia przywieziona przez Anię, Viola, siostra Ewa, Ania i Iwonka, Marta, a dołożyły się do imprezy jeszcze dwie Ele. Zresztą nie zdążyłam się jeszcze dopytać wszystkich szczegółów. Ogrzewa mnie myśl, że mam tylu oddanych przyjaciół, a raczej przyjaciółek. Powódź prezentów. Zadziwiające, urocze i zastanawiające. Będę się w dwójnasób starała. Poznawanie przyjaciół w biedzie jest dobre – w radości napełnione szczęściem. Dziękuję z serca! Teraz pozostaje mi betka, skupić się na sobie i dziecku i doprowadzić do szczęśliwego końca, który będzie tak naprawdę początkiem…

5 lutego 2004 Wczoraj nareszcie wysłałam do domu normalny list ze zdjęciami i artykułami, długo go nosiłam w torbie, jakoś nigdy nie mogłam się zebrać na wysłanie. Listy komputerowe zdają się łatwiejsze i szybsze. Pisanie normalnym sposobem zaczyna wydawać się przestarzałe i umykające. Bo tak zostaje czytelna kopia, a inaczej? Kończę wypisywać podziękowania dla ludzi. Zakupiłam czekolady i dodaję je do podziękowań. Żeby trochę choć było słodkiej wdzięczności, żeby choć w części się odpłacić… Za te zabiegi i radość i starania i słowa. Fala radości i życzliwości, później przyjdzie ukojenia i powoli zapomnienia, teraz się pławię w zabawie. Jestem bardziej ociężała. Wizyta u lekarza potwierdziła, że wszystko w porządku. Teraz mam odwiedzać biuro co środę. W niedzielę nas czeka dzień w szpitalu. Na szkoleniu. Mamy się ubrać luźno i przynieść 2 poduszki. Zobaczymy. Dzisiaj ma padać śnieg. Cały dzień dzisiaj mamy po sąsiedzku p. Sabinę, udziela wywiadu-rzeki doktorantce. Widziałam też dzisiaj potomków Haimana. Nie miałam zbytniej okazji do rozmowy z nią, nie chcę przeszkadzać w tym zaaferowaniu. Wychodzę o 4, mam podjechać po farbę do kuchni. Wczoraj nareszcie przyszły szafki. Piętrzą się w dużym pokoju i potęgują zamieszanie. Już mam dość tej partyzantki. Ale wytrzymam. Mariusz dwoi się i troi. Dzisiaj będę musiała zdecydować kolor ścian, mamy już wybrany granit na blaty. Takie życzenie pana domu. Dużo zmian, ale może i to lepiej. Dziecko jest bardzo ruchliwe, szczególnie w samochodzie podczas drogi powrotnej do domu. Tupie i tupie. A ja dopiero dzięki zdjęciom z zeszłotygodniowej imprezy zdałam sobie sprawę jak bardzo się zmieniłam. Taki czas. Czekam soboty i wolnego, aby ogarnąć cokolwiek. Już mam dość jedzenia z mrożonek i półproduktów, zjadłabym normalnej zupy. Ogarnę i ugotuję, nawet w biwakowych warunkach.

6 lutego 2004 Mamy w planach wielkie montowanie, malowanie – mam ciepłą, pomarańczową farbę do kuchni – na apetyt. Jak mi się znudzi, przemaluję. Zadzwoniła do nas Viola i zaprosiła na obiad w sobotę wieczorem. Dbają o nas znajomi, jako o biedactwa bezkuchenne.

9 lutego 2004 Kuchnia zmontowana w połowie, ładnie to wygląda, ekipa dziewczyn najprawdopodobniej wpadnie do nas w czwartek. W niedzielę umęczył mnie kurs, ale uszeregował wiadomości, porównał z innymi 12. parami, nastawił pozytywnie, ostrzegł; Mariusz jest lepszy – wie jak masować i bardzo się mną profesjonalnie opiekuje. Widzieliśmy ze 3 filmy, zapoznano nas z technikami relaksacyjnymi, oddechowymi, zwiedziliśmy oddział porodowy. Dużo korzyści. Czeka nas jeszcze jedna niedziela – podczas której z tą samą grupą będzie omawiana opieka nad dziećmi. W sobotę u Violi i Marka było bardzo miło, była jeszcze jedna para, rozmowy o telewizji, polityce, jak w Polsce. Rozmówcy inteligentni i chętni, lasagna z bakłażanem i krewetki w potrawce z ryżem, domowa szarlotka – smakowite. A po szpitalu w niedzielę kupiliśmy prezenty Oliwce i pojechaliśmy do M. na obiad. Tam jak u rodziny. Wspaniały indyk, ziemniaczki, sałata, kompot i ciasto i morze życzliwości. Część popołudnia przeleżałam na kanapie. Spać położyliśmy się wcześnie. Dzisiaj czułam się dobrze, powkładałam do katalogu wszystkie karty akcesyjne i wiele normalnych. Chcę pozostawić po sobie porządek. Było kilku czytelników z życzeniami – bo już się ze mną nie zobaczą. Miłe słowa. I teraz jadę do domku, może cos ugotuję? 10 lutego 2004 W bibliotece dzisiaj zajęcia budowlane – konstrukcja drewnianych półek, i sceneria jak w domu, jedynie mniej zakurzona. Nie mogłam znieść zapachu farby i wkładałam karty w innym pokoju, trochę pospacerowałam dzięki temu i ochłonęłam, zamówiłam wolontariuszom pizzę chicagowską tzw. deep dish, była bardzo sycąca. Teraz trochę pobolewają mnie kości nóg. Zamierzam wyjść dość szybko i pomóc w domu. Tam Mariusz cały dzień popychał sprawy – kuchnia się już stanowczo rysuje. Ale jak przy wszystkim trzeba sprawdzać dostawcę, reklamować usterki i niedomówienia, dzwonić. Wszystko się lekko przedłuża w czasie. Uczę się cierpliwości. Takiej finalnej. Sprzątam po sobie każdego dnia, chcę pozostawić uporządkowaną bibliotekę. Dzisiaj na dworze było słonecznie. Ładnie. Może wieczorem pójdziemy na spacer?

13 lutego 2004 Tak mnie ogromnie cieszą wszelkie słowa otuchy i wsparcia. Dzisiaj wielki dzień sprzątania w domu – Gosia przyjeżdża już za godzinę. Zaraz zwalniam się z pracy i jadę raczej pomagać. Uskrzydla mnie ta pomoc i bardzo rozczula. Jak w porzekadle prawdziwych przyjaciół… Ma pojawić się i Halinka. Nie ukrywam, ze jestem ostatnio senna i zmęczona, poirytowana. Pokładam się jakoś, jutro mam nadzieję się wyspać i zadzwonić do domu. Odreagować.

17 lutego 2004 Po przeczytaniu listu od Ani, aż mi się łzy zakręciły w oczach, gdyż czuję się, jakbym żyła w pożyczonym czasie, jest wtorek, wczoraj miałam wolne, i właśnie wychodzę z pracy, Gosia i Ania są już w domu gotowe do pomocy w sprzątaniu, a mnie nie ma, aż głupio.

18 lutego 2004 Bardzo dużo wydarzeń w weekend. Wczoraj nawet nie miałam jak ich opisać, a czas ucieka i tyle pomocy serdecznej można pominąć… W piątek były u mnie Gosia i Halinka, myły w spartańskich warunkach talerze, układały je na półkach. Gosia jest mistrzynią organizacji, jak generał włada wiedzą i talentami organizatorskimi. Wieczorem zamówiłam chińskie, w międzyczasie wpadli sąsiedzi z ulicy na mierzenie blatów. Podłączyliśmy zmywarkę i zaczęła się polka… Przy płukaniu woda wyciekać poczęła szufladami nowej szafki – okazało się, że przerdzewiałą rura. Szybka akcja, telefon po hydraulika, który zmieniał rury w bibliotece. Pojawił się w sobotę. Suma gruchnęła $1500. Oj. Ale nie ma wyjścia. Około południa przyjechała Gosia, zrobiła dla mnie w międzyczasie zakupy w Ikei. Nadjechała Wiola i zaczęła się ciężka polka. Najcięższe prace w archeologicznym kurzu. Jak ja im jestem wdzięczna!!! A ile było przy tym śmiechów i radości. Jak sprzątanie na święta w gronie rodziny. Tak z serca ofiarowały nam dzień serduszkowy. Dla serduszka. Jak to jest z tym dobrem? Rodzi nowe! A mnie roztkliwia. W trakcie dnia dzwoniłam do domu i dzwonili rodzice Mariusza, wiele życzliwości. Wieczorem dojechał Marek. Mariusz pracował z p. Wiesiem przy rurach, ciął na powrót ściany. Po wieczorze mam pseudonim Piórkownica od wyjątkowego wystąpienia z piórkiem do ścierania kurzu. Pomimo prac był to jeden z najmilszych dni Serca. W niedzielę uczestniczyliśmy od samego rana w 2. części szpitalnego kursu dla młodych rodziców. Ciekawe nowe doznania, dzielenie się radami, oswojenie tematu. Ze szpitala pojechaliśmy do Gosi na obiad. Gosia zachowuje się jak starsza siostra. Tak bardzo o nas dba. Rosół był wyborny, mięsiwa, sałaty, owoce, ciasta. Skąd Gonia bierze siłę? Podziwiam i mam nadzieję jakoś Jej te starania zrekompensować. Spędziliśmy u nich niedzielę w towarzystwie młodszych K. i dzieci. Takie kojące rozmowy, tyle spokojnej radości. W poniedziałek odleżałam swoje. Wyszło chodzenie po schodach. Spędziłam przedpołudnie w łóżku z autobiografią Chmielewskiej, zadzwoniłam do ubezpieczenia, wypisałam rachunki, kartki z podziękowaniami, zrobiłam pranie wyprawki dla dziecka. Zadzwonili Rodzice. W trakcie dnia zakwitła pięknie doniczkowa męczennica. Wieczorem wybraliśmy się do sklepu po baterię do zlewu i rzeczy dla dziecka. Wszystko zaczyna się powolutku układać. Wczoraj znów wyszłam wcześniej z pracy i zastałam w domu Gosię i Anię. Część domu błyszczy. Pospolite ruszenie sercowe. Wczoraj „gotowałam” z Browns Chicken, szybko nam wyszło. Przyjechali 4 chłopcy i zamontowali blaty. Odrobinę inne niż myślałam, ale ciekawe i pasujące do domu. Wszystko jest po części kompromisem i niespodzianką. Dzisiaj byłam u lekarki, wszystko bez zmian… dobrze, ale czekanie. Nic nie jest wiadome. Właśnie w domu hydraulik kończy naprawy. Wydawać by się mogło, że powolutku ogarniamy nasz zamęt.

19 lutego 2004 Rankiem zadzwoniłam do domu. Rozmawiałam z Rodzicami, wujciem Czesiem i najdłużej z Anusią. Jest mi bardzo bliska i przejmuję się jej stanem, ona moim, tak to na okrętkę. Bardzo chciałabym, żeby byli bliżej. A tu się nie da przeskoczyć oceanu. Będziemy ze sobą we troje. Podstawa naszej egzystencji na trójnogu. Wyrastam z pracy, skończyłam przed chwilą wkładanie kart do katalogu, teraz będę jedynie robiła wszystko na bieżąco. Wczoraj odwiedziły mnie przed wieczorem Agusia i s. Ewa. Kochane, pamiętające. Koło życzliwości. Agusia ma inne, medyczne spojrzenie na nasz stan. Ciekawi mnie inny punkt widzenia. Jest pomimo całej otwartości skryta. Przed chwilą wpadła do mnie współpracownica z PRCUA Julie z urodzoną 3 tygodnie temu córeczką Lily. Małe cudo, aż dziwne, jak namacalne. Nowe wrażenia. Dzisiaj może mi się uda odrobinę skatalogować. Wychodzę wcześniej, najprawdopodobniej wpadnie Gosia. Mariusz czyni dzień cały poprawki itp. Od wczoraj mamy wodę w kranie. Aż proszą się większe zakupy i nareszcie jakiś domowy obiad. Choćby zupa. Powoli i o czasie. Z uśmiechem i dystansem.

20 lutego 2004 Wczoraj Gonia i Hala dokonały reszty w dziedzinie sprzątania, jest ładnie i czysto. W przerwie zmusiły mnie do leżenia. Będzie trzeba odrobić w polu. Po wszystkim śmialiśmy się wszyscy aż do łez z życiowych historii. Dzisiaj pierwsze śniadanie w nowej kuchni. Krzesła są zbyt niskie i siedzi się przy nowym blacie jak w pierwszej klasie w nowej ławce. Muszę przesadzić kwiaty doniczkowe zamordowane kurzem. Dzisiaj od rana padało. Taki wiosenny deszcz. Przed pracą zrobiłam zapas znaczków pocztowych, kupiłam czekolady dla współpracowników z podziekowaniem, oddałam książkę na CD do biblioteki, a w pracy pozbierałam swoje rzeczy i kolejny raz przeszkoliłam panią Krysię w katalogowaniu, ale i tak nie zrobiłam wszystkiego. Zabiorę dziś swoją lampkę. I tak po trosze. Nie wiem, wrócę w poniedziałek, czy nie. Po wczorajszym sprzątaniu czuję się obolała. Dziecko ruchliwe, atmosfera życzliwości, ale i pytania – jeszcze tutaj? czasami wyprowadzają z równowagi. Dzisiaj Mariusz położył zabezpieczenie na podłogowych płytkach. Inaczej się wraca do domu. Co prawda wzrosła góra gruzu na dworze, ale i po nią mają przyjechać specjalni budowlańcy-śmieciarze. Jakoś się nam niebo klaruje. Wybieramy się jutro do sklepu po stolik do przewijania i inne drobiazgi. Ostatki… takie prawdziwe.

W 2005 przebywała u mnie Mamuna z pomocą. Porozumiewaliśmy się emaliowo.

10 lutego 2005 [Mama] Nasza Sroda Popielcowa. Wszystko ma swoj wlasny tor wydarzen. Obawa Malgosi swoim stanem pomalu sie wyjasnia. Dzisiaj wszyscy bylismy w kosciele. Slowa „pamietaj, ze prochem jestes i w proch sie obrocisz” sa bardzo wymowne. Msza byla krotka i w drodze powrotnej zasnal nam Tunio. Po powrocie spal chwilke i dospilal jego i siebie na nastepna godzinke. Pogoda wilgotna i mnie zaczyna rozbierac. Wzielam to co trzeba w takich razach, ale jak dotad jestem nieswoja. Dobrze, ze jeszcze jutro Malgosia jest w domu. Ku naszemu zdziwieniu Mariusz usmazyl tune i zrobil frytki. Obiad byl wyborny, nawet nie wypadalo takiego obiadu jesc dzisiaj. Tunio zajadal sie ryba. Rozpalil Mariusz w kominku, drewno z choinki mokre i nie chcialo sie palic. Caly wieczor Malgosia pracuje przy katalogowaniu. Ma jeszcze duzo roboty, aby sprostac wymogom 20 szt. dziennie. Teraz czeka na to, ze Tunio sie obudzi i trzeba sie nim zajac.

[Tatul] Swiat jest maly. To fakt. Jedne swieta z Amerykanami, inne z Krakusami. Jedna klamra spina te dwa – to Czesiek dopilnowujacy dom. Powital mnie w czesciowo nagrzanym juz domu. Dobre to ogrzewanie. Male pstryk i juz zmienia sie swiat. Odebralem gazety z kiosku i w trakcie tej czynnosci rozmawialem z Todkiem, ktory szedl do apteki – on jest daleko dalej zaawansowany rodzinnie skoro ma 14 wnukow. Oboje dziela sie na kawalki, chcac zadbac o swoje sprawy – a maja powazne problemy zdrowotne – jak i o problemy swoich dzieci i wnukow. My jestesmy w podobnym miejscu zycia. Mimo chwilowych niedyspozycji, jednak ciagle w niezlej formie, skoro nadazamy za wyzwaniami losu. Najwazniejsze jest jednak to, aby miec do kogo jechac, aby byc osoba oczekiwana i nie meczyc sie wzajemnie ta nowa sytuacja. Ja doswiadczylem zyczliwosci tam i tu i ciesze sie, ze dzieci maja swoje zycie uregulowane. Wyznaja akceptowany powszechnie system wartosci. Wiedza co jest wazne w zyciu i daza do celu. Mam wrazenie, ze sa szczesliwe. A my?

[Moje] Zupelna racja i z obserwacja i nastawieniem. Pojechalam do pracy, a Manio z Mama i Tuniem zostali. Wybierali sie do Target na zakupy. Wypadaloby zostawic samego Mariusza na caly dzien z Malym, docenilby nasz trud. Mamunia juz lepsza, choc wczoraj sie o Nia balam, bardzo kichala. Poratowal nas obie napoj Indian. Mamusia pomagala mi dzielnie i glownie dzieki Niej ukonczylam katalogowanie 60 ksiazek, mojej dzialki tygodniowej, nie zeby mnie ktos bardzo sprawdzal, ale moje sumienie i post. Lepiej byc OK. Zjedlismy lunch z O., wiec mamy na biezaco, nawet poczestowali nas grzankami z serem, pyszne, takie z patelni, a jakie kaloryczne! Idziemy pojutrze na koncert Haliny i Lajkonika – jak go Tunio zniesie? Czy mu sie spodoba? Zobaczymy. Moja dobra znajoma z Polski ma raka, cierpi, pisuje do mnie, a ja mysle i o niej i o zyciu i tym pospiechu.

16 lutego 2005

[Anusia] Bardzo dziekuje za przepiekne kartki, slowa, serce, ktore czekaly na mnie dzis w skrzynce! Nawet koperte. Bardzo mi sie zrobilo cieplo i blisko. Jakos nie patrzylam dotad na walentynki przez aspekt rodzinny. Nie obchodzilismy z PI jakos szczegolnie tego czasu. Moja walentynka polegala na kolacyjnej wersji placka ziemniaczanego w ksztalcie serca. Troche byl przygruby przez to nadawanie formy ale nawet smaczny. Moze kiedys zafundujemy sobie jakas kolacje na miescie tudziez kino, jak tysiace par na swiecie, moze nawet w Krakowie. Ot, dla couragu i swiadomosci wiekszego uczestnictwa w spoleczenstiwe. Na razie sie kochamy na codzien a takie troche panstwowe swieto jakos budzi wewnetrzny protest… Moze to sie kiedys zmieni. U nas plucha, mokro, zimno i nieprzyjemnie – niezbyt pozytywnie to nastraja. Leniwie plyna dni – jeden za drugim i bardzo podobnie przebiegaja. Budzenie/gotowanie/jedzenie/odpoczynek/telewizja/chwila ksiazki i mija dzien – wraca PI – chwile razem i juz sen. Z czasem sie czlowiek przyzwyczaja, ale tylko w pewnym stopniu, bo fantazja i pragnienia zostaja. Lepiej zeby z tego robily sie piekne marzenia i sny o takiej troche…”normalnosci” niz zawod i frustracja. Czesto i do marzen trzeba dorosnac. Ja mam nadzieje ze wiosna mi pomoze – pchnie ta wilgoc ze mnie, wroci inny kierunek myslom, swiatlo doda wigoru i wstane jak fenix z popiolow!”-) Zawsze daje mi duzo energii i choc czasem za duzo – takiej promesy energii, ktora by juz wszedzie chciala, to i tak i sobie i Wam tego zycze. Malgosiu, ciezko dodawac odwagi i sily chorym na raka, prawda? Jesli nie wiesz jakich slow uzywac, to pozostaje nadzieja, ze poniewaz jest w Tobie tyle sily i checi zycia – moze po prostu to samo podziala zarazliwie. Ja moge poszukac w swoich gazetach madrych artykulow o raku – o tych innych jego aspektach – chcesz? Zmeczona – ide odpoczywac. Dziekuje i za modlitwe starenka – poczytam. Moze cos upieke, zeby bylo w domu i pachnialo domem..:-) Tupek sie jakos narawia – jest kaprysny a zaraz potem wymagajacy i juz po chwili jak gdyby nigdy nic kladzie sie kolo mnie i czuwa. Ech…te kocurki;-)

19 lutego 2005

[Moje] Prawie po pracy. Bardzo duzo dzisiaj zdzialalam, K. pomogl mi bardzo z komputerem, czulam, ze mnie lubi i nie przeszkadza mu pomoc. Ofiarowalam mu cukierki. Bylam dzieki sloncu pelna werwy i entuzjazmu. Bylo wiele osob, mlyn, ale mily i bezproblemowy. Jakos dobrze wszystko poszlo. Maly budzil sie w nocy z buczeniem, ktore mnie zaniepokoilo, rano zaprzeczyl sam sobie, byl w siodmym niebie z Babcia i Tatusiem. Przygotowania do jubileuszu trwaja i wszystko powoli sie uklada w calosc, ludzie chetnie wspolpracuja. I chwala. Porzadkuje komputery i orgazniuje tam wszelkie pliki, wywalam zmory przeszlosci i zupelnie zapomniane gryzmoly. W domu podobnie, musi byc bowiem najlatwiejszy z mozliwych w sprzataniu, zadnych zasadzek. Wedlug przewodnikow powinnam sie poczolgac i zobaczyc swiat z punktu Tunia i wychwycic zagrozenia, nie omieszkam. Mariusz wybiera sie jutro na narty, a my leniwie posiedzimy, z rana mam znow dentyste. Mam w planie mile filmy i zabawy i na pewno wycieczke w plener. Niechby tylko mniej wialo… Coraz blizej wiosny, juz szczaw sie podnosi i narcyze. W planach 1. urodziny Tunia – pewnikiem postawimy na termin w Oskary. Taki szybki byl ten rok, tak pedzil… A tu przyjecie z tortem i obiadem. Juz sie zbieram, za oknem szarzeje niebo, auta sie wloka. W poniedzialek wolne!!! Prawdziwe, bez zsylki do katalogowania!

[Tatul] Z radoscia czytalem list od Ciebie. Zupelnie inny duch w nim (w stosunku do klimatow ostatniej naszej rozmowy) pobrzmiewa. Wola dzialania, energia, inicjatywa – zupelnie wiosenny nastroj. Precz smuteczki zimowe. Nowa era. W dzialaniu jest sposob na wiele problemow, tych z wlasnym cialem, z mezem, mama, synkiem. Piekne to nowe podejscie – widziec swiat z poziomu Tunia i tak dzialac. Gdzies w swiecie byla ostatnio wystawa mebli dla doroslych uzywanych przez male dzieci. W odwroconych proporcjach. Ludzie siadali na krzeslach, sedesach, kladli sie na lozkach ogromnych chwalac sobie to doswiadczenie, pozwalajace lepiej zrozumiec malego czlowieczka. Podpowiem. Sprobuj ten sam pryzmat zastosowac w relacjach z Mariuszem i mama. Pomoze. Powiesz- latwo radzic! Wiem, ze trudniej to urzeczywistnic. Czasami przypomina to walenie glowa w mur. A propos mur. Stefan Kisielewski powiedzial kiedys: „Nie wierz czlowiekowi, ktory ci mowi, ze glowa muru nie przebijesz. Walenie glowa w mur to czynnosc o duzym znaczeniu poznawczym: uzmyslawia ona walacemu sile muru w sposob niezwykle dobitny i plastyczny – inaczej znalby ja tylko ze slyszenia”. Moze zacytujesz to komus.

24 lutego 2005

[Moje] Tatulu! Moze nareszcie naprawilam komputer, mam taka nadzieje. Tymczasem pisze z pracy. Ostatnie dni zdominowala tragedia mojej przyjaciolki z PRCUA, pani Ani. Zmarla jej wnuczka, 18-letnia Katie. Zle sie poczula w piatek popoludniu, zmarla w niedziele rano, na rekach swojej zrozpaczonej Mamy. Bylam z Mamunia wczoraj w domu pogrzebowym, gdzie morze kwiatow, ogromna kolejka mlodych w czerni oczekujacych na chwile modlitwy przy zmarlej. Dziewczyna w trumnie, wygladajaca bardzo realnie i spiaco. Trumna w roze, zrozpaczona babcia, rodzina, nawet my same. Dzisiaj pogrzeb – spiewajacy kolega, piosenka specjalnie dla niej i wszyscy placzacy, ci twardziele z klasy, przystojniacy, lanie jak modelki. Kazdy dostal przy wyjsciu po rozy z wiencow i to piekny zwyczaj – zabranie pamiatki po zmarlej, ten parking pelen ludzi w czerni z kwiatami i slonca. Zapiera dech. A to, ze w pracy czekala na mnie ksiazka K. z wywiadem sprzed 3. lat wydaje sie tak niewazna sprawa i zupelnie marginalna…

Podoba mi się ta konwencja mojego życia z 3. stron – pozostawiam wyjątki z trialogu jako zapiski 2006

1 lutego 2006 Wczoraj jednak bylam u fryzjerki (pasemka), pozniej w sklepie, pozniej na nauce tanca/cwiczeniach. Tak wzielam sie za siebie i postanowilam. Wtorkowe wieczory w ruchu. Dzisiaj bola mnie kosci, miesnie i takie tam kolana, ale czuje sie zadowolona. Doszlam takze do jako takiego uspokojenia w kwestii niani – po wielu ustaleniach zdecyduje sie na moja prawie sasiadke, najspokojniejsza siostre Jacka – Krysie. I swoja jest i nie do konca, i lubi na tyle dzieci, ze bedzie dobra, nie bedzie miala takze daleko, bedzie na podoredziu, ma wolne srody, a inne dni pracuje co drugi tydzien, bedziemy sie wiec ukladac, Jakos lepiej mi z ta decyzja, jestem spokojna. I tak mam. Wiele zmian, jakies wewnetrzne przegrupowanie i planowanie dlugoterminowe.

7 lutego 2006

[Mama] Dopiero przed chwila udalo sie zlikwidowac „virus” trojan horse. Dlugo to trwalo. Dostalismy wiadomosc na sekretarce jednakze brak polaczenia oddalil odpowiedz. Ciocia nie mysli o lawnikowaniu, chyba ze przyjeli by ja tam i utrzymali na dobrym poziomie…, mysle, ze z Joziem. Na pamiatke przyslij im to pismo do kolekcji rodzinnej. Jesli otrzymasz wiadosc to bedzie wielki sukces naprawy PC przez Piotrka droga telefoniczna. 8 lutego 2006 Dzisiaj swiat tapnal i latalam nieprzerwanie jak kot z przyslowiowa. Kazdy cos chcial, powinnam sie do tego przyzwyczaic. W poniedzialek poruszylam niebo i ziemie, aby wyjasnic losy spuscizny Tymoteusza Karpowicza, dzwonilam do Polski, sprawdzalam dane z siostra zony zmarlego, pozniej z konsulatem, nawet dzwonil do mnie sam konsul generalny. Bylam przejeta i zdenerwowana. Zobaczymy, co z tym bedzie dalej. Wniosek mam jeden: nalezy zawsze dbac o testament, nawet krotki, gdyz bez niego sprawy tylko sie komplikuja. We wtorek katalogowanie, czas z Malym i 2. spotkanie taneczne w ramach ruszania, bardzo sie zmeczylam. Dobrze. W domu na mnie czekali, do po 9. umylam syna i ulozylam spac. Dzisiaj sprzatalam od rana, gdyz spodziewalam sie 1. wizyty Krysi, czyli przyszlej niani. Przelozylismy ja na jutro. Miala gosci. Pozniej jazda na rowerze, cd katalogowania i spacer z Tuniem i Babcia Zosia po kolejne auto do Walgreensa, tym razem pomaranczowego trucka. Pozniej wizyta w banku i praca, a tu kolowrot, nic nowego. Przerabiamy te masy, wysylamy te rozne maile, opanowujemy chaos. 10 lutego 2006 [Anusia] Czesc Malgoniu Taneczna!!! Juz zaczelam pisac w zeszlym tygodniu ale mi ulecialo! No swietnie. Pomysl przedni. Ta aktorka, ktora grala w „i kto to mowi” bardzo utyla i czytalam, ze ostatnio tez sie podjela tanczenia. Nie dosc, ze bardzo schudla, to ciagle i ciagle ma malo. No i – oprocz ubytku wagi – swietnie sie czuje. A jak takie zajecia wygladaja? Taniec wolny czy w parach? I jeszcze pytania rodzicow. Twoj swiat jest dosc zagoniony… A to znaczy ze ciagle jestes w ruchu i ciagle tym samym pozwalasz ziemi nalezycie wirowac;-) Teraz jeszcze koncert Soyki – Wy to jakos wspolorganizujecie? Jak z niania? Udalo sie juz spotkanie? Obeszlo sie bez licznych komentarzy i obaw? A jak Tuncio? Ja sama jakos mam malo czasu. Dzis odwolane igly z powodu choroby lekarza ale mam co robic bo znajoma dobrego kolegi zaklada gabinet masazu i na gwalt potrzebuje pomocy przy Business Planie. (W zamian za masaz;-) ) Wiec siedze, czytam i studiuje i widze ze zapowiada sie troche roboty.. Daj Boze sily jesli to cos co mnie wzmocni i nada kierunek w zyciu! Caluje na teraz i biore sie za ksiazke…hm..fachowa. Ania

12 lutego 2006 Jest niedzielny wieczór, bardzo dużo się wydarzyło podczas weekendu i wcześniej, prawie nie wiem od czego zacząć, a chcę, gdyż coś Was zaniedbuję. To spróbuję w skrócie. W czwartek byliśmy z Zosią i Tuniem na zajęciach dla dzieci w kościele luterańskim przerobionym na dom kultury, później była u nas Krysia, przyszła niania, z wizytą kurtuazyjną na którą przyprowadziła także swoją teściową, która będzie u niej do końca maja. Tunio zyska dwie osoby. Krynia kochana przyniosła zabawkę i umiejętnie pozyskała sobie Tunia. Mam nadzieję, że będzie dobrze, Zosia też jest tego zdania. W tym tygodniu – rewizyta. W piątek pierwszy dzień lekarzy, miłe powitania ze znajomymi sprzed 10. lat. A wieczorem – wypad do Józka na zaaranżowaną naprędce imprezę. To nic, że spędziłam w samochodzie ok. 3 godziny jadąc po M. i z powrotem, ale poznałam miłych ludzi – Jaśka, Lidkę, Michała i Krzysia, oraz poznałam na nowo Basię R., N., a raczej Iwonę. Miłych ludzi z Polski zawiozłam do Drake’a, Jasia do Kingston Mines, Mariusza do domu, zajechałam w samo prawie na pobudkę nocną Tunia. W nocy budziliśmy sie kilka razy. Wstałam po 7. żeby zdążyć na 9., o której byłam zamieszczona w programie z moim powitaniem i odezwą do lekarzy, aby zostali członkami muzeum. Zdążyłam na czas i zastałam… moich 3. nowych znajomych lojalnie czekających na moje wystąpienie. Poszło gładko, ale spodziewaliśmy się co najmniej 3X więcej słuchaczy. Być może zyskałam kilku nowych członków, czas pokaże. Na reszcie wystąpień zostałam, siedziałam przy Józku, który tłumaczył mi niektóre terminy. Wiele się dowiedziałam, a przede wszystkim tego, jak zrobić poprawną prezentację power point oraz jak przemawiać. Inspirujące. Bronek sprawdził się świetnie, był bardzo dobrze przygotowany. W przerwie zaprowadziliśmy z J. chętnych do Pokoju Paderewskiego. Otrzymaliśmy po pamiątkowym medalu. Później mówili goście z Polski. Okazało się, że Lidka jest dyrektorką szpitala, w którym jest świetny oddział okulistyczny, od razu pomyślałam, że pomoże p. Kaziowi, który ostatnio zaniewidział. Później przemawiał profesor, który najprawdopodobniej leczył Danusię. Robiłam mu zdjęcia, pytałam, coś kojarzył – przyniosłam więc z biblioteki jej książkę i ofiarowałam, może jakoś jej pomoże? Po wszystkim zabrałam polską 3. do biblioteki i zawiozłam do hotelu. Przygotowywali się do balu, a ja bawiłam się z Tuniem w przewracanki. Dzisiaj, lepiej wyspana, pogadałam z Wami i pojechaliśmy do kościoła. Tam lekarze mieli mszę, Tunio przerywał biskupowi powtarzając amen. Podczas komunii zauważył dziewczynki i musiałam z nim zejść, aby pobiegali na dolnej scenie. Widziałam się z kilkoma znajomymi, przedstawiłam Lidkę potencjalnemu pacjentowi, Tunio wrąbał 2. pączki, gdy się wgryzał w jednego z nich można było zauważyć, że jest tylko tochę zmniejszy od jego głowy. Bardzo się usmarował. Tam się rozdzieliliśmy. Pojechałyśmy z dziewczynami, Jasią, Zosią, Halą i Agą do kina. Tam po lampce wina obejrzałyśmy miły film w stylu Magdy M. z głośną, miłą muzyką i ładnymi zdjęciami, coś sercowego i kobiecego. Było to wspaniale popoludnie, tak oglądać jest milej, radośniej, cos na kształt wakacyjnego wypadu z przyjaciółkami w środku zimy. Przeniesienie Florydy do Chicago. Po filmie pojechałyśmy do wyszukanego przez Agę C. sklepu z antykami – herbaciarni. Było przednio, naoglądałyśmy się drobiazgów, zjadłyśmy całkiem przyzwoitą pizzę i napiłyśmy się 4. interesujących herbat. Najbardziej smakowała mi jazz-man z mlekiem i miodem, która okazała się herbatą jaśminową. Wybiórczość słuchu. Było nas 11. Będą zdjęcia. Będę z przyjemnością wracała do tych chwil, obrazów, smaków i zapachów. Musimy się częściej spotykać! Agula C. dyskretnie zapłaciła za poczęstunek w tym fenomenalnym miejscu, sprawiając nam tym samym prezent walentynkowy. Po wszystkim przyjechałyśmy do nas, tu szybki obiad ze wszystkimi, później baja z Tuniem, kąpanie, usypianie i teraz pisanie przy relacji z olimpady. Jutro znów muzeum, i już nowe przygotowania, ale to jutro. Dobranoc.

15 lutego 2006 [Mamuna] Witajcie, czy uda sie wyslac ten krotki list – jeszcze nie wiem. Bede wiedziec za chwile. Zmarzlam dzisiaj odpowiednio i ciezko wrocic do normalnego trybu postepowania. Biernie stalam w rynku do czasu az p. J. zrzucil snieg ze starej czesci domu. Bylo go prawie 70 cm. Czesc na podworze a czesc na klomby od rynku. Tate wyslalam do domu. Zamknal stodole, rozpalil w piecu i przyjechal po mnie. Bylismy jeszcze na cmentarzu 15. 02 to juz 15 lat od smierci mojego Ojca. Mam to przed oczami i tak trudno przejsc do normalnosci. Czekal na nas, az przyjedziemy ze Staszowa. Czlowiek jest bardzo silny i przetrzyma wiele, a w zasadzie dopiero sie sprawdza kiedy staje przed wyzwaniem. Wieczny odpoczynek racz Mu dac Panie a swiatlosc wiekuista niechaj Mu swieci na wieki wiekow Amen. Powtarza sie historia – jutro praca przy zcinaniu drewna jak 15 lat temu, kiedy nie my a zlodzieje wycieli najgrubsze olszyny wiedzac, ze zajeci jestesmy sprawami przy Zmarlym Ojcu, a nie zwracamy uwagi na inne sprawy. Rozmijaja sie rocznice pogrzebowe i slubne. Jutro 49. rocznica slubu Cioci Hani i Wujka Jozka. Pojdziemy tradycyjnie z jakims trunkiem do nich na swietowanie. Maja Kube Magdy u siebie. Szybko adoptuje sie do zmiany otoczenia i wszedzie jest mu dobrze. Beata jest zapisana na 16. 02 ale urodzila sie 12. 02 i w ubiegla sobote bylismy na kolacji rodzinnej u nich. Tak toczy sie dzien za dniem. Jutro nowe wiesci. Zatem do poczytania. Cdn. Slemy Walentynkowe pozdrowienia dziekujac za pamiec i kontakty telefoniczne. Pa. LP

Kochana Mamuniu, ja to paskuda przeoczylam, a nigdy nie pisalas mi na temat smierci Dziadzi, nie kojarzylam tez tego umyslnego wycinania olszyn. Pomodle sie. Tak to ten czas biegnie az przeszywajaco ucieka. Jestem z Toba, choc niby po czasie, ale zupelnie tak jak i 15 lat temu – portierka poczekala do rana z wiadomoscia, pamietam to jak placzaco jechalam i pamietam to odrealnione ostatnie pozegnanie, profil Dziadzi na tle sciany, wyziebiony dom, wyjscie przed dom, otwieranie dzrzwi, zebranie na cmentarzu, pozniej stype z tym radosnym krewnym spod Sandomierza. I jeszcze – w 2. miesiace pozniej pojawil sie Mariusz. Czyli i my mamy juz taki staz. Zycie, nowe zycie, smutek, radosc, euforia. Zadziwiajace. Zycie. Dzisiaj udalo mi sie skatalogowac 40 ksiazek, ale kosztowalo mnie to bol glowy. Po obiedzie z ratatui i zupy botwinkowej poszlysmy do sklepu po zdjecia. Teraz uspilam Malego i pojde spac, pewnie polkne tylenol, jutro mam spotkanie w pracy z konsulostwem, wczesniej musze kupic kwiaty na stol. Jakos chcialabym sie wyspac do syta.

[Mamuna] Po przezytym dniu, zalatwieniu wielu niecierpiacych spraw i wzieciu udzialu w cwiczeniach prawie 40 min razem z p. rehabilitant z kasety mozna powiedziec ze czujemy sie w miare O.K. Po poludniu poszlismy do C&W jubilatow. Oczywiscie tylko my i Andrzej z Ewa. Jak zawsze przygotowana i oczekujaca Ciocia Hania. Dziekuja za pozdrowienia i pozdrawiaja Was. Pogadalim o wszystkim. Ojciec Ewy coraz slabszy, wymaga opieki 24h. Wszystko odnawia sie w pamieci i nie wiadomo jak wesprzec, to trzeba przezyc. Mozna wspolczuc jedynie. Choroba zmienia ludzi i ich stosunek do spraw dnia codziennego.

[Ja] W pracy poszlo luzniej, spotkanie z konsulostwem gladko, co przyniesie poznanie sie osobiste? Czas pokaze. Pozniej kilka spraw ustalilismy, sama sie kilku podjelam, tych szczegolnie w ktorych jestem dobra np. opracowania nowej broszurki – mam ochote ja zabrac do Teksasu. Chciec to moc. Zadzwonilam do Mariusza i dowiedzialam sie, ze w Home Depot maja weekendowa oferte – zadnego finansowania przez rok. Kupilismy wiec parkiet – byl na wyprzedazy. Standard debowy, zoszczedzilismy $400. A jezeli Mariusz polozy ten parkiet to zaoszczedzimy $5000. Tyle kosztowala robocizna u Piotrka. I coz z tego, ze podoba mi sie drewno rozane? Kosztuje dwukrotnie, lub trzykrotnie wiecej. Szybciej sie ostatnio godze na znizki. Jutro w pracy cd ustalen zwiazanych z nowa wystawa, na przyszly tydzien mam 2 wizyty u doktora – wszystko na ostatnia chwile, ale tak schodzi, sami wiecie, a teraz odjazd Rodziców jest dopingiem. Posprawdzam sie, pozniej planowanie bedzie trudniejsze. Kolejny egzamin z rodzicielstwa. Zorganizowania, odpowiedzialnosci. Sama nie wiem.

17 lutego 2006 Bylam w pracy do pozna, a teraz za chwile kapiel i czytanko. I mialam bardzo wiele spraw i zalatwien, opracowywalam nasze 2 kolejne przedsiewziecia… w zamian za L., w domu apogeum nie wiem czego, kupilismy wczoraj parkiet, a dzisiaj nie mamy podlogi, Mariusz byl w domu i zerwal plytki, parkieciarz przychodzi w poniedzialek klasc podloge, Dziadziom pozostalo 10 dni, az dziw bierze. Nastawianie Malego na zmiane otoczenia nam pozostanie, pewnikiem czeka mnie jutro malowanie, trzebaby bylo odswiezyc sciany, juz sa bardzo popaprane. W domu zmiany i to oczekiwanie na pakowanie, smutna, zawiesista atmosfera.

[Rodzice] Tak sie sklada, ze przekazujemy wszystkie wiadomosci – dobre i zle. Mamy lekka odwilz i chaldy sniegu zsuwaja sie z dachow. Obrady sejmowe burzliwe, jedni drugich oczerniaja. Komu wierzyc? Prawda szybko wyjdzie na wierzch – po czynach i sposobie rzadzenia ich poznamy. Parkiet to postac deski czy klepeczki do ukladania. Podzielamy decyzje o wyborze parkietu z uwzglednieniem mozliwosci kieszeni. Mozna miec Malgosiu nowa podloge i wolne srodki na cos extra rownie potrzebnego. A czy mozna zapytac kiedy go polozycie?

[Ja] mamy deski, podluzna klepke juz na wysoki polysk. Parkieciarz przychodzi w poniedzialek i ulozy wszystko w 2 dni, czyli wyrobimy sie przed wyjazdem rodzicow, termin mobilizuje. Mariusz juz zerwal polowe podlogi, gdyz ma wolne i animusz. Tak juz bywa.

18 lutego 2006 [Tatul] Gratulujemy pomyslu i blyskawicznej realizacji. Tak sobie myslalem, ze zastosowanie gotowej klepki wyeliminuje koniecznosc malowania – a to bylaby okropnosc ze wzgledu na dlugo utrzymujacy sie zapach. Wiadomo Tunio ale przeciez nie tylko on. Brawo. Za pare dni bedzie inny efekt. Rozjasni sie Wasz swiat, bo stara podloga zabierala wiele swiatla. Troche niedogodnosci jakos wytrzymacie. Mariusz bedzie mial wiele satysfakcji z samodzielnie wykonanej w czasie wolnym roboty. Podziwiamy. My zaczynamy dzien z planami posuniecia troche roboty przy wyrebie drzewa bo postepujaca odwilz wkrotce uniemozliwi wjazd na lake. Pozdrawiamy.M&T.

[Ja] Kochani, wlasnie wchodzimy w to glebiej, u nas trzaskajacy mroz -20, ale w srodku wysprzatane, pali sie kominek, wiec malowanie. Wlasnie kupilam farbe, Maly spi, a ja zadzwonie do Was jutro, moj egzamin z malarstwa. 19 lutego wieczorem i 20. rano Trąba, nie zadzwoniłam. Miałam urywaną noc, po całym malarskim dniu – groszkowa ściana kominkowa o kolorze pt. picture perfect, malowany sufit, trudnilam się odcinaniem, klejeniem malarskiej taśmy, wieczorem pojechaliśmy do Hali, gdzie z jej rodzicami, mamą Jacka i Krynią z Ryśkiem i jego Mamą Kazią spędziliśmy miły wieczór, nawet udało nam się pośpiewać. A Panie Babcie zrobiły wyborne pączki i faworki, palce lizać i na spacery chodzić. Noc wśród kopań naszego małego Kociaka. Wstałam niewyspana. Mariusz zarządził poprawkę. Pojechaliśmy z Bacią i Tuniem do kościoła na 10:30, aniołek na mszy, a ks. biskup z Białorusi ujął mnie za serce dobrocią. Mówił o miłości, pogodzeniu się ze swoim losem, pomocy sierotom i przekleństwie nałogu – wódka to: złota rosa, z gardła do nosa, a z nosa do głowy i osioł gotowy. Opowiadał dowcipy, cały kościół się śmiał, a później zbierał na sieroty do ornatu. Samo serce. Z kościoła do Home Depot po potrzebne uszczelnienia, kupiłam sobie świetny sekator. Tam zdzwoniłam się z Mariuszem, który zasugerował, żebym jeszcze nie wracała. Chciał skończyć, a przy Małym się nie da. Zrobiłam zakupy w Whole Foods i pojechaliśmy z wałówką do Hali. Czekali na nas z barszczem, Mały zasnął w samochodzie i dospał u nich w sypialni. Póżniej serwowałam podpłomyki z brie, 2 rodzaje focacci (z ziemniakami i papryką) i desery z herbatą z granatów, a Hala dołożyła łopatkę z kaszą i surówką. Zapusty. Po powrocie do domu – podaliśmy obiad panom i obejrzeliśmy niemy film o śniegu i Tatrach. Manio pojechał na 8. do kościoła. Dzisiaj pan od podłogi huczy i tłucze się. Zaraz się ewakuujemy, tym razem do dziewczynek, ale wcześniej zakupy przedwyjazdowe. Choć trochę snu. Spróbuję do Was zadzwonić.

21 lutego 2006 [Rodzice] Witajcie, Bylo nas 4, a teraz tylko we 2. A&P odjechali z powodu Piotrka pracy, a Ani wygodniej wracac z Piotrkiem do domu w wygodnym swoim siedzisku niz autobusem. Wszedzie ich bylo pelno, a teraz trzeba sie przestawic. Tato probuje przegladac material do pracy, ma jeszcze tydzien na skonfrontowanie materialu potrzebnego do realizacji. Hi. Jaki tam tydzien. W poniedzialek startujemy z nauka bo koncza sie ferie. Jeszcze duzo przede mna przygotowan. Skoro nic sie nie robilo przez caly czas choroby to… „Co tam un, gorzej z nia” jak powiadaja w naszych stronach. Wydalo mi sie Malgosiu, ze jestes mocno zmeczona nawarstwianiem spraw nachodzacych na siebie. Nie wiadomo, ktora wazniejsza. Ktora rodzi wieksze rozterki. Podolasz wszystkiemu – o to sie nie martwimy, ale jakos smutno, ze nie mozemy cie wesprzec w tym zabieganiu. Remont zaraz sie skonczy. Goscie Jubilata beda podziwiac urode podlogi i zazdroscic efektu szczegolnie, ze tak nieoczekiwanie, sprawnie i tanio. Przewali sie i wszystko inne. Pomysl – jaki spokoj zapanuje w domu gdy zostaniecie sami po raz pierwszy od dwoch lat. Problem z dowozem czy z doprowadzeniem Tunia do opiekunki to ulamek spraw jakie dotad nalezalo zalatwiac. Mysle, ze adaptacja Tunia do nowej sytuacji tez bedzie szybka. Ma chlop doswiadczenie w tym zakresie bo czynil to wiele razy adaptujac sie do babc czy dziadkow, o mnogich ciociach i wujkach nie wspominajac. Przesadzam w optymizmie? Jesli tak to sam sie uciesze z tego bo nikt mnie chyba do optymistow nie zaliczal. Na naszym froncie spraw, dodam, ze wyrab drzew na lace postepuje. Okresowa odwilz dokucza drwalom, bo ciagnik juz pare razy ugrzazl im w blocie. Jakos sobie radza. Na razie tyle. Pozdrawiamy i caluje(my) M&T.

[Anusia] Witajcie! A ja wlasnie zapelnilam puste mieszkanie. W kuchni powitaly nas swoim wszechobecnym zapachem fioletowe hiacynty, ktore jeszcze w sobote byly takie male. Cud wiosny, jak nic. Jako ze podjelam taka decyzje i nie zostalam na pogrzeb pana Teofila – zabralam sie sama za rozaniec – w Radio Maryja – wspolny z innymi modlacymi sie. Taka modlitwa bywa znacznie silniejsza. A potem zasnelam. Dawno juz jestescie w domu? Tatus – czy ja wiem z tym optymizmem? a raczej jego brakiem? czy ktokowiek Ci kiedys powiedzial ze jestes pesymista? Ja mysle ze jestes takim mieszankiem. Zaleznie od calosci zewnetrzno-wewnetrznej;-) Caluje na teraz – ide sie przewietrzyc – a chyba wietrznie, oj, wietrznie. A

[Ja] Jestem w domu, Babcia z Tuniem u Pani Kazi, tesciowej niani, zaraz przyjda i pojedziemy na drzemke tym razem do Ani M… Takie mamy pielgrzymki po wczorajszej wizycie u dziewczynek i Agusi. Pan na gorze sie tlucze niemilosiernie, lubi pogadac, jest po historii na WSP w Krakowie, a pochodzi z Kielc, jest bratankiem naszego slawnego jezuity, ktory zmienil nazwisko, zeby nie mieszac niepotrzebnie w glowach. Rozmawiam z nim krotko, a tak wiele mowi, ze wiele o nim wiem, ostatnio zaczepial mnie o ksiazki, kiedy robilam sos do spaghetti. Ale ciezko sie przyznac, nie potrafilam zadzwonic do Ewy z kondolencjami, zabieralam sie i zawsze odkladalam, tyle huku i szamotaniny, a potem pora nie ta. Napisze kartke. Z pewnoscia przekazaliscie jej moje kondolencje. Pan Teofil przechodzi dla mnie w strefe cienia ludzi, ktorzy tak naprawde to nie umarli, tylko znikneli, fakt nie wybrania sie na pogrzeb i odleglosc nie pieczetowuje zycia. Dziadzio Zimek jest w takiej krainie. Rozumiem Cie Aniu i ja sie pomodle… Podloga wyglada coraz lepiej, cos mu wlasnie nie wyszlo, zaklal szpetnie. Mariusz bedzie dzisiaj wieczorem placil po ogladzie calosci. Uzupelnia szczeliny wisnia brazylijska od spodu i tnie ja, w calym domu rudy piekny pyl i ladny zapach. Bedziemy odkurzac sciany. Trudno, teraz nie moglibysmy malowac, pracujemy – i tak byc musi. Jak przed urodzinami Tunia – ucielam galezie wierzby, forsycji i wisni, niechby sie rozwinely… Caluje Was i wspieram, Tatul jestes opty-! Mam myslec, ze bedzie dobrze, kocham Was i przygotowuje jakies podarki do podania przez Rodzicow. Dzisiaj był dzień pełen spraw, pełen załatwień – od rana pan od układania, później wyprawa do Ani, krótkie spanie, a dalej podróż po mięsa na sobotę, obiadek dla rodziny, mój wypad na zajęcia, Grzegorzewski był dzisiaj w humorze i dał nam wycisk, z werwą i animuszem, nóg nie czuję, miałam dzisiaj chyba dobry dzień, gdyż kazał mi pokazywać grupie dobre zwroty do tanga i później tańczył ze mną salsę. Ubawiłam się rozgrzewką – jak łamaga, brakowało mi tchu, trwało to i trwało, formy nie mam wcale. A salsa ciekawa, on maleńki i drobny, małe stopki i wcale to nie przeszkadza, aby sprawnie mnie obracać, skłaniać do odpowiednich kroków. Siła nie tkwi w rozmiarze, ale w taneczności i kondycji. Niech tak będzie, bardziej jestem radosna, śmieję się w głos i przekomarzam, oswajam, słucham ludzi. Mariuszek właśnie gra mi na swoim nowym syntezatorze wlazł kotek… Takie romantyczne sytuacje, a parkiet wyszedł piękny, inny dom, ocieplony domowy, nie hall kościelny.

22 lutego 2006 Dzieki Poranne Slonce w powracajacej do zimy Polsce! Jesli – jak dobrze pojdzie – ksiazki przyjda juz, to istnieje szansa, ze cos dla siebie w niej znajdziesz – a wtedy skopiujesz albo zrobisz zdjecie np. Ten gosc, ktory napisal te ksiazki to jeden z najwiekszych specjalistow m.in. w medycynie i dietetyce chinskiej. To specjalista na Wasz kontynent – na naszym jest taki niemiec greckiego pochodzenia ale jego ksiazki, pisane po niemiecku sa dla mnie niezrozumiale. Te wyjazdy z Tuniem – bedzie co kiedys opowiadac 🙂 To taki inny aspekt tego co sie teraz wokol Ciebie dzieje. Juz sie tworzy szczegolna historia Tunieczka. No nie masz wyboru – trzeba mu ja wspoltworzyc. To akurat faktyczna twoja rola;-) Fajnie, ze tak tanczysz! I rzeczywiscie – ze Cie to odblokowuje, daje tyle radosci i energii. Kondycja przyjdzie z czasem, jak we wszystkim – najwazniejsza jest pasja, zaciecie i nieustepliwosc – pod zadnym pozorem. To Twoja dzialka. Przypomnialo mi sie jak nic jak ja w szkole podstawowej chodzilam na taki kurs i jak tez pomagalam trenerowi no i kolegom w demonstrowaniu i nauce…:-) A przy okazji, jako ze nie moglo byc inaczej, wyobrazilam sobie Ciebie na kursie – w krasie tanecznej, przy trenerze. Z ta werwa co w Tobie!:-) Wypuscilismy rano Tupka – wyszlam teraz po niego – jeszcze nie wrocil, skubaniec. Musze wygladac co chwile i wolac go – to moze wroci zmialczany a i ja bede spokojniejsza ze nic mu sie nie stalo. Nie robie spagetti bo nie bardzo moge jesc ale czasem mnie nachodzi – jak robisz? ja wczoraj wykorzystalam wok ktory Pi kupil jakis rok temu – i zrobilam chinszczyzne jarzynowa – improwizowalam. Teraz trzeba poszukac przepisowo i sie doszkolic. Ja dzis jade na igly, potem do Marzeny – robic czesc finansowa… Moze jakos bedzie – i sily beda tez. Trzymaj sie i dobrego poranku jak juz przyjdzie na to pora! Caluje i jeszcze raz dziekuje A

[Rodzice] Kochani, wiele sie dzieje u Ciebie Malgosiu. Przewala sie roboty i bedzie cisza. Przeczytalismy list juz wczoraj jednakze trudno sie pisze po przyjsciu z kosciola i uczestniczeniu w obrzedach pogrzebowych. Bylo duzo delegacji z zakladow pracy dzieci i znajomych. Widzac tyle obcych twarzy ks. proboszcz wyglosil kazanie, a pozniej pozegnanie. Andrzej mial atak rwy kulszowej i byl bardzo obolaly. P. Harla podal mu zastrzyk, aby mogl byc na pogrzebie. Dzisiaj tez W. Jozek zawiozl go na zastrzyk. Ciekawe jak dlugo bedzie go trzymac. Wczoraj nie przekazalam kondolencji bo calkowicie zapomnialam. Wspomnialas Malgosiu o przeslaniu karty i uspokoilam sie. Dzisiaj dzien jak codzien – pochmurny, bez slonka smutno i sennie. Robotnicy wytrwale pracuja na lace. Jest bardzo mokro i grzasko. Raz za razem traktor grzeznie w rozmiekczonym sniegu i blocie. Chcemy przygotowac lake pod zalew, a wyciete drzewo na opal. Zapowiadaja ochlodzenie i powrot umiarkowanej zimy akurat gdy tato bedzie jezdzil do pracy. Miejmy nadzieje, ze to jednak ostatnie podrygi zimy. Wytrzymamy. Tymczasem. T&M.

[Ja] Dzisiejszy dzien przyjdzie mi opisac w domu, w taki wpadlam ped i tyle zalatwilam spraw. Nie chce sie spoznic do domu na sprzatanie! Już w domu. Cały dzień walki z wiatrakami i poobrażanymi ludźmi, balansowanie na krawędzi rozdrażnienia i to nie swojego. Czyjegoś z powodu niedowładzy. Tak to można w skrócie określić. R. sie puszy i nabrzmiewa gniewem, L. unika bepośredniej konfrontacji, być może chce spokoju. Każdy ma jakiś podtekst przy wymianie zdań i to każdy inny. Swój. I ja też. Własny interes. Utrzymanie pracy i pogodzenie ludzi w miarę możliwości. Jakoś potrzebuję ludzi godzić. Sens istnienia? Nie wiem, ale sprawa Karpowicza klaruje się. Dzwoniła dzisiaj do mnie siostra pani Marysi, aby wyjaśnić coś pełnomocnikowi spadkobierców, później przyjechała pomocnica i przyjaciółka pani Marysi, pani Zosia i jej wspomnienia nadały całej sprawie inne światło. Bo chodzi o to, że na prośbę administratora mamy wejść do tego domu, w którym prawie straszy. Zabezpieczyć mienie, w którym mieliśmy odnaleźć manuskrypty. A według dzisiejszego gościa – zostały przekazane Jackowi T. jeszcze za życia. Pani Zosia po śmierci Karpowicza była w tym domu i odnalazła prochy pani Marylki zapomniane gdzieś w kącie pod papierami. Opowiadała o świetności tego domu, o niesamowitej oszczędności gospodarzy, wszystkie pieniądze wydawali na książki i rośliny. Jadalne w ogrodzie na tyłach domu, a najrozmaitsze ozdobne przed domem. Opowiadała o dbałości o ten dom, wspólnym obrywaniu winorośli, która wypuściła sie na dach. To wspomnienie było jedynym radosnym. Pani B. ubolewała nad losem pani Marysi, która całkowicie podporządkowała się wymagającemu mężowi, egoistycznie skupionemu na sobie. Swoimi dziećmi nazywał manuskrypty, nie pozwalał palić świec przerażony możliwością pożaru i spalenia dziedzictwa. Zostawił je samemu sobie, nie wydając żadnych poleceń. Pewnie poczytam jego teksty, jej mam pełno w bibliotece i jestem przekonana, że wyjaśnieniami pani Zosi podziekowała mi jakoś za próbę pomocy. Z pewnością jakoś się jeszcze dalej pociągnie ta sprawa. Czeka mnie konfrontacja z domem. Być może uzbieram materiału na jakieś wypominki. Wstępnie planowałam kameralny wieczór poezji Karpowicza w rocznicę śmierci. A nie wiem, czy go lubię. Dzisiaj otaczały mnie Zosie – odwiedziły mnie 3. (w tym jedna 3-miesięczna córeczka znajome

Z czym kojarzy mi się oskarowa gala

   Trzy lata temu zaśmiewałam się przez cały wieczór z Mariuszem, Halą i Jackiem, aby nad ranem pojechać do szpitala i… o 11:02 urodzić Tunia.  W domu i w szpitalu wszyscy byli przejęci strojami gwiazd, zabawą, a życie było gdzie indziej. Wtedy w dodatku Oskary przypadały na 29 lutego – rocznicę naszego poznania, która przypada cztery razy rzadziej niż rocznica ślubu. Tak życie się plecie.

   A wczoraj usypiałam obydwu panów i zastanawiałam się nad cyklem życia. Niech będą i suknie. Życie jest gdzie indziej. A urodziny, już trzecie, we czwartek.

   Poprzednio zestawiałam przeszłe święta, Sylwestry i stycznie. Czy podołam lutym w lutym?

Dwa miesiące zapisków

   Od dwóch miesięcy zapisuję tutaj nasze życie. Zadziwia mnie, jak szybko rośnie liczba odwiedzających. Odliczając przypadkowych przechodniów – jesteście tu Wy, moi Bliscy, Znajomi i Przyjaciele, których powiadomiłam o istnieniu tej strony. Dziękuję za obecność. Żałuję tylko, że nadal pozostaje dla mnie tajemnicą, kim jesteście (w większości przypadków), ale sama przecież wybrałam taki układ. Może z czasem się odważycie? Napiszecie kilka słów? Wzbogaci to dyskusję. Nada mojej potoczystości inny kierunek?  

   Pozdrawiam i dziękuję, życzę rychłej wiosny.

Najlepsze życzenia Moniu!

   Podziwiam, słowo daję. Monia, Szikagowianka lutego, spędza swoje epokowe urodziny tak, jak Sobie wymarzyła – w Honolulu, na Hawajach. Dzwoniła dzisiaj do mnie, zdawała bardzo ciekawą relację mojej ładującej się komórce. Próbowałam oddzwonić, nagrałam się Jej poczcie głosowej. Podobno delfiny figlują, palmy czarują i jest świetnie. Jest tam sama, więc mam nadzieję, że nie czuje się samotnie.

   Wszystkiego dobrego, budujących przemyśleń, które zaowocują pomysłami, frapujących spostrzeżeń, wspaniałych fotografii i ukończenia kursu tańca [Hula].

   Jesteśmy tam z Tobą Moniu, z muzyką Elvisa!  ca  roza  prezent  tort 

Pierwsze i ostatnie wyjście karnawałowe

   Z wiadomych powodów nie byliśmy na Sylwestrze, później także nie udawało się potańczyć. Ale zbytnio nie nastawaliśmy na okazję. Kiedy chciałam i mogłam, chodziłam (w ciąży nawet) na niedaleki kurs tańca. Miałam gwarantowane 2. godziny pląsów tygodniowo, bez krygowania się, przymuszania, przygotowań i załatwiania nianiek. Teraz, po czteromiesięcznej przerwie, moja grupa zbyt dużo umie, abym z nimi tańczyła, a oprócz tego zajęcia są po 8. wieczorem we wtorki. Wtedy to ja marzę o śnie.

   Nadarzyła się okazja do tańców i wyjścia – ostatkowo-walentynkowa zabawa Lajkonika. Rodzice ochoczo zostali z wnukami, a my – wio. Zanim to nastąpiło przeżyłam horror oglądania siebie w lustrze w formie baleronu mającego czym oddychać z lokami na głowie. Jednak marzę o momencie, gdy zauważalnie będę lżejsza. Wychodziłam długo i z przygodami, znajomi na nas czekali. Jednak udało nam się jeszcze zahaczyć o godzinę koktajlową. Powitała nas Hala – jak solistka baletu. Wyprostowana, przygotowana w każdym calu, w koku z wpiętą różą, sukni i brylancikach. Posadzeni zostaliśmy przy stole, przy ktorym dostawiano dla nas miejsce. Wszyscy nasi znajomi już byli. Iwonka z Markiem powitali nas entuzjastycznie. Mam nadzieję, że się nie zawiedli, nawykli są do innych imprez. Trochę mi zeszło, zanim się wyluzowałam. Miło witali mnie najróżniejsi znajomi. Siedziałam obok Iwonki i Natalki. Choć odrobinę porozmawiałam z każdą z nich. Brakowało mi naszego stałego składu do całości obrazu. 

   Podczas wieczoru miałam okazję obserwować znajomych i przestrzeń pomiędzy nimi. Zauważyłam coś oczywistego, że sposób tańca par świetnie przekłada się na ich związek. Inaczej dzięki temu przeżywałam tę zabawę. Państwo N. zawsze o siebie zabiegają, rozumowo, pomysłowo i z upodobaniem dbają o swoje trwanie. Państwo P. mają w sobie i relacjach ze sobą sporo jeszcze tego początkowego zachwytu, uczenia się siebie. Państwo W. zachowują pewne stałe odniesienia, jedno z nich bardziej się stara. Państwo K. są jakby w układzie równoległym, jeszcze mało ich znam. Państwo M. są dla siebie ostoją pomimo zdawałoby się pewnej osobności. A my? Jesteśmy zmęczeni, myślimy o śnie nawet podczas tańca, który polega na zrywach, drobieniu i napominaniu o odpowiednim trzymaniu ręki i nadgarstka. Brakło nam animuszu, byliśmy na 4., białostocką, czyli na szynach. Przepraszam za to naszych gości. Czy będzie lepiej? Miejmy nadzieję. 

    Najpiękniejszym momentem wieczoru było popisowe tango Hali. Zrobiła na mnie piorunujące wrażenie, choć ją znam i niby wiem, jak tańczy. A najbardziej ujęła mnie reakcja jej uczniów. Czysty uwielbiony aplauz.

   A jutro Popielec, już po karnawale.

Lutowe rocznice

   Już tyle lat temu odszedł Dziadziuś Baran. Mija od 1991 roku już 16 lat. Mariusz Go nigdy nie poznał. Poznaliśmy się w 3 tygodnie po pogrzebie. Ciekawe, że mówiłyśmy z Anią o Nim: Dziadzio lub Dziadek, a o ojcu Tatula – Dziadek Zimek. Dopiero później, po śmierci Dziadzi, okazało się, że mamy problem z imieniem – bo w rzeczywistości był Tomaszem, a całe życie funkcjonował jako Józef. Zawsze specjalnym szacunkiem otaczałam opowiadanie Prusa Tomasz Baran i… nie chciałam go nigdy przeczytać, aby nie zmienić moich wspomnień.  

   Mam ich wiele, jak migawek. Rocznica śmierci, jak uzmysłowiła mi dzisiaj Mamuna, była wczoraj. Wczoraj też myślałam o Nim intensywnie, mówiłam o Nim w pracy z Libby, która przygotowuje wystawę o emigrantach i rzeczach, jakie przywożą ze sobą do tego kraju. Dawałam jej za przykład podkowę i pokazywałam pewne stare zdjęcie, czyli był ze mną.   Jest ze mną raczej, jak wszyscy kochani, którzy odeszli. Jedno z pierwszych moich wspomnień to widok kaflowej kuchni z poziomu jego kolan. Zabawne to, gdyż pamiętam, jak z nami zostawał w domu, często byłyśmy chore – i to oglądanie kuchni związane było z posiadówką na nocniku. Pomagał mi z papierem toaletowym. Nie wybiera się wspomnień, szczególnie pierwszych, a to jest nawet zabawne. Czytywał z upodobaniem Trylogię oprawną w płótno (mam to samo wydanie), Strzemieńczyka Kraszewskiego od Beaty, wszelakie książki historyczne. Pewnie po Nim mam ten sam nałóg (ale inny wybieram typ literatury), Ania i Ciocia Ania także. Mam dotąd słabość do ludzi, którzy nie mogą się obejść bez książki – obcuję z nimi w bibliotece, zawsze ich można odróżnić od tych, którzy tylko czytują. Dziadzio chodził z laseczką zakończoną opakowaniem po salbutamolu. Miał kilka bardziej rasowych laseczek, ale żadna Mu nie pasowała aż tak. Miał swoje zdanie na każdy temat. Nie był łatwy w obsłudze. Z biegiem czasu wydaje się tym bardziej anegdotyczny, ale inaczej niż Dziadzio Zimek, łagodniej. Miał swój ulubiony kubek do herbaty, która była tak naprawdę ukropem esencji z cukrem. Czytywał nam bajki, często nad nimi zasypiając. Oglądał telewizję z dłonią za uchem, aby lepiej słyszeć i uchylonymi ustami – pamiętam jego cień odbijający się na żółtym piecu. Trochę szorstko nas kochał. Dopiero po Jego śmierci zrozumiałyśmy jak bardzo wrósł w nasze dzieciństwo, ile dla nas znaczył. Pamiętam, jak szukał mojego zgubionego niebieskiego kolczyka pomiędzy ulęgałkami leżącymi u stóp stuletniej gruszy na podwórku. Znalazł. Wygrzewał się z Anulką, Hajduczkiem na kozetce. Pamiętam jego dłonie – kostki zmęczone kowalstwem, twarde paznokcie, które obcinałam kiedyś. Pamiętam, jak świszczało Mu w płucach. Często zdarzało mi się, że ktoś podobnym oddechem przypominał mi o Nim. Wiele jeszcze mam tych wspomnień, a jeżeli te słowa czyta ktoś, kto Go znał, niech dopisze swoje.  Poczytam z radością.

   Kolejną rocznicą są urodziny mojej siostry ciotecznej – Beatki. Odnalazłyśmy się jako dorosłe kobiety. I choć jestem dopiero mamą z krótkim stażem, a Ona Babcią z dłuższym, jest mi szczególnie bliska. Wszystkiego dobrego Beatko! Zdrowia, powodzenia w nowej pracy, częstych kontaktów z rodziną, szczególnie  z Kubkiem. Mam nadzieję, że spotkamy się wkrótce na żywo i pogadamy do syta. Wypytam Cię o Twoje wspomnienia naszych wspólnych Dziadków, znałaś ich lepiej.

   Najbardziej niecodzienną jest rocznica ślubu Cioci Ani i wujka Józeczka! Pięćdziesiąta!  Pobrali się chyba jako dzieci w przedszkolu, gdyż nie widać po Nich lat! Będzie msza w kościółku w Bogorii i przyjęcie w szkole. Będą wszyscy oprócz nas! Mam nadzieję, że Ania z Piotrkiem, Ania i Marzenka oraz Piotrek zrobią jakieś zdjęcia lub filmiki i się ze mną podzielą! Chciałabym tam być! Wszystkiego dobrego Kochani, niech miłości Wam nie brakuje, jak dotąd! Trwajcie nam na wzór! 

Życzenia z sercem

   Kochani, spędziłam noc z moimi Walentymi, którzy przechodzą teraz  serię katarów. Nie wiem nawet, ile razy się budziłam, ale te półsenne spojrzenia pełne ufności wystarczą mi za wszystkie wyznania świata. Zasypało nam dom, wszędzie malowniczo i zimowo, zaspy, nieskalana graficzna biel, w domu strzela kominek, jesteśmy prawie w komplecie, jedynie Dziadziuś w pracy. Czeka na mnie katalogowanie przy białym oknie, najpewniej z Tuniem na kolanach. Gdyby nie te przeziębienia, to byłaby macierzyńska sielanka.

   Życzę Wam każdego przejawu uczucia, który jest dla Was właśnie esencją tego dnia. Małych gestów życzliwości, szacunku, oddania, miłości. Wielkich wyznań także, ale one przymuszone datą gorzej smakują. Jeżeli lubicie czekoladę – niech ten dzień będzie aksamitnie słodki. Jeżeli lubicie czerwień – niech tętni tym gorącym kolorem.  

Wzruszeniowy „Straszny dwór”

   Nie sądziłam, że tak mnie poruszy ta opera. Byłam wielokrotnie wzruszona, przechodziły mnie artystyczne i emocjonalne ciarki, czułam zaangażowanie występujących, śledziłam znajomych na scenie, chłonęłam choreografię.

   Bilet dostałam od Hali, która pomagała polskiej choreograf. Na scenie występowali tancerze Lakonika. Siedzieliśmy na widowni z Jackiem. Ogromna sala robiła swoje, ostatni raz byłam w niej na koncercie Tracy Chapman. Jest położona tak niedaleko naszego domu. Gdyby nie mróz i zadymka – możnaby pójść na spektakl spacerkiem. Pierwsze wrażenie to mnóstwo kobiet zamożnych w czarnych futrach w westybulu, wiele osób ze śmietanki towarzyskiej chicagowskiej Polonii. Później zmęczony, ale szczęśliwy Wojciech, dyrygent rozmawiający przed sceną ze znajomymi. Wręczenie odznaczeń zasłużonym PaSO przez znajomych konsulów, ciężki akcent głównego.  Słowa Basi, płynące z serca do tych 4.tysiecy serc siedzących na sali wzruszyły mnie do łez. Basia jest prawdziwa, ujmuje mnie barwa jej głosu, a przede wszystkim sens jej słów. Wyciemnienie sali, pierwsze takty muzyki i pantomina Wojciecha z odgarnianiem włosów opadających na czoło. Pierwsza scena – Kuba w niej, żywe konie, potężne siwki, stojące jak posągi. Tańce i śpiewy, moje ukradkowe nagrywanie Kuby na kamerkę w aparacie cyfrowym. Pierwsze dreszcze, a później jeszcze wiele olśnień. Wieś z urodzajem dziewcząt w bielach. Olśniewająca, przepiękna i nasze dziewuszki z Lajkonika! Duma nas rozpierała prawdziwa. Wyłapałam z tłumku chórzystek Izulę i już do końca ścigałam ją wzrokiem i obiektywem, po części się z nią utożsamiając. Póżniej dwór – kolejne rzędy dziewcząt z magiczną, mieniącą się materią i piękną melodią… A już finał był jak ze szwajcarskiej bajki z tym śniegiem i nagromadzeniem emocji.

   Na wszystko patrzyłam przez pryzmat opowiadań Hali o 3. tygodniach prób w największe mrozy, poświęceniu artystów-amatorów-wolontariuszy, którzy nie ustępowali w niczym profesjonalistom, a wręcz przewyższali ich entuzjazmem.  Pamiętałam, że ona sama czuwa za sceną, aby poprawiać wstążki i inne części garderoby, dodawać otuchy. Sama, pomimo próśb reżysera, nie chciała stanąć na scenie, czy żałuje? Odwiedziliśmy ich za kulisami, uszczknęliśmy odrobinę tego drugiego spektaklu. Ich radości z sukcesu! Wszyscy byli piękniejsi, wyżsi, szczęśliwsi – powinni zabutelkować te odczucia i przyjmować je 3 razy dziennie w przypadku przygnębienia. I tak w tej operze wzruszyli mnie nasi ludzie, chciało Im się chcieć, jestem z nich dumna. Gwiazdy śpiewały pięknie, to prawda, ale moje serce i większości zebranych było przy naszych artystach, z których powodu rozpierała nas duma. Prawdziwe pokrzepienie serc emigrantów. Dziękuję!  

Kwartalnik

   Wczoraj kochany Tomik skończył trzy miesiące – jest już dużym chłopcem. Podczas wizyty okresowej u pani doktor Joli okazało się, że waży dostojne 8 kilo. Rozwija się szybko, czyli i ja zdałam pomyślnie egzamin. Tunio także jest zdrów, gdyż był badany na okoliczność trzech latek. Zastanowiła panią doktor karnacja pacjenta i miał test na anemię. Nie ma takowej, a pielęgniarka skomentowała całość, że jest prawdziwie białym chłopcem i taka widocznie jest jego uroda. Babcia Zosia pomogła mi z transportem wnuków, ponieważ temperatury są około -12, ograniczyłyśmy do minimum wystawianie ich na mróz z powiewami wiatru.  

   Piątkowy wieczór spędziliśmy przemiło u N. Czterogodzinna wizyta minęła jak marzenie, iskrzyła inteligencją i swadą. Poznaliśmy B., noszą nazwisko jak temat mojego panieńskiego, przemili ludzie. Podczas tego mroźnego wieczoru odwiedziliśmy wspomnieniowo brazylijską Bahiję, Nową Zelandię, Grecję i Colorado, gdzie ostatnio bywali uczestnicy. Iwonka, zjawiskowa jak zwykle, podała wspaniałą kolację – zupę z czarnej fasoli z pomarańczami i sherry oraz kolendrą, kwaśną śmietaną i chrupkami kukurydzianymi; pieczeń mięsną z kaszą gryczaną i korniszonami oraz lody i wybór herbat o zadziwiających smakach. Wybór wszelakich alkoholi. Kolacja grzejąca wnętrze. Może Marek przez podobieństwo wspomnień dotyczących listów drukowanych otworzy bloga, mogliby obydwoje wpisywać swoje spostrzeżenia – z ochotą poczytam. Do domu przytargałam nareszcie zieloną trzykrotkę ze srebrnym pasem. Tu kolejne podobieństwo –  ja każdemu rozdaję jej fioletową siostrę. W domu czekała na nas lojalna Mama Zosia z takimże Tomaszkiem. Dziadzio i Tunio spali.

   W sobotę nareszcie odwiedziliśmy K. Urodziny Oliwki, parada jedzenia – smakowite dipy produkcji domowej, chrupeczki, owoce, warzywa, chińszczyzna, później domowe sałatki, wędliny, tatar i tort urodzinowy. Objedliśmy się niemożebnie i posiedzieliśmy w gronie najbliższej amerykańskiej rodziny nieśmiało rozważając przemijanie. Dopytywaliśmy się delikatnie o wrażenia z ich gehenny czyli tygodniowego wyjazdu zimowego na pogrzeb Taty Agusi. Każdego przy takiej okazji ogarnia stupor, mówi się o rzeczach zupełnie błahych i nie potrafi wypowiedzieć słów wsparcia i otuchy. Pozostają zapewnienia pozawerbalne.

   A i jeszcze właśnie wczoraj była rocznica śmierci Babci Antosi – Mamy Mamy Zosi. Wczoraj rozmawialiśmy także o staruszce, Babci Jasi, matce chrzestnej Taty Miecia i dzisiaj dowiedzieliśmy się, że zasnęła wczoraj na zawsze. Już wkrótce rocznica śmierci mojego Dziadziusia – Józka/Tomka. Tyle rocznic! Tyle wspomnień. Spieszmy się kochać ludzi, tak prędko odchodzą…

Wszystkiego najlepszego Oliwko

   Dzisiaj świętujemy ósme urodziny pewnej Dziewczynki. Mieszka w Elk Grove Village, jest wspaniałą siostrą (dla Gaby, Tunia, Tomika i nie tylko), dobrą koleżanką, kochaną córeczką i kuzynką. Lubi psy rasy Huskie i bardzo pragnie mieć kiedyś żywego szczeniaka. Pięknie tańczy na ludowo i nie tylko. Ładnie się ubiera. Lubi się przebierać. Posiada wspaniałe poczucie humoru i bardzo dobre serduszko. Chwyta w lot potrzeby innych, chętnie pomaga, tłumaczy i wspiera. Włada dwoma językami i uczy się trzeciego. Najbardziej z kolorów lubi zielony i niebieski. Ma talent plastyczny, a poza tym prowadzi pamiętnik (może otworzy bloga?), pisuje wierszyki, chętnie gra w domino i ogląda swojego ulubionego bohatera, jakim jest pies Balto. Spędzanie z Nią czasu to prawdziwa przyjemność. 

   Wszystkiego najlepszego Oliwko, pojawimy się u Ciebie w sobotę, jeśli tylko zezwolisz!

Kochamy Cię bardzo

wszystkie Kotki.

 

Ten obrazek to Księżniczka Kotów stworzony przez Oliwkę 7 lutego 2007 w 10 minut!