Życie boleśnie zaskakuje

   Kilka godzin wstecz zmarł nagle, na zawał, Tato Agusi – naszej Przyjaciółki, Siostry, Mamy chrzestnej Tomika. Jeszcze dzisiaj lecą z Piotrkiem do Polski. Dziewczynki, mam nadzieję, będą z nami. Postaramy się, aby czuły się jak w domu.

   Jeżeli możecie, postarajcie się wesprzeć Agunię, Jej Rodzinę – modlitwami, dobrymi myślami. Bardzo tego potrzebują.

   W każdego z nas wstępuje trwoga na samą myśl o podobnym momencie próby.

 

   Aguniu, jesteśmy z Tobą!

Chrzest, a chrzest

    To nie to samo! Porównywanie synków wywołuje we mnie odczucia dubeltowe, porównuję podświadomie wszystko. I tak ze chrztami. Poprzedni – letni, czerwcowy, taśmowy, obcy ksiądz, pośpiech i brak odsłuchu. Ten wczorajszy – zimowy, w otoczeniu dzieci i szopki, choinek, ksiądz Paweł Bandurski, którego bardzo cenimy i który oswoił, uczłowieczył nam Sakrament; spokój, własny rytm ceremonii, dla mnie pełna świadomość i ogromne wzruszenie. Dziękuję księże Pawle! Poprzedniego wieczora poczytałam Twardowskiego i lektura mnie nastawiła, wzbogaciła. Wczoraj, najbardziej wzruszająca wydała mi się wspólna modlitwa nad główką Tomika i wyciągnięte prawe dłonie wszystkich zebranych. Piotruś nakręcił to pięknie, Hala wspaniale obfotografowała. Dziękuję! Hala słusznie zauważyła, że Tomik stał się katolikiem w swoje własne imieniny. Patronem będzie mu św. Tomasz z Akwinu?  Poprzednio wszyscy byli kremowo-beżowi, wczoraj królowały w ubraniach brązy.

   W domu także wszystko odbyło się bez pośpiechu, potrawy odebrali nam znajomi, wszyscy byli wyrozumiali. Pomimo tego, że Tunio protestował, a Tomik domagał się jedzenia – wszystko przeszło gładko. Stoły w T zadziałały według przemyślań Dziadka.  Potrawy wykonane przez Babcię i zamówione okazały się smaczne. Nadal jednak czuję niedosyt rozmów. Kocham tych moich rodzinnych przyjaciół, każdy znajduje swoje miejsce, pomagają sprzątać, podawać, zajmują się dziećmi i uzupełniają. Dzięki internetowi odczuwałam obecność moich Rodziców i Anusi z Piotrkiem. Przeniosłabym ich do nas chętnie i miałabym już prawie wszystkich blisko. Tomik otrzymał piękne prezenty od chrzestnych, obrazek od Agusi wisi, aniołek czuwa, książeczki bardzo się przydadzą. Finansowe wsparcie wszystkich gości zostanie zainwestowane w kolejny „fundusz oksfordzki”, kartki przejdą do naszego domowego archiwum, niektóre są tak piękne, że mam ochotę je oprawić. Dziękuję. 

   Jednak to ten wczorajszy chrzest miał dla mnie duszę! Dziękuję tym, którzy mi taki właśnie doradzali. Jak powrót do korzeni.

   Podczas oglądania DVD przeżyłam konfrontację z własną sylwetką. Przełknęłam. Nawet taka jestem akceptowana. Czuję się lubiana i potrzebna – i to mnie wzmacnia. Przecież najważniejsze jest niewidoczne dla oczu. Najważniejsze się czuje.

Już prawie dzisiaj

   Jest po 23. dom prawie przygotowany na chrzciny. Tomaszek dobrzeje w oczach. Przed nami noc. Jutro ma być biało. Oby cały dzień przeszedł bez galopady, lęków, zmęczenia. Oby był świętem. Prawdziwą radością. Nie usnę szybko. Myśląc o tym, co jeszcze powinnam przygotować potykam się o wiele spraw. Nic nie jest doskonałe. Zmęczenie tkwi w szczegółach. Jutro otoczą mnie najbliżsi na tym kontynencie. Najbliżsi w Polsce będą wieczorować myśląc o nas. Podzielą radość oglądając zdjęcia. Nakręcimy filmik. Modlę się o spokój. Pozdrawiam Was. Wesprzyjcie nas myślami!

Pociągający dom

   Tydzień przed chrzcinami mamy naznaczony wirusową infekcją i pociąganiem. Oparli się temu jedynie Dziadkowie. Obeszliśmy po domowemu ich święta, dzisiaj cichutko przeżywamy 64. urodziny Dziadzi.

   Tunio chorobę przyniósł z przedszkola, zaraził Tomika, później przeszło na nas z Mariuszem. Tunio miał zmieniany antybiotyk i cały czas siąka noskiem. Tomik ciężko oddychał, ale nie miał gorączki i wystarczył jedynie syropek i inhalacje (maseczka na buzi podłączona do buczącej maszyny). Chwytał ową parę jak rybka, był spokojny. Dokonuję tych rytuałów 3 razy dziennie, i tak do niedzieli. W poniedziałek mam oddać maszynę do gabinetu. Wahałam się, czy nie przyjdzie mi odwołać chrzcin. W kościele może być chłodno. Spodziewamy się w domu 23. osób. Ale jest i z nami i z chłopcami już lepiej. Nie odwołuję więc, gdyż przed nadejściem Wielkiego Postu nie byłoby kiedy ich zrobić.

   Sytuacja tak się wyklarowała, że dzisiaj bylam u fryzjerki (pierwszy raz od roku), jestem odrobine ogarnięta. Kupiłam sobie narzutkę pod te przywiezione z Polski, darowane mi w prezencie brązy, więc już mam garderobę na niedzielę. Taką, którą później będę często nosić. Do moich rubensowskich kształtów muszę się tymczasem przyzwyczaić. Akurat wchodzi moda na „więcej ciała”. Niech mam. 

   W domu galareta już jest, pasztety, paszteciki, mace pod kremówkę, pozostałe jedzenie zamówione. Przygotowanie duchowe trwa. Choinka też jeszcze jest, jak w kościele. Może zrobimy powtórkę z kolęd… A od poniedziałku skończy się ten okres. Zacznie się coś nowego.

   Zapomniałam prawie, że byłam w pracy w poniedziałek i czwartek. Normalne to takie. I dobrze. Wszystko się zaczyna krok po kroku.

Teatralny deser

   Zmarł Kapuściński, nie doczekał Nobla. Nauczę się od Niego, że pewne rzeczy warto zapisywać po czasie. Wiec voila!

   W zeszłą niedzielę Dzień Babci świętowałyśmy w teatrze na Tiramisu. Pojechałyśmy w padającym śniegu. Spotkałyśmy nasze kochane dziewczyny. Wyjście było dla mnie świętem, gdyż nie pamiętam kiedy byłam ostatni raz poza domem – tak jako ja. Na scenie siedem kobiet, nas siedem w rzędzie. Tam historie, w nas historie. Publiczność najbardziej żywo reagowała, gdy aktorki przeklinały i rozbierały się. Ich historie, cała sztuka, tak na czwórkę białostocką. Ale było kilka zastanawiających momentów. Wojna na metki, orgazmy, wcielenia. Jak popatrzeć na nas – odgrywamy takie sztuki codziennie, bez widowni. Każda z nas tam siedzących miała ciekawą historię, może kiedyś je spiszemy?

Cztery w jednym

   Już po zmianie. Czujemy się, jakby Rodzice nigdy od nas nie wyjeżdżali. Od razu weszli w swoje stare miejsca i role. To takie zapętlenie czasowe. A jak to u mnie w zwyczaju – zawsze, kiedy mam jakieś ważne wydarzenie, to inne do niego ściągają. Nawet nie idą parami, a czwórkami. Tym razem było to powitanie, choroba Tunia (epidemia w przedszkolu), mój spuchnięty i bolący nadgarstek, a na deser to, że wybrano mnie człowiekiem tygodnia w Expatpolu.

   Powitanie przeszło gładko, choć podczas przygotowań musiałam znieczulić rękę. Obiad bardzo polski – rosół, makaron, schabowe z surówką i ciasteczka czekoladowe. Nie udało mi się, pomimo ambicji, upiec szarlotki według przepisu Agusi. Nie mogłabym usiekać i utrzeć składników bez bólu. Przez 2 dni zdawałam sobie sprawę, do ilu czynności potrzebna jest ręka – do prawie wszystkich. Tuniowi podałam antybiotyk, który zadziałał dopiero po 2. dniach. Temeraturę zbijałam Motrinem, był bardzo rozgorączkowany. Tomika nic nie wzięło. Oby tak dalej. Rodzice przywieźli mnóstwo prezentów – od siebie i od moich Franciszków i Ani. Kolejny manifest quasimikołajowy. Dziękujemy bardzo. Polska na każdym kroku – na ścianach, w szufladach, oknach, szafach i sercach. Nawet udało się przewieźć gałązkę porzeczkoagrestu i suszone jabłka z Bogoryjki. Święto.

   Jeżeli chodzi o to wyróżnienie, to dziwię mu się teraz. W poniedziałek wracam do pracy. Działałam intensywnie przed pięcioma miesiącami – z tamtych czasów pochodzi zdjęcie. Nie odmawia się wyróżniającym, więc grzecznie podziękowałam, zaskoczona. Obawiam się jedynie złośliwych komentarzy, z których słynie ów portal. Ale zobaczymy jak będzie. Gdybyście chcieli zobaczyć ten artykuł – to znajduje się pod adresem http://expatpol.com/index.php?stsid=30300 Wy jesteście po tej życzliwej stronie. Przed nami wspólny weekend, wczoraj przeżyliśmy rodzinnie imieniny Mariusza, w planach Dzień Babci i Dziadka, urodziny Dziadka i chrzciny. Kolejne cztery, tym razem w jednym tygodniu. Trzymajcie kciuki!

Ostatni dzień po staremu

   Idzie, a raczej leci do nas nowe. Dzisiaj Tunio w przedszkolu – Mariusz zawiózł go po raz pierwszy nawet mnie nie budząc. Mam więc szansę na dzień w słońcu, jakie zalewa sypialnię, spędzony na obcowaniu z Tomikiem i przygotowaniach do przyjęcia Rodziców Mariusza. Jakby tego nie nazwać – czuję pewien smutek. Umykanie chwil. Podobnie jak za pierwszym razem. Jestem mądrzejsza o wiele doświadczeń, ale jednak. Tomisko śpi i pochrapuje, a wcześniej tkliwie się do mnie uśmiechał. Miło reaguje na mój głos, gaworzy i zaczepia, wodzi za mną wzrokiem. To takie radujące. Chwile tego typu chciałoby się zachować na zawsze i na wyłączność.

   Ciągle kwestionuję mój powrót do pracy, jego słuszność i zasadność.  Wiem, że dzięki niej mam ubezpieczenie, że lubię bibliotekę i ludzi, ale serce już mam gdzie indziej i nawet się nie oszukuję.

   Teraz w domu królować będzie Babcia. Od jutra tyle się zmieni…

Tomik ma chrzestnych

   Zbliża się wielka zmiana. Dom czeka na dziadziów, wnukowie także. A nasze skołatanie wyborami rodziców chrzestnych dla Tomika już jest ukojone. Tym razem nie dublujemy, nie prosiliśmy nikogo w Polsce i nie urządzaliśmy zastępstw, wybraliśmy przyjaciół, którzy są naszą miejscową rodziną. Wierzymy, że w przyszłości także będziemy razem.

   Podczas wyboru Mariusz zwrócił uwagę na nasz wiek, podliczył ile lat będziemy mieć podczas na przykład przypuszczalnych: komunii i ślubu Tomika i zadziwił mnie na długo. My sami od dawna nie mamy naszych ojców chrzestnych. Czas mknie.

   Mama chrzestna – Agunia bardzo jest oddana Malutkiemu, zawsze go chętnie przytula, chciała mieć synka, więc ma już takiego w zastępstwie, w oczekiwaniu na Jej własnego Marcinka. A Mały już umie wypowiadać Jej imię – mówi a-guuu, a jak chce jeść, to kończy: niaa. 

   Kubek natomiast będzie świetnym wzorem do naśladowania, takim cool ojcem chrzestnym, którym się można pochwalić. Być może Tomczyk pójdzie w Jego ślady: muzycznie, naukowo i tanecznie.

   Obydwoje zgodzili się chętnie. Dziękujemy z serca!

Chrzest odbędzie się po Mszy Świętej o 13. w niedzielę, 28 stycznia na Trójcowie. Chrzciny w domu, w gronie najbliższych.

Stycznie ostatnich lat

    W tym roku miałam okazję porównać różne stycznie – i tak bardzo moje życie się nie zmienia, posiada ten sam rytm. Można poczytać, szeregowanie uwolniło ze mnie emocje. Przyniosło pogodzenie z wyjazdami Mariusza na narty. Już trwa tyle lat… Poza tym to pisanie i opracowywanie dawnych zapisków działa na mnie terapeutycznie. A jeżeli jeszcze Was ciekawi, to tym milej. Tomik niesie ze sobą spokój i pogodzenie się z nową rolą. Stycznie są kontynuacją rozdzialiku:  Sylwestry… starałam się nie powtarzać. Napiszcie coś do mnie! Malutki wczoraj skończył 2 miesiące, jak ten czas szaleje!

5 stycznia 1999

Zadziwiające, jak dzisiaj jest zimno – poniżej -27 stopni Celsjusza. Mariusz poszedł jednak do pracy. Mają odśnieżać garaż i szybko wracać do domu. Dzisiaj bardzo dużo czasu rankiem poświęciłam na poszukiwania rękawiczek i szalików, które musiałam przeprosić po całorocznej przerwie. Przypomniałam sobie o rzeczach kupionych w Polsce. 27 stycznia 1999 Bajkowy koniec zeszłego tygodnia przypomniał nam o prawdziwej, malowniczej stronie zimy. Wreszcie skorzystaliśmy z zaproszenia M. i pojechaliśmy na oględziny ich nowej leśniczówki. Jaka piękna chatynka, jaka pojemna, przytulna i miła! Meble z Ikei – proste, urozmaicone pięknymi, historycznymi bibelotami i obrazami. Spędziliśmy tam wieczór, zjedliśmy kolację, potem rozmawialiśmy przy kominku do wczesnych godzin rannych. Ja układałam w hołdzie dla domu i przemiłych gospodarzy suche kwiaty, których torbę przywiozłam z Chicago. Wieczór zakwitł kulą na zwichrzonej podstawie, następny dzień – odświeżoną wejściową miotłą, która dzięki ubraniu przypomina anioła. Wskutek nocnych zabałaganień następnego dnia zakończyliśmy śniadanie o 12, potem narciarze wyruszyli na stok, a my z Iwonką miałyśmy czas relaksu. Piękne widoki uspokajały, ptaszki zadziwiały, dostojnie opadający śnieg koił. Poczytałam, narozmawiałam się do woli. Po obiedzie przyszedł czas powrotu, na który nikt z nas nie miał zupełnie ochoty. Ponieważ zima próbowała postawić na swoim – część drogi była nie do przebycia. Śnieg i lód sprawdziły po raz kolejny sprawność Mariusza jako kierowcy. Nowy tydzień powoli przemija. Już środa, interpunkt czasowy. Koresponduję internetowo z Antą i Michałem, gotuję i sprzątam, poza tym jakaś jestem zmęczona – zwały śniegu parują, powodują ogromną wilgotność i opady deszczu i śniegu. To przygnębia i zasmuca wszystkich. Jutro otwarcie nowej wystawy, pożegnanie Kazia, którego na pewno zabraknie. Dobrze jest być człowiekiem, którego brakuje nawet po krótkiej znajomości. Wtopił się w realia, rozśmieszał, rozbrajał, plotkował z animuszem, pokazywał taneczne kroki i uczył dowcipów, oprócz tego skatalogował wszystkie stroje, poubierał manekiny, zaplótł wianki i ustawił mi biblioteczne książki. Z pewnością wejdzie na stałe w moją rubrykę „Ludzi z charyzmą”. Wiek ma role poślednią we wzajemnym porozumieniu. Tak być powinno. Poza tym Papież w USA, transmisje w TV, a ja w pracy. Tak mi Go szkoda, wydaje się zmęczony. Tak jestem do Niego przywiązana. Tyle fermentu wszędzie spowodowanego muzealną wystawą żydowską. Główna Sala została w całości zasłonięta, skupienie ma się koncentrować na fotografiach ludzi, których już nie ma. Wszyscy jak zwykle lubią być oburzeni, każdy ma swoją prawdę. Główne zarzuty: że sala organizacji katolickiej, a pozasłaniano krzyże, papieża i wszystko inne; że czarna materia, którą jest wszystko pozasłaniane stanowi wg. pani S. zagrożenie przeciwpożarowe i różne inne uwagi w tym stylu zawieszone na dyskusjach o pomocy Żydom i ich niewdzięczności. Co jest potrzebne w tej sytuacji – to wielkie dozy tolerancji i dystansu. Przed pracą byłam w banku i zmieniłam olej w samochodzie (za pomocą serwisu, nie sama). Podczas czekania czytałam książkę, oparta o stojak z oponami. Teraz delektuję się nowością Tokarczuk – „Domem nocnym, domem dziennym”, której niepodobna czytać jednym tchem. Napisana jest skojarzeniami, stanowiącymi maleńkie podrozdziały zapadające w pamięć. Ta kobieta ma talent – a mnie przyjdzie się wiele uczyć, żeby choć stanąć pod koniec kolejki. Przeczytałam właśnie recenzję z Polityki, dotyczącą powieści i stwierdziłam, że nadal nie patrzę jak krytyk. Mnie porywa proza, lub nie. Słowa zaklinają poezją. Nie widzę często całej tej światowej filozofii, jaką usiłuje się wcisnąć w usta i myśli bohaterów. Może przez to jestem Mrs. Plaska? Szukam poezji w prozie, do tej rymowanej i jej degustacji jeszcze nie dorosłam. Nie wiem, czy mi to kiedykolwiek będzie dane. W domu miło. Więcej rozmawiamy, Mariusz pyta mnie o zdanie podczas szukania kolejnych internetowych, domowych ofert. Kupno domu to ważna decyzja i potrzebna nam rozwaga i jasny umysł. Chciałabym oduczyć się mojej zwykłej nastrojowości.

18 stycznia 2000

Wczoraj nie wytrzymałam wewnętrznego napięcia i zadzwoniłam do domu. Wyjątkowo w poniedziałek. Wyczułam, że czekali. Boję się o tę internetową szkołę, a głębsze studia odpycham na po: zmywaniu, sprzątaniu, katalogowaniu. Plączą mi się po głowie skojarzenia i nienapisane wiersze, jestem bardziej czująca, bo przyszpilona do muru oczekiwań. Czytam piękną, ale szarawą w odcieniu książkę Irvinga „Regulamin tłoczni win”. Dojrzała na półce i poczekała, aż dodryfowałam do niej spowodowana zapowiadaną w kinie ekranizacją. 25 stycznia 2000 Maszyna do odrzucania mas śniegowych sprawdza się, aż miło. W szkole było jedynie 7. uczniów. Wszystko przez śnieg, choć sądzę, że i semestralna praca z geografii zrobiła swoje. W domu gotowałam barszczysko – które wspaniale nas ogrzało, a wieczorem pojechaliśmy do Oak Park na ekranizację “Regulaminu tłoczni win”. Lekturę powieści skończyłam w piątek wieczorem. Oglądanie uproszczonego filmu denerwowało mnie. Po kinie poszliśmy na króciutki spacer uliczkami tego milutkiego miasteczka. Dziwiłam się, że w kinie i na ulicach spotyka się bardzo niecodziennych ludzi. Coś na kształt elity akademickiej. Cóż się dziwić? Przecież to miasteczko Hemingwaya i F.L. Wrighta. Wstąpiliśmy do włoskiej restauracyjki Mancini, ja na sałatę i herbatę, Manio na kawę z tiramisu. Pogadaliśmy chwilę. Bardzo mnie mąż zadziwił, bo pamięć ma świetną i wspaniale mi się z nim dyskutowało na temat zderzenia powieści z ekranizacją. Zadziwiło mnie to, że M. czytał R. ponad dwa lata temu. Niedziela przebiegła szybko. Rano M. miał prywatną lekcję angielskiego. Potem do kościoła. Wstąpiliśmy do dwóch meblowych sklepów, aby stwierdzić, że wszystko jest bardzo drogie. Pojechaliśmy do Hooters, gdzie oprócz ciekawych kelnerek i ścisku nie było nic ciekawego i jeszcze kazali nam czekać. Zmieniliśmy więc miejsce na restaurację familijną Feniks, a tam spotkaliśmy arcysympatyczną kelnerkę. Po wszystkim złożyliśmy wizytę K. i razem, wśród śmiechów, obejrzeliśmy wręczanie Złotych Globów. 30 stycznia 2000 W sobotę byłam po raz drugi na “Panu T.”, tym razem z uczniami, załapała się z nami także Aneczka. Radosna, okrąglutka z jasną łuną przy twarzy i po ultrasonografie: wie, że ma dziewczynkę, tak jak marzyła. Wspaniale mi się z nią komentowało film. Byłyśmy wzruszone w tych samych momentach. Wyłapałam o wiele więcej ciekawostek niż za 1. razem. Ujrzałam falujące biusty polskiej jazdy, sztuczne kwiaty i te sławne, wybijające takt klepania. Nadal ulubioną sceną pozostanie grzybobranie. Dzieci reagowały podobnie jak w Polsce, choć bardziej żywiołowo. Na wszystkie sceny mniej lub bardziej romansowe – brawami. Jakiś uparciuch celował w ekran z laserowego wskaźnika. Z tego też można czerpać naukę: starszym aktorom jeździł po czołach i oczach, Telimenie po dekolcie, a Zosi po ustach. Ha. Najbardziej wzruszył mnie końcowy moment, gdzie “Litwo, Ojczyzno moja”, razem z Mickiewiczem, recytował cały siedzący za mną rząd. To nic, że z akcentem. Pokaz został zakończony żywiołowym aplauzem. W domu wciągnęliśmy się w wir porządków. Mariusz pomagał mi bardzo ochoczo. On sprzątał, ja gotowałam, a za oknem śnieg padał, na całej połaci, na siostry i braci. Zaprosiliśmy gości. W jakimś heroicznym zrywie zrobiłam barszcz na białej kiełbasie, sałatkę z ryżem, galaretkę w trzech smakach i mazurek czekoladowy z migdałami i wiórkami kokosowymi. A co. Wieczór minął nam w podgrupach, panie na górze, przy stole, panowie na dole, przy barze. Po przebudzeniu czytałam “Hannibala”. Sądzę, że jest najlepszy z trylogii. Nie znam tego gatunku zbyt dobrze, ale mnie zadziwia. Choć, po zastanowieniu, na pewno teraz od niego odpocznę. Około południa pojechaliśmy na Trójcowo, a na 2:30 mieliśmy zaplanowany koncert Lajkonika w nowej, ciekawej sali. Było wspaniale. Komentowałyśmy z Agą małe, półmetrowe tancerki. Miałyśmy czasami łzy w oczach. Hala wyglądała ślicznie w stroju i byłam z niej bardzo dumna. Później, już tradycyjnie pojechaliśmy do “Angeliki”. Nie byłam tam z rok. Panie się pozmieniały, ale przyjęły nas tak domowo i tak miło się do nas odnosiły, że prawdziwie cieszyłam się chwilą. Jadłam żeberka wołowe: smaki, jak u Mamy. Tylko gdzie ten cichy kąt i ciepły piec? Dookoła biało i ślicznie, mój kurs prawdopodobnie sie rozkręca. Kończę niektóre sprawy planowane od dawna. Szereguję przestrzeń. Wracam do nagrań. Snuję postanowienia. Poniedziałek.

2 stycznia 2001

Tegoroczne święta były dla nas szczególne. Domowe, śnieżne, przepełnione życzliwością, muzyką, zapachem jodełki i ludźmi. A jeszcze przyszło tyle kartek! Żeby nie wiem jak na to parzeć – kartkowa pamięć mnie umacnia. Po latach wykruszyli się przypadkowi adresaci, kierowani jedynie ilością kolorowej makulatury. Pozostali wytrawni pisarze, którzy szczególnie o nas myślą, za coś dziękują lub są życzliwi. Swoista ewolucja życzeniowa. Co roku wymyślam nowe życzenia i mam nadzieję się nie powielać, ale jak wszyscy wiedzą, życzymy sobie najlepszego i trudno jest te życzenia podstawowych prawd pakować w coraz to nowe słowa. Mamunia przeszła samą Siebie i przysłała aż trzy kartki. Jedną wyjątkowo urodziwą. Tyle było opłatków w życzeniach – prawdziwa strawa duchowa. Kartki nadal kipią znad lamperii w kuchni. Jaśnieją kolorowym szlakiem. W w przyszłym roku zrobię z ulubionych ozdoby na choinkę. Stroiliśmy wspólnie choinkę i tyle nam to sprawiło radości! Tak miło było się przekomarzać podczas strojenia. Ozdoby mamy różnorodne, ale spięte łańcuchem wydają się nawiązywać do siebie. Prawie każda ozdoba coś oznacza i wspaniale jest pomyśleć, że po kilku latach będziemy dysponować prawdziwym ładunkiem świątecznych wspomnień. Przydały się wszelkie bombki, prezenty od uczniów, zapomniane koszyczki i malutkie lale, łyżki i fujarki, śnieżynki, nawet płyty kompaktowe – M. wymyślił, że będą wspaniale odbijały żaróweczki – i miał rację. Wygrał ze mną trzema asami: jodełką, kolorowymi światełkami i pomysłowością. Nie przesadzę i mam nadzieję, że nie obrażę moich poprzednich choinek, jeżeli powiem, że ta jest moją najpiękniejszą. Wszystkie czynności nacechowane były wzruszeniem, a wspaniały, blisko metrowej grubości śnieg jedynie wzmacniał te uczucia. Postanowiłam przygotować słowa nowych dla nas kolęd i dzięki technice śpiewać je z podkładem muzycznym. W ten sposób kolędowaliśmy z Santorką, Hanią Banaszak, Krzysiem Krawczykiem, Krywaniem i wieloma innymi. Odbyliśmy tyle przygotowań, pieczenia i gotowania, a w międzyczasie zakup samochodu dla Mariusza. W naszym garażu śpi Niusian. Jego pełna nazwa brzmi Nissan Frontier super crew pick-up. Ładniutki, piaskowo-szary i prawdziwie męski wóz. Półroczne deliberacje i poszukiwania zakończyły się sukcesem. Jest to pierwszy nowy samochód w naszym życiu. Mariusz uspokojony, nie czuje się już uzależniony od moich wyjazdów. Chip – sprzedawca też nie okazał się ogromnym cwaniakiem. Pomagałam w pertraktacjach, wyszukiwaniu finansowania i spisywaniu umowy. Okiełznałam stres. Dwa wolne dni – czwartek i piątek przed świętami pozwoliły mi w pełni się do nich przygotować. W czwartek piekłam ciasteczka w oczekiwaniu na dostawę samochodu. Za oknem trzaskający mróz malował obrazy. Po przyjeździe M. kręcenie ciastek przez maszynkę odbyło się z turbodoładowaniem. Wykorzystałam prezent od szkolnego Mikołaja – zestaw blaszek do pieczenia bez natłuszczania. Wyjątkowo udały mi się “thumb cookies” według przepisu pani O. W piątek gotowałam barszcz i bigos z dziczyzną na drugi dzień świąt, na południe byłam umówiona z A. w samym sercu Chicago, na leczenie kanałowe zęba. Autostrady pełzały w żółwim tempie, ale miałam kasetowy zapas kolęd i cieszyłam się nimi, śpiewając w samochodzie. Miałam okazję w wyjątkowo ładnym świetle mrozowego słońca zobaczyć centrum miasta przejęte gorączką świąteczną. Gabinet, mieszczący się na 9. piętrze nad luksusowymi sklepami, jedynie budował we mnie wrażenia. Wspaniałe katalogi w poczekalni, a w środku kochane dziewczyny – A. (już chyba najwyżej wykształcona specjalistka) i J. Muszę powiedzieć, że lubię chodzić do dentysty. Przyjęły mnie serdecznie. Jeszcze nigdy leczenie nie trwało tak krótko i mało boleśnie. Po wszystkim byłam poproszona na zwiedzanie i poczęstunek, przedstawiona współpracownikom. Co najciekawsze okazało się, że owe leczenie było prezentem! Już zupełnie zniewoliło mnie to rozpuszczanie. Mam nadzieję, że się nie zbisurmanię. Po wszystkim urządziłam sobie spacer po 9. piętrach sklepów i zakupiłam prezent – perfumy, których poszukiwałam od wyjazdu do Polski. Pachnę teraz Pampelune Guerlain’a. I tak mamy prezenty – Mariusz samochód, a ja bezbolesne leczenie kanałowe i perfumy. Wyjątkowa, niedzielna Wigilia rozpoczęła się mszą na Trójcowie, później Gosia przyjechała do pomocy. I dzięki Bogu, gdyż nie czułam się zbyt dobrze. Nie wiem, co mi to wróży na nowy rok, ale gdyby zapisać godziny dnia – byłoby ciekawie. Przygotowania poszły pełną parą. Uwielbiam takie składkowe święta, gdyż każda gospodyni może się czymś wykazać i, co najważniejsze, żadna się zbytnio nie przemęcza. Goście nadchodzili, a prezenty zaczęły zasłaniać choinkę. W pewnym momencie okazało się, że K. stoją z dziewczynkami na autostradzie w niesprawnym samochodzie. Ekipa ratunkowa ruszyła. I może się to wydawać dziwne, ale dzięki Bogu, że tak się stało i wtedy. Takie przysłowiowe szczęście w nieszczęściu. Poczekaliśmy na P., który odwoził samochód do warsztatu i w formie skróconej przeprowadziliśmy wstępy do łamania się opłatkiem. Kominek królował. Życzenia z serca wzruszały. Sprawnie podałyśmy potrawy. Uszy nam pląsały. Wybierany przez Mania stół okazał się po raz kolejny wspaniałym zakupem. W pierogach pan domu wyszukał pieniążek na szczęście. Następnie były prezenty i kolędy. Dostałam bardzo piękny pierścień z mlecznym bursztynem. Oliwka, podczas oględzin, pocałowała mnie weń z rozmachem. Chcę to potraktować jako dobry omen. Nie zdążyliśmy na Pasterkę. Śpiewaliśmy do późna. Położyłam się około 4. K. spali u nas. Dzięki ich obecności przeszliśmy rodzinnie przez drugi dzień. Wspólne śniadanie, radość z dziewczynek, wyprawa z Agusią do kościoła, rozmowy w samochodzie. Wieczorem przybyli następni goście. W sumie, gościliśmy licząc także dzieci – 23 osoby. Drugiego dnia śpiewy wychodziły jak na lekcji pokazowej. Z tego wszystkiego nie zdążyłam się przebrać w przygotowany strój i świętowałam w zwykłych spodniach i golfie. Pomiędzy świętami pracowałam przy dźwiękach kolęd. Na Sylwestra wybraliśmy się do Violi i Marka. Panie, a panowie taneczni. Pojechaliśmy “wesołym autobusem” K. do domu Marka i Eli. Tam przespaliśmy noc. Dzięki odległościom mieliśmy bal wyjazdowy. Elżunia podjęła nas po królewsku barszczem i śniadaniem. Wybraliśmy się na spacer po zalanych słońcem drogach. Jak było cicho! Później pojechaliśmy do K. Było już zupełnie rodzinnie, tak domowo, że M. uciął sobie drzemkę w pokoju maleńkiej Gabrysi. Podliczyłam sobie starym zwyczajem studentek polonistyki przeczytane w 2000 strony książek i … czytam mniej. Nie licząc artykułów z prasy, niedoczytanych książek i powieści na kasetach – 4570 stron.

3 stycznia 2003

Wczoraj skończyłam czytać książkę na kolejne spotkanie w bibliotece – „Agnieszki pejzaże” Z. Turowskiej. Piękna biografia Osieckiej, zakończona smutną śmiercią, ale z przesłaniem. Lektura późnonocna, gdyż jeszcze jestem wybita Sylwestrem z trybu, poprowadziła mnie do mojego własnego tekstu z Ja i Ty, który oparł się czasowi, ale ukazuje niedobory mojej wiedzy w dziedzinie interpunkcji. Ta lektura natomiast poprowadziła mnie wprost do „Tatula, Mamuny” i innych moich artykułów. Jak się zmieniam przez lata! I nic nie mogę na to poradzić, i nawet nie chcę. Mam na jutro sprawdzić prace klasowe uczniów, które są odbiciem, nieco wykrzywionym, mojego sposobu uczenia. U niektórych prace to zbiory poprzekręcanych anegdot. Ponieważ Staff napisał Kowala, a ja opowiadałam o Dziadku przy okazji, więc Staff pozostanie piszącym kowalem. Takie ogromne uproszczenia. Sprawdzanie prac wzrusza mnie i złości, denerwuje i rozczula. Że to właśnie ja jestem jedyną furtką do literatury, jaką kiedykolwiek otworzą… Uchylą, a potem zapomną. Coś zostanie, jeden żart, zdarzenie i majaczący zarys postaci. Ale nie narzekam, nie zakopałam nawet tego uszczerbionego talentu. Rozwijam się, staję lepszym pedagogiem, choć może słabszym polonistą, bo zamerykanizowanym. 6 stycznia 2003 Weekend przeszedł jak burza – w sobotę szkoła i przyjęcie Polish American Historical Association w muzeum, miałyśmy być z H. gośćmi – byłyśmy kelnerkami. A w bibliotece odnalazłam dzisiaj książeczkę dla dzieci, którą napisała Osiecka z Passentem z autografem dla biblioteki z 1993 roku. Będzie śliczny kąsek na spotkanie, jak i ten o Tatowym STS. Mariusz – jedzie do Aspen w dniach 12-19 stycznia. W pracy puste biurko S. zarasta coraz to nowymi prezentami, które ludzie przynoszą i spodziewają się, że jakieś duszki jej to dostarczą. Rozmawiałam z nią w piątek, pozdrowiłam od wszystkich, bardzo się ucieszyła. Czuje się o wiele lepiej – jest w domu opieki, który ma zapłacony przez ubezpieczalnię i będzie się tam znajdowała prawie do końca stycznia. Potem chce wrócić do domu i do pracy. Jak mówi, bardzo za nami tęskni. Od następnego tygodnia zaczynam sprawdzać matury pisemne – prace domowe. Poważnie zastanawiam się nad zrezygnowaniem ze szkoły w przyszłym roku. Nie wiem jedynie, czy mi się ona liczy do jakiejkolwiek ciągłości pracy? 9 stycznia 2003 Wczoraj przenieśliśmy na dół naszą bibliotekę podręczną. Mariusz pojedzie w niedzielę na narty. Odpoczniemy obydwoje, pewnie ja w jakimś stopniu z wujkiem i ciocią. Cofam się w czasie także dzięki rozmowom w bibliotece. Pan Andrzej P. poszukuje u nas materiałów do doktoratu na UJ. Rozmowy z nim, człowiekiem pióra, i to ostrego, artystą Piwnicznym, bardzo mi pomagają. Analizuje moje wypowiedzi i motywuje do działań twórczych. Uważny obserwator, przychodzący do biblioteki codziennie, wpłynął jakoby w mój świat, spotkał już wielu z czytelników, wolontariuszy, pracowników. Kiedyś zakładał „Spotkania z balladą”, które pamiętam jak przez mgłę z Bogorii, przyjaźnił się z Aloszą Afdiejewem. Zauważył, ze skupiam ludzi i coś zasugerował, z czego już jakąś chwilę zdawałam sobie sprawę. Moje anegdoty zakwitają dla wdzięcznych słuchaczy, mówione żyją i są dowcipne. Ponieważ je opowiadam kilkukrotnie, nie przywiązuję wagi do ich zapisywania, a ono może być moją mocną stroną. Ciekawa uwaga, to jak – nagrywać samą siebie? Toż może się to stać wewnętrzną paranoją! Mądrym jest jednak to, że powinnam słuchać ludzi. Częściej robić to niż mówić, ot takie motto na 2003. Przyjdzie jednak czas na opracowanie moich myślenic drukowanych, obecnie nim nie dysponuję. Dzisiaj dzwonił ponownie Tato Mariusza, przesunęli wesele na tydzień po świętach. Będzie, jak ma być. Matura nie ucieknie. Najwyżej moi uczniowie pobędą przez jakieś 3 tygodnie sami. 24 stycznia 2003 Mariusz po powrocie wygląda na wielce zrelaksowanego, pełnego energii. Ja w pogoni przygotowań jakoś się zatracam. Doceniam ogromnie, że teraz, gdy na dworze nieopisane mrozy, Mariusz ma czas i chce robić nam śniadania. Wczoraj byłam ze współpracownikami w muzeum litewskim, smutniejsze niż nasze, prywatne, umieszczone w budynku odkupionym od szpitala. Te malutkie izolatki, korytarze w kafelkach. Już wolę naszą ideę sali balowej, jest w niej coś wielkiego i specjalnego. Nawet w korytarzach. Dało nam to do myślenia. Później obiad w restauracji Szałas w stylistyce podhalańskiej. Jak w Polsce! 28 stycznia 2003 Wizyta Wiceministra Kultury RP R.S. przebiegła dość gładko. Został wraz z zastępcą konsula generalnego oprowadzony po wszystkich naszych zakamarkach. Obejrzał także i bibliotekę, gdzie dzisiaj był urodzaj na odwiedzających. Ma bardzo bezpośredni sposób bycia, jest zdyscyplinowanym bywalcem, świetnie słucha. Miejmy nadzieję, że nam w przyszłości pomoże. Po wszystkim spędziliśmy chwil parę przy poczęstunku. 30 stycznia 2003 Wczorajsze badania w szpitalu uspokoiły mnie nieco. Przewartościowały mi się niektóre sprawy. Planuję rozumowe ukojenie.

5 stycznia 2004

Sylwestra przeżyliśmy po cichu u Koników Starszych, było wiele jadła i napitku, odtańczyliśmy jeden taniec. Odpoczęliśmy, porozmawialiśmy. W weekend doczytywałam sobie Mistrza i Małgorzatę. Całkowicie odmiennie to odebrałam. Po 10. latach odmiennie. W sobotę wieczorem pojechaliśmy na wystawę fotograficzną córki Idalki z radia (która zawsze przychylnie z nami współpracuje) do księgarni D&Z, tam Mariuszek kupił mi piękny kalendarz – terminarz, tym razem szary i o połowę mniejszy. Spotkaliśmy życzliwe osoby, tzn. Kruczalaków, Idalkę, Grażynę Auguścik, która ostatnio widnieje na okładce Zwierciadła, Basię Bilsztę z mężem. Przedstawiłam niektórym Mariusza, było mu przyjemnie. Stamtąd pojechaliśmy do Ani M., gdzie byli wszyscy znajomi. Bardzo miły wieczór. Wdepnęli później i Jackowie. Cieszę się, że Jacek ma się lepiej. W niedzielę wstaliśmy na mszę o 10:30 a na świecie biało… i tak bardzo padało. Ale dojechaliśmy, po kościele spotkaliśmy się z Ś. Chcieli nam oddać pożyczone rzeczy. W ciągu miesiąca osiedlili się zupełnie. Kupili samochód, teraz finalizują kupno domu. Cały dzień, po powrocie do domu z zakupami, przebiegł leniwie – na drzemkach i gotowaniu. Menu z marzeń Mariusza: pomidorowa z ziemniakami i mielone z kiszoną kapustą. Wieczorem Mariusz intensywnie odśnieżał. Na narty pojechał w nocy. Dzisiaj sobie kataloguję, potem jadę na spotkanie, a później już spanko. Chyba poproszę o zastępstwo na 2 następne spotkania książkowe. Nie wiem, co mnie czeka. Kiedy nastąpi rozwiązanie? Ale bądźmy dobrej myśli. 6 stycznia 2004 U nas mrozik nielichy, trzaskający. Ale było w dzień pięknie i słonecznie. Rozpoczęłam go wyprawą do miejsca, w którym Iwonka kupowała szafki. Spotkałam się tam z nią, zabrałam konspekty, zobaczymy, co z tego wyniknie. Ubieram się ciepło. W muzeum rozburzyli nam Główną Salę – zmieniają podłogę. Ściany tymczasowe poszły w niepamięć. Nowa era. Moje katalogowanie trwa, zbliżam się do liczby 43000. Dzisiaj zobaczyłam artykuł o naszych wigiliach w Nowym Dzienniku z NY. Jestem tam na zdjęciu z palcem, którym wskazuję stroik. Ot chwila nieuwagi i trach. Z upodobaniem przyglądam się ptakom, pożywiającym się w naszym karmniku. Dzisiaj planuję okadzić dom, zestaw mam z niedzieli. 8 stycznia 2004 Zgodnie z przeczuciami ukrywam przed moimi Rodzicami wycieczkę Mariusza. Mariusz pojechał dopiero nad ranem w poniedziałek, dokładnie o 2. w nocy. Był więc ze mną w sobotę i dzięki Bogu w niedzielę – tak strasznie padał śnieg, odśnieżył. Miałam w niedzielę prawdziwą huśtawkę nastrojów, płakałam i śmiałam się, byłam rozrzewniona. Przeszło mi powoli. Po tym, jak wyjechał, opadły mnie lęki i stałam się silna i mi go nie szkoda, a od wczoraj zaczynam być nawet wyprowadzona z równowagi. Bo zadzwonił we wtorek, chciał, abym zadzwoniła w środę, ja nie mogłam się do niego dodzwonić i od tego czasu cisza. Trudno, ja dzwonić nie chcę. Niech choć coś mu w głowie zaświta. Wcale nie tęsknię. Dzisiaj mnie tylko trochę martwi pogoda, gdyż pada śnieg, ale już rozmawiałam z Jackiem, pomoże. W środę gościłam w domu Iwonkę, rozrysowywała mi kuchnię. Było milo i wiele dla mnie zrobiła. W nocy nie mogłam zasnąć. Prawie przysypiałam w pracy. A tu o 1:30 wczoraj Franek przez przypadek przewiercił rurę z wodą i pociekło… Połowę bibliotecznego sufitu przeciekało. Lało się strumieniem z lamp, okrywaliśmy półki z książkami folią. Apokalipsa. My z Halą w roli strażaków, i jeden pan, który odrabiał u nas godziny społeczne. Nasi chłopcy byli mało przydatni. Włosy miałyśmy wilgotne. Wyszłam wcześnie, pojechałam do domu, przygotowałam meksykańskie potrawy i przyjechały do mnie umówione Agusia C. i siostra Ewa. Bardzo miły wieczór przy choince. Dzisiaj wielkie suszenie i krajobraz jak po burzy. Wieczorem odbywa się promocja książki – nasza doktorantka pisząca o Haimanie promuje „Kiedy jesteście, mniej boli…” o dzieciach ofiar Katynia. Nie wiem, czy zostanę, może pojadę odpoczywać. Jutro planuję wybrać się do szkoły, z podziękowaniami i czekoladkami dla dziewczyn, które zaskoczyły mnie imprezką dla dziecka. Mam się spotkać z Agusią K., która ma mnie zabrać do sklepu, aby pokazać mi, co powinnam kupić, lub zapisać na listę. Same też pewnie coś planują. A tego nikt za mnie nie zrobi, czas wielki upływa. Po wczorajszym bólu głowy jestem dzisiaj mocniejsza, samotność w domu mnie wycisza. Jacek przyjął uwagi. Ma się lepiej. Podobno daje sobie radę. Staram się pomagać słowem Halinie. Nadal zachowuję sekret wyjazdu Mariusza, nawet wujkowi się nie przyznałam. Pewnie pokonam dzisiejszy gniew i spojrzę na tę sytuację lepiej. I na Mariusza. Napisałam jedynie w liście do Buska o wyprawie syna. Nadmieniłam. Z nimi czuję, że powinnam być szczera, a może to była z mojej strony maleńka podłość? Lub czynność powodowana swoistą zemstą? Nie wiem, list poszedł. 14 stycznia 2004 Mariusz wrócił w poniedziałek. Nawet miło porozmawialiśmy w sobotę przez telefon. Rozumiem go i nie, ale to jeszcze nie jest problem, taka wyprawa. Staram się nie chować do niego urazy. Tak jest lepiej. W sobotę pobyt w szkole był bardzo przyjemny. Wyprawa z Agą do Target jeszcze milsza, a późniejszy lunch w HUE zupełnie super. Odespałam po południu wszelkie zaległości. W niedzielę rano rozmawiałam z domem, później spotkaliśmy się ze wszystkimi w kościele, po wszystkim obejrzeliśmy wzruszające jasełka przygotowane przez Ewę i pojechaliśmy do HJ M. Wszyscy się mną rozbrajająco opiekują. Wygrzewam się w życzliwości. Poniedziałek zszedł wartko, pani Krysia kontynuowała przenoszenie księgozbioru, a ja skatalogowałam blisko 40 woluminów. Pojechałam wcześniej, bo po 3. do D&Z, Mariusz czekał w domu, zjedliśmy obiad, dzwonili W. z Florydy, później poszliśmy na spacer w odwilży, dużo opowiadał. We wtorek zrobiłam sobie wolne. Rano dzwoniłam do szpitala, gdzie zapisałam nas na 2-dniowy kurs dla nowych rodziców, później zamówiliśmy szafki do kuchni według projektu Iwonki, będą za 3 tygodnie – tyle ma Mariusz czasu na zmiany w kuchni. Pokój dla Małego jest prawie gotowy. Wszystko inne w rękach Boga. Po południu zabrałam go na USG. Pan wszystko pomierzył, dziecko miało złożone rączki, potem podłożyło jedną pod bródkę i wymachiwało nóżkami. Już stoi na głowie, jeżeli można to tak nazwać. Mariusz nie chciał znać płci, a jest przekonany, że jest to chłopczyk i zwraca się do niego per on. A ja chciałam i wiem, że ojciec ma rację. Pan mi to wszystko pokazał i dał mi zdjęcie. Widzieliśmy się z Józefem, który miał dyżur – bardzo ciepła rozmowa. Po wszystkim udaliśmy się na poszukiwanie drzwi do szafy do dziecięcego, Mariusz wyrzucił stare, a tu okazało się, że są niewymiarowe. Zdarza się. Wieczorem odkryliśmy w skrzynce niespodziankę, autobiografię B. Tyszkiewicz z dedykacją – bardzo miły gest. Być może niedługo będę mogła i jej wysłać moją publikację o muzeum. Czytałam „Nie wszystko na sprzedaż”, bo taki ma tytuł, dzisiaj rano – pełna wdzięku narracja, fascynujące życie. Wiele będę się mogła z niej nauczyć. Jest tam po mnie ślad. Dzisiaj w pracy wyszłyśmy na pierwszy od wielu miesięcy lunch z Violą M., byłyśmy w Coroshu. Bardzo sympatycznie. Później pomagałam wyceniać książki pani Krysi. Ruszałam się trochę. Teraz siedzę. Odpoczywam, podobno ostatnio szybko się zmieniam. I dobrze, kiedyś muszę. 20 stycznia 2004 Dzisiaj ładnie, choć nieźle mróz szczypie. Mariusz przeżył bardzo pracowicie swoje imieniny – remont sięgnął dna, teraz może być tylko lepiej. Wszystko zerwane, już kurz się nie unosi, a jeżeli jeszcze, to ten stary. Znów w samochodzie pojawił się sygnał, aby sprawdzić silnik, jadę w czwartek. Jutro mam lekarza – kolejną rutynową wizytę. Mocniej mnie boli krzyż, jestem bardziej ociężała, a w niedzielę byłam jeszcze taka smutasowa, przeszło mi to. Dziecko się kręci, ja się budzę w nocy. Zamieniliśmy się z M. na przyzwyczajenia – ja padam po 10., Mariusz ostatnio siedzi dłużej. Wczoraj przed 12. zadzwonił do Polski, do swoich i ich pobudził. Ale niech ma. Dzisiaj po pracy jedziemy do Menards po jakieś dodatkowe rzeczy do domu. Pochodzę sobie trochę. I tak, czekanie, przygotowywanie, przemeblowywanie w domu i pracy. Finiszuję, kończę poprzednie plany, dopytuję się o szczegóły, jestem prawie na wylocie. I dobrze. 22 stycznia 2004 Duży pokój wygląda fatalnie, wszystko wystawione z kuchennych szafek, pokryte folią, folia warstwowanym kurzem, czasami mnie to przygnębia. Czasami wychodzi mi lepiej nie myślenie o tym problemie. W pracy po powodzi – sprzątanie, w domu, przygotowywanie do sprzątania. W ogródku kupa gruzu. Można się załamać, takie to robienie wszystkiego na zupełnie ostatnią chwilę. Czy zdążę? Odgrażam się, że ze szpitala w razie czego pojadę do Haliny. Szafki maja dojść za 10 dni. Byłam dzisiaj u lekarza, potem zapędziły mnie tu do wyceniania książek, w międzyczasie poszłam do O. dowiedzieć się, co mi przysługuje, a co nie. Będę miała 2 miesiące płatnego urlopu i miesiąc bezpłatnego, ale z ubezpieczeniem, potem muszę dograć, czy zgodzą się, abym była w pracy 2 dni, a resztę pracowała w domu, np. katalogując. Tak nie stracę ubezpieczenia na siebie i dziecko i nadal będę miała pieniądze. Nie wiem, co przede mną, a obawy narastają. Obawiam się siebie, złości, strachu, bólu, nieporadności, sama już nie wiem czego. A może jestem po prostu dzisiaj bardzo zmęczona. Takie huśtawki nastrojowe to podobno normalka. Trzymam się jednak. Jednak nie pojechałam na zakupy, byłam przedwczoraj i bardziej mnie umęczyły niż ucieszyły. Niby lampy sufitowe, a tu zawsze kompromis – lubimy w miarę i cena w miarę, a po dodaniu $400. Wieczorem już całkiem czuję się ociężała. Kiedy nagle wstaję, boli mnie przykrywka głowy, naciągają się mięśnie. Motek kopie. Mariusz mnie czasami irytuje. Stara się, przerabia, maluje, chudnie w oczach, ale też jest zmęczony i niepewny. A pomimo wszystko mnie irytuje. Powinnam teraz śpiewać dziecku, czytać na głos, wylegiwać się, być pogodna, a ja mam bordello i brak ochoty na cokolwiek, sama sobie jestem winna, mogłam zmuszać wcześniej. Teraz nic nie zrobię. Wróciłam wczoraj do domu, zamęczona – wyceniałam dzień cały, p. Krysia tak bardzo się spieszy i tak ogromnie chce, abym to ja jeszcze decydowała. Robi dobrze, stara się, a ja dostaję odwrotnych reakcji. Mariusz po pracy jeszcze kończył pokój dla dziecka. Zamęczony, szary. Już wszędzie jest bałagan. I trzeba się było nad nim użalić, podgrzać obiad w warunkach polowych, podać, przytulić i nie mówić, że jest też mi źle, bo od razu atak, że nie ćwiczę… Ale są i pozytywy. Dzisiaj rano włożył mi skarpetki i buty, bo przy tych czynnościach się wywracam i oprócz tego pożyczył swoich rękawiczek, bo moich nie można znaleźć. A na dworze trzaskający mróz i słońce. Dzisiaj miałam rozmowę z p. Janem dotyczącą mojej przyszłości. Zgadza się na moją połowiczną pracę w domu. A co życie przyniesie? Sama nie wiem, tyle się jeszcze może zmienić. Dziecko jest bardzo aktywne, to ciekawe uczucie. Tyle jeszcze nieodgadnionego przed nami. Aż strach. Ale przeczekamy. Wychodzi na to, ze będę potrzebowała pomocy teściów dopiero od końca maja. Nie wiem, czy się na to zgodzą. Nie wiem, czy moi Rodzice nie będą mieli z tym związanych smuteczków, jak ja mam ten problem rozwiązać? Prosząc o przyjazd i pomoc rozbijam przecież czyjeś życie, ustalone nawyki. Nie ma w tym dobrego rozwiązania, jest uwiązanie, kompromisy, męczenie się wzajemne. Wiele pytań. Była u mnie wczoraj Agatka. Także wczoraj dostaliśmy list od MZosi o rezygnacji z marzeń. Tyle w nim podtekstów i rad! 26 stycznia 2004 W sobotę cały dzień sprzątaliśmy, wieczorem byliśmy u Ani i Mariuszka, prawdziwa fiesta życzliwości, smakołyków i rozmów. Ogromnie miło i ta Kasia – już mówi całymi zdaniami.Wczoraj po przyjeździe pod kościół upadłam w błoto, zawróciliśmy do domu. Byłam w strachu przez dzień, dzisiaj jest wielka plucha, boli mnie głowa i marzę o śnie. Lepiej, już jestem po lunchu. Przeszedł mi poranny ból głowy i ospałość, jestem dobrej myśli, ubrałam się ciepło i nic mnie nie boli, nie mam sińców ani opuchlizn, lekkie zadrapanie na ręce. Święci anieli dopomogli. Wczoraj wzmocniona rozmową z domem pojechałam z M. na koncert Lajkonika, spóźniliśmy się nieco. Przyjaciele zajęli nam miejsca. Spotkaliśmy tam wujka. Wiele wzruszeń, wspaniałe przedstawienie, kolorowe, żywe, dobra muzyka, oświetlenie, ładna sala – dziecko tańcowało także. Dzieliłam drugą część z wujkiem, Agusią i Gabi. Byłam bardzo dumna z Haliny. Po widowisku przygarnęła nas do siebie Gosia, po odwiezieniu wujka pojechaliśmy do nich na domowy obiad. Pomidorowa, świetne schabowe, kapustka, ciasta, obejrzeliśmy razem wręczanie Globów w telewizji i towarzyszący im przegląd strojów. Miłe oderwanie, dla mnie w pozycji półleżącej. Pożyczyliśmy od K. magiczny odkurzacz z pochłaniaczem wodnym – mam nadzieję odkurzyć gruntownie basement i pokoje. Jutro cd. prac, przychodzi do nas sąsiad gruntować ściany przed malowaniem, będzie to porządnie zrobione. Widzimy więc światełko w tunelu. Rozprawiam się ze zbędnym ładunkiem naczyń, robię selekcję i wyrzucam. Z butami i ubraniami zrobiłam już porządek. To jak plewienie ogrodu. Czyli w domu i w pracy mam weeding. Napisała do mnie Anusia, podesłała mi artykuł o fibromialii, poczytam, to się dokształcę. Jest dobrze. 28 stycznia 2004 Dzisiaj zawieja w Michigan, zapada serce w śnieg… tu także. A ja mam lepszy humor. Co prawda brzuch mnie ciągnie ku dołowi, ale da się wytrzymać. Wczoraj wyszłam wcześniej, wstąpiłam do D&Z po książki, obkupiłam się tak, że i ja i czytelnicy będziemy chwilę zadowoleni. Nie wiedziałam od której zacząć, zaczęłam więc od „Gorzkiego romansu” Nurowskiej, przeczytałam wczoraj, a dzisiaj też sobie coś dobiorę. Miłe to takie. Mariusz w domu odkurzył, zaczyna się przecierać. Dzisiaj był na chwilę w pracy, ale chyba długo nie pobył. Miał z sąsiadem Zygmuntem zalepiać szczeliny w ścianach pod malowanie. Muszę w drodze do domu kupić coś gotowego. Ten śnieg taki malowniczy, ale może być uciążliwy, zobaczymy. Dzisiaj po przyjściu do pracy okazało się, że przez wiele lat balansowaliśmy na progu pożaru. Instalacja elektryczna w półkach ze starymi książkami nie była izolowana… jedna mała iskra… Wywołało to u p. Krysi ból głowy, a mnie już nic nie zdziwi. Dzwoniłam też do p. Sabiny, miła ta rozmowa, choć tak długo odwlekana. Jest mi bliska. Czuje podobnie, cały czas o nas myśli, modli się za mnie. Dzisiaj w bibliotece dzięki obecności mężczyzny akcja – dorabianie półek. Okazuje się, że nie mamy prawie żadnych narzędzi i o wszystkie musimy prosić. Ale praca się posuwa. Dużo zamieszania, ale i pracy ubywa. A ja sobie kataloguję nowiutkie książki! Oby ten mój nastrój się długo utrzymywał! 30 stycznia 2004 Po wczorajszym dniu pełnym wrażeń, dzisiaj dałam sobie na zwolnienie. Za oknem pięknie i słonecznie, ale mróz jest trzaskający i przenika najgrubsze kurtki. Przestrzeżona przez Mariusza i opatulona przyjechałam do pracy. Wczoraj miałam prawdziwe święto. Po pierwsze doszła do mnie nasza publikacja! Trzymałam w dłoniach namacalny owoc moich ponad dwuletnich wysiłków i byłam z siebie dumna, a po drugie – zrobili mi w pracy niespodziankę – baby shower na 60 osób! Hala, Lidzia i p. O. planowały podobno od miesiąca – wszystko w największej tajemnicy. Tylu wtajemniczonych, tyle przygotowań, taki zadziwiający efekt! Byłam bardzo mile zaskoczona. Ujęła mnie serdeczność, przyjaźń okazana i tyle zachodów! Taka masa wrażeń, była i p. Sabinka i Viola i Dorotka z D&Z, prawie wszyscy współpracownicy i wolontariusze, kalejdoskop serc serdecznych. Taka atencja uskrzydla, utula, doprowadza do łez wzruszenia. A te prezenty! I wózek od muzealników (za którym stoi nieoceniona Hala) i wysokie krzesło od genealogów i te wszystkie indywidualne prezenty, te zadziwiające ubranka i sprzęty i udogodnienia (za którymi stoi Lidzia). Można dostać zawrotu głowy od rozmaitości. Ze nie wspomnę o biblioteczce książeczek dla dzieci, jaką mi wręczono – każdy przyniósł jakąś książeczkę. Bardzo to miłe. Jak ja się im wszystkim odpłacę, a te 2 wiersze na naszą część!!! Słów mi brak. I poczęstunek z rozmachem z tortem i napojami, gry wszelakie, zabawy. Muszę to sobie poukładać powolutku. Tymczasem napisałam króciutkie podziękowania emaliowe. Na kartki i poczęstunek dziękczynny nastawiam się w przyszłym tygodniu, a teraz jest mi błogo. Dzielę się więc rozpieszczaniem mnie. Oboje jesteśmy tym zachwyceni.

10 stycznia 2005 (kursywą zaznaczyłam wpisy Mamuny)

Długi dzień mieliśmy dzisiaj z Tuniem. Dziąsła ma spuchnięte, ale zębów u góry jeszcze nie widać. Małgosia zakupiła karty, będę dzwonić jak uda się uzyskać połączenie. Wróciłam do domu, a tu niemożliwie szczęśliwy Tunio z Babunią. Powitali mnie burzliwie i okrzykami, a później, po krótkiej zabawie spożyliśmy bajeczne pierogi po beznadziejnym, przepieprzonym krupniku. Krupnik byl mojego roztargnionego autorstwa, a pierogowa poezja Mamina, pierwszy koncert ze swieżymi grzybkami, drugi ze słodkim serkiem. Objadłam się jak szalona i teraz mi ciężko na sumieniu. Mały śpi, a my korzystamy z wolności i oglądamy 3. z kolei film o współczesnym, amerykańskim śnie o Kopciuszku. Pierwszym był „Princes Diaries”, później What a Girl Want, a teraz The Prince and Me. Takie mamy studium miłego tematu. Jutro ma sypać, a ja kataloguję w domu: perrrrrrrrrfect. Mariusz się nartuje, a nam go nie za bardzo brakuje. 13 stycznia 2005 Jesteśmy po wizycie szczepieniowej. Dobrze, że Was mam i mogę na wyciągnięcie ręki kontaktować się. Napisałam już dzisiaj, ale piszę ponownie, bo wypadła nam wizyta u pielęgniarki, która dała 2 część szczepionki p/grypie. Tunio był dzielny – nie płakał, pochwaliła go pielęgniarka. Małgosia sobie wczoraj o tej wizycie zapomniała i umówiła się na dzisiaj. Pora popołudniowa 14.30 to akuratna pora bez skrępowania i trudności na parkingu. Pogoda przemokra, siąpi ze śniegiem na zmianę. W drodze powrotnej Małgosia zrobiła zakupy w Dominick’s przy Cumberland. Wjechała na parking pod sklepem. Można suchą nogą przejść i łatwiej z dzieckiem. Dzisiaj Tunio spał, więc czekałam na Małgosię w aucie. Zakupiła jogurty dla Tunia, organiczne warzywa, a nam pieczonego kurczaka. Prawdopodobnie taki kurczak jest w cenie świeżego. Jaka to polityka, doprawdy nie rozumiem? Dla wyjaśnienia sytuacji – te kurczaki mają certifikat, że są z dobrej firmy (a dla snobów z Park Ridge to b. ważne). Zjadłyśmy ze smakiem. Mamunia ma wspaniałe zacięcie kronikarskie, a ja muszę Was jedynie pozdrowić i jechać do roboty. Nie spałyśmy dzisiaj zbyt dobrze, płakał w nocy – obudził się przed 7, ja dosypiałam na łóżku Mamy, naprawdę twarde. No i jutro to specjalne zebranie. Babcia z wnusiem szaleją, Mały coraz sprawniej i z większą ochotą się czołga, jak widzi, że wstajemy – czołga się szybciej, Cwaniak. Dobrze mi z nimi. Pewnie Mariusz i dzisiaj nie zadzwoni. Takie jego zbójeckie prawo? 14 stycznia 2005 Jak dobrze poczytać o domu i sprawach wszelkich. Wracam za chwilę – bardzo owocne spotkania, ludzie chętni do pomocy, rozpisałam role na jubileusz biblioteki i kolejny raz zagram policjanta, który goni do roboty, mam wprawę – przewodnik, a teraz i wytłumaczenie, brak czasu spowodowany Małym. Rozumieją to przede wszystkim kobiety. Jaśnie Pan wraca jutro, pewnie będzie odsypiał całą niedzielę po podróży i trzeba go będzie podziwiać. Nie zamierzam. Dzisiaj wszystko wykonałam, poprowadziłam zebrania i zobowiazałam ludzi, musiałam wygospodarować czas na ściąganie pokarmu i tak zrobiłam. Napisać sobie muszę: pamiętać o sobie, pamiętać. Po przyjeździe M. zamierzam wdrożyć ojca w opiekę nad Małym, a Mamunę wyciągnąć gdziesik. Chciałabym także pospać odrobinę. W kolejnym tygodniu będę przede wszystkim pisać wszelkiego typu listy do sponsorów etc., programy itp. Rozdzwonię się, kupiłam 4 karty. 17 stycznia 2005 Po wielkim niespaniu jestem lekko śnięta i śpiąca. Za oknem pięknie i mroźnie. Słońce rozświeca całe centrum, a wiaterek mrozem maluje piękne dymki. Było dzisiaj zaledwie kilka osób i to bardzo zmarzniętych. Dyskutowałam o celebrowaniu jubileuszu z kilkoma osobami, zrobiono nam kilka zdjęć, udzieliłam krótkiego wywiadu do gazety, pomogłam komuś i zadzwoniłam do domu, w którym wietrzeje zapach niedzielnego skunksa. Nie mogę zrozumieć, dlaczego obudził się w najzimniejszy dzień roku i po co? Toż ból głowy aż do pulsowania czaszki, a wyziębić zbyt bardzo nie można, bo Mały. Wydaje mi się, że nawet moja torba i ubrania wydzielają dzisiaj śladowe ilości swędu. Przeżyjemy. Mariusz dzisiaj działa w domu, wypoczęty po wolnym i milszy. Może nowa era? Z wielką uwagą przeczytałam kilka razy listy z Domu. Te wiadomości utrzymują mnie w mojej aktywności. Tak chciałabym ogarnąć wszystkich i uchronić od wszelkich trudności życia. Znam pola działania każdego i wyczuwam przeróżne niedomagania. Zacznę od dzisiaj zapisywać swoje przemyślenia i z czasem wydam publikację. Jestem taka bezradna w tych nowych doznaniach Ani. Wierzę jednak, że pokonała już nastepną barierę, niesamowity lęk i ból niemocy ludzkiej. Powinnam być przy Niej i umieć zaradzić w takiej sytuacji, jednakże mam misję przy Tuniu, a z Anią, Tatą i Piotrusiem jestem w zasięgu ręki. Ania jest bardzo odważna i pragnie sobie pomóc, gdyby to było możliwe abym i ja to mogła uczynić zrobiłabym od razu. Podziwiam Anię i Piotra za taką niesamowitą zgodność i zrozumienie. Rzadko kto jest na takie próby życiowe narażony. Jakże dzielnie, bez szemrania uzupełniają się, wspierają się na tej trudnej własnej drodze życia. Szczęść Boże w wypełnianiu tej ważnej misji szukania nowych dróg rozwiązania zdrowotnego problemu. Jestem gotowa na każdą pomoc, liczę, że bez lęku będzie mnie informować o swoich sprawach. Wierzę, że Tato w razie potrzeby za 2. godziny będzie u nich. Bądźmy zjednoczeni w tej słusznej i jakże ważnej sprawie dla nas wszystkich. Zdrowie Ani i dobre samopoczucie jest nam bardzo drogie. Pan Bóg obdarza nas wielką łaską, że mamy siebie i możemy na siebie liczyć. 20 stycznia 2005 Wylądowałam w łóżku. Już wczoraj czułam się nietęgo. Ból w dole brzucha, dreszcze i ból kości. Przeziębiłam się? Sama nie wiem, może wirus muzealny dopadł mnie z opóźnieniem? Doświadczam miłości i opieki Mamuny, nie wiem, jak byłoby bez Niej, samotnie w chorobie i beznadziejnie. Mariusz i tak wczoraj pojechał do Radka, a Mały, wstający w lóżeczku i pełzający domaga się ciągłej uwagi i towarzystwa. Wczoraj byłam słaba prawdziwie. Dzisiaj od rana lepiej, gdyż się wyspałam, po wspólnej nocy, sama do 11. Wyciągnęłam kości, nie notowałam skrawkiem umysłu, gdzie jest Mały. A może nagromadzony brak snu się odezwał? Nie wiem. Zadzwoniłam do Józefa, był jak zwykle pomocny, zadzwonił do mojej apteki i przepisał mi konieczne leki, z dobrym słowem i troską. Takimi powinniśmy być wbrew wszelkim opiniom. Mamunia poszła mi w śniegu po leki, przyniosła, zażyłam. Teraz korzystam z dobrodziejstw techniki i leżę z komputerkiem na kolanach, zaraz dopiszę polskie wersje do przygotowanych dokumentów. Nie wiem, czy pojadę jutro do Muzeum, to będzie zależne od samopoczucia. Książki częściowo skatalogowane, a ja i tak doznaję wrażenia, że z czymś zalegam. Wypełniam jednak obietnice dane sobie i jestem szczera w tym pisaniu. Będę najwyżej odsiewać odbiorców. Nie mogę cały czas opisywać czegoś i korygować słowa w zależności od tego, kogo przypuszczam, że obdarzę obowiązkiem czytania. Dwa dni temu nadrobiłam odrobinę zaległości z wysyłaniem kartek i podziękowań. Nie mogę wszystkiego położyć, zaniedbać. Mogę skrócić wywody, ale zaznaczać pamięć o pamiętających. Dbać i pielić moje grządki przyjaciół. Nie tylko odbierać hołdy. Nie mam zbyt wiele czasu dla siebie. Czasami czuję się tym zmeczona, ale powstaję. Cieszę się życzliwością Mariusza. Jest lepszy. Brakowało mi rozmów z nim i takiego normalnego obcowania. Można tęsknić za osobą obok. Dzisiaj pewnie znów wróci zmarznięty, a Mały aż będzie podskakiwał z radości widząc go i obserwując. Tato jest dla niego miłą odmianą po monotonnym dniu z nami. Dzisiaj zastukały mu zęby górne, ja już i tak je czuję, pogryziona. Dobrze, że na jakiś czas przestanie być obolaly. Niesamowity był ten rok. Tak jak w liście od MZosi, i ja sama się zadziwiam. Tyle odmian odzczuć i uczuć. Niedługo 1. urodziny, które rok temu wydawały się tak odległe, że aż niemożliwe. A tu kolejne Oskary, Dzień Pułaskiego, obchody, święta i wakacje. Nauczyłam się innego podejścia do ludzi i siebie samej, pewnego nastawienia. Spokoju i poddania prymatowi. 21 stycznia 2005 Tak się składa, że po raz pierwszy mogę świętować święto Babci. Tunio Mamy ustami zaśpiewał mi 100 lat. On swoją minką przemawia do mnie. Od 6 rano był gotowy świętować, ale uśpiłam go wyjmując z łóżeczka. Mamy słoneczko więc byłam z nim na podwórku, aby zaczerpnąć świeżego powietrza. Raziły go promyki słońca, chroniąc się przed nimi zamykał oczy. Wyczułam, że ma chęć na małą drzemkę – więc wróciłam do domu. Małgosia nie poszła do pracy. Lepiej się czuje, ale lepiej dmuchać na zimne. Widocznie nie myśli na wyrost o tym, że powinna o sobie pamiętać i być przezorna. Nie umiem tego wszystkiego ogarnąć, tyle się dzieje. Na nic nie ma czasu, wszystko w biegu. Wczoraj Mariusz ustawiał siedzenie w nowym „vanie”, bo nogi nie chciały się zmieścić. Czy dobrze mu to wyszło opowie dopiero po powrocie. Rewelacyjny jest „laptop”, gdyż piszę w sypialni Małgosi i mogę mieć Małego w zasięgu ręki. Mimo nieobecności w pracy Małgosia wisi na telefonie, uzgadniając już sprawy obchodów 90-lecia biblioteki. Zakres działań wielki, spocznie na Małgosi. Inni odbijają pałeczkę, by się nie narobić. Zobaczymy! Laptop ma jeszcze jedną zaletę – grzeje w kolana. Matunia jest jedyna i najukochańsza, pomaga i mi i furtkowcowi, dzwoniliśmy do djudiej babci ze śpiewem na ustach, ale na chwilkę, bo karta nie chciała działać. Jak to dobrze, że w pracy rozumieją – czuję się jak na miłych wagarach przy świetle słoneczka. Mariusz powiedział mi wczoraj o śmierci pana Jeziorańskiego, trzeba zmówić wieczny…, a dla samej siebie – bliżej się przyjrzeć Jego osobie, na pewno nowe pisma to naświetlą w skrócie. Wiem, że zasłużony, że mądry, że wiele jego książek na półkach i że trzeba podziwiać, ale o człowieku wiem niewiele. Znów ignorancja. Znów tabaka w rogu. Jak uczniowie. Dorastanie do naszych ról zabiera nam większą część naszego życia, a to, że zdajemy sobie z tego sprawę cieszy. W kalendarzu od Taty wydrukowali, że Szekspir mawiał, że najlepszych ludzi uformowało naprawianie własnych błędów. Głębokie słowa i ważne. Kończę, Maly ryzykuje odsuwając drzwi w szafie, a na mnie czekają książki do obróbki. 27 stycznia 2005 Hi, dostałam wieczorowy e-mail, zadziwiające że zima jest i u Was. Czyżby zaczęło sypać i zawiewać? U nas piękne słońce. Mariusz cały dzień usprawnia samochód. W tym przydzielonym montuje podłogę, więc musiał wszystkie narzędzia wyjąć i „cuś” tam modernizuje. Tunio markotny, bo następne zębory idą: 2 z góry. Dziąsła opuchnięte i lada moment będą. Zasnął przed chwilą, czy na długo, zobaczę. Nowa jakość od dzisiaj. Mamy sprawny komputer. Mariusz naprawił i moje wszelkie obawy rozwiał. Dobrze, że jest sprawny. Mamunia dopisała do ostatniego emaliowego, teraz działa w kuchni. Zrobiła wczoraj przepyszne pierogi ruskie, żółciutkie od kurkumy, smaczne niemożebnie, objadłam sie nimi i śniło mi się, że byliśmy z Wami na nartach i ścigałam się z Tatulem. Ładne, a pewnikiem wynik oglądania wieczornego CD z Mariuszem na nartach. Jeden kręci, pozostali jadą, potem się oglądają i naprawiają błędy. Rozbawiła mnie końcówka płyty, gdyż Radek podłożył kawałek BigCyca – chłopy to świnie… Nuci mi się to dotąd. A dzisiaj przepiękne śniegowe wizje – puch, wyniosłyśmy naszego „Jupi” i bardzo się śmiał, jak odgarniałam śnieg szuflą, z rozbiegu pojechaliśmy wszyscy do Aldi i biblioteki, tak jest najlepiej, bez przygotowania, bo to mniej czasu zabiera. Mały bardzo ciekawie przyglądał się wszystkiemu w sklepie. Takie nasze życie wiejskie. Dzisiejsze słońce nas bardzo cieszy. Stąd ten dobry humor. Ale muszę popracować.

6 stycznia 2006

Posprawdzam namiary na żłobek. Mały spał dobrze, obudził się o 4. i przeniosłam go do siebie, spaliśmy do 9. rano bez problemów. Pojechałam do pracy i siedzę weń. Oprócz diety mż nie mam innego planu na nowy rok. Spróbuję jeszcze pochodzić na gimnastykę raz w tygodniu, zmusić się do roweru stacjonarnego, takie tam postanowienia. Jest blisko 1. w nocy. Mariusz w drodze do Colorado, a ja w łóżku z laptopem wpatrywałam się w ekran przedstawiający wizję mojej muzyki z Małgosiowych3. Sprawdziłam pocztę, tak miło, że Rodzice napisali, i mają rację. Poczytam książkę z podkreślnikiem w ręce. Chyba jednak jestem leniem. Tunio usnął w samochodzie trzymając parasolkę, gdyż poprosiłam Mariusza, żeby ją przytrzymal, a Tunio myślał, że to do niego się zwróciłam. Taki lojalny. Dzisiaj w sklepie chciał koniecznie kupić ogórka – pakował go do torebki. Zaskakująco kopiuje nasze zachowania. Dzisiaj przedłużałam dziadziom pobyt do 27. lutego. Potem niewiadoma, odrobinę straszna. Dylemat: przedszkole czy niania i na co nas stać? 8 stycznia 2006 Dzisiaj było słonecznie i pięknie. Po wczorajszym śpiewaniu kolęd u Haliny – zupełnie niewyspana, gdyż Tunio pozwolił mi jedynie pospać do 8, później jeszcze urwałam godzinę. Zdążyliśmy się odrobinę spóźnić na 10:30 na Trójcowo, poświęciliśmy mkz i w domu dokonałam okadzenia, jak Tatul w zeszłym roku. A wcześniej chwilę rozmawiałam z Mamunią, później był spacer i spotkanie z panią od chwalenia kwiatków. U Hali było zjawiskowo, wypoczęłam i uśmiałam się przednio, objawieniem był pianista jazzowy Marcin J., a dzięki jego obecności odważyli się zaistnieć jeszcze dwaj: Michał, kuzyn Marka S. (dermatolog nota bene) i nasz rodzinny Kubek. Sezon wrażliwych i utalenowanych mężczyzn. Najbardziej ucieszyłam się z wykonania Silver bells z tak wspaniałym akompaniatorem siedzącym za moimi plecami. I z rozmowy z Halą i rodziną po zakończeniu części oficjalnej. 9 stycznia 2006 Dzisiaj po pracy padłam – a w niej odwaliłam raport kwartalny i kilka innych rzeczy, oraz porozmawiałam z Halą na temat jej 15-lecia zespołu. Tunia uśpiłam, a teraz sama usypiam. 10 stycznia 2006 Dzisiaj naszła nas Krysia z Kacperkiem, pobawili się chłopaki ponad godzinę, potem byliśmy na spacerku, a teraz Mały śpi, obcięłam mu podstępem ostre pazurki u stóp, których broni jak może, nastawiłam fasolkę po bretońsku z meksykańska, a teraz zabieram się za katalogowanie. 12 stycznia 2006 Napisała wstęp do publikacji lekarzy. Szczerze, od siebie. Padam po całym dniu w pracy i zmuszona napiętym terminem – już oczy mi pląsają, a jeszcze Mały popłakuje. Tekst sprawdziła mi Aniusia w Polsce. 13 stycznia 2006 Właśnie wstałam, obudzona 2 razy przez Tunia i raz a dobrze przez skłopotaną O. Połowa głowy boli mnie pulsując. Jeżeli uda mi się nanieść poprawki w wydawnictwie, uczynię tak. Na dworze ładnie, słonko i nie ma zimna, wywietrzymy Tunia i nas, po powrocie może mi się uda coś jeszcze napisać. 15 stycznia 2006 Próbowałam wczoraj dzwonic do Polski, komórka odzywała się moim głosem, a telefon nie odbierał. Mariusz wrócił szczęśliwie wczoraj ok 9. Teraz nie mam jak poczekać, wiozę Babcię do sklepu. 16 stycznia 2006 Padam ma pysk pokotem. Po pracy jeszcze w domu, teraz trochę tv i przy okazji normowanie listów komputerowych z roku 2005, a jeszcze został mi 2004… Ale jestem bliżej niż dalej. To dobrze. Jutro na zakupy, Mariusz jeszcze miły, ale jutro pójdzie do pracy i się skończy. Tak bywa. 18 stycznia 2006 Juz po 12. w nocy. Byliśmy odstawić do przeglądu buicka, a później odwieźliśmy Konikom dvd, gdyż nawalił telewizor, tzn. satelita, strajkują. Zasiedzieliśmy się u nich. Teraz trzeba umyć się i chyba Mały lada chwila się podniesie… 20 stycznia 2006 Wczoraj mieliśmy na obiedzie Józka i Dinów. Jakoś zgadałyśmy się. 22 stycznia 2006 Wstyd jak jasny gwint, nie mamy polskiego kalendarza i przegapiliśmy Dzień Babci – dowiedzieliśmy się dopiero wieczorem od gości, do Mamuny bylo już byt późno dzwonić, a zaraz napiszę SMS i umówię się na 9. Mały teraz spi, wróciliśmy z kościoła, wczoraj gościli u nas Adam z dwiema Agnieszkami. Śmialiśmy się do rozpuku, gdyż ta druga to następczyni Hanki Bielickiej, raz było miło dla odmiany mieć taką rozrywkę. W muzeum byłam w piątek do północy, wystawa udała się, ponad 200 osób, młodych, wielu z nich po raz pierwszy – przyciągnięci zostali przez modę i sławnego fotografa, może to sposób na przyszłość? Nagrywałam, ale kamera wymazała wszystkie moje starania – nastąpił jakią błąd na dysku. Być może sympatyzuje z Mariuszem po nartach, tak wspaniale tam obcowali ze sobą. M. udowodnił, że jak mu się chce, to potrafi nagrywać, szkoda, że chce mu się tylko dla kolegów i szefa, no i siebie. Ale miłość cierpliwa jest i nie zadrości. Chciałabym moc tak kiedyś w zupełnym braku lęku i poczuciu wolności zjechać z góry. Nie obawiając się następstw, w białym pędzie. Jestem jednak małpką odpowiedzialną. Raczej matką odpowiedzialną. Coraz częściej chodzi mi po głowie ochota na pisanie. Owocowa seria kusi, ale to trudniejsze niż jazda nartach. Wracając do muzeum, na dworze padało bardzo wielkimi płatami śniegu, było bardzo biało. Przyjechały obydwie Viole ze swoimi, Ania z Kasią, Józio i jeszcze kilkoro znajomych. Zrobiłam kwiaty, przygotowałam poczęstunek, a podczas wieczoru kręciłam i oprowadzałam naszych po różnych zakamarkach, m.in. Pokoju Paderewskiego i bibliotece. Było bardzo miło. Ania bardzo nastawiła się na to, że pojedziemy na sushi, więc pojechałyśmy w 5, z Kasią. W warunkach zimy stulecia. Mądra kelnerka poproszona o rozsądne gospodarowanie moimi pieniędzmi (powiedziałam jej, że mam do wydania tylko $50) zmieściła sie w ww sumie. Pokosztowałyśmy frykasów, popiłyśmy ciepłą zieloną herbatą i wsparłyśmy się rozmową, a końcowa, ciekawie podana schłodzona pomarańcza wprowadziła nas z powrotem w świat za oknem. Drogowcy w ponad godzinę uwinęli się z odśnieżaniem dróg i powrót do domu był bezproblemowy. Czekała na mnie MZosia. Szkoda tylko nagrania. Dzisiaj chyba jednak zrezygnujemy ze „Sztuki kochania” z Rybotycką, jutro przychodzą specjaliści do naprawy pralki. Takie życie, może się przejdę, albo zdrzemnę? 24 stycznia 2006 Dzisiejszy dzień był podyktowany reperacją pralki, pan przyjechał po 1., pewnie przez jego tłuczenie się Maly spał krócej i wstał szybko. Wypisałam zaległe listy, zadzwoniłam do Pani Helenki i dowiedziałam się, że muszę postępować nagle – i szybko rezerwować bilet na podróż do Houston, jaką mi funduje w maju na Zjazd Nauczycieli, gdyż ceny idą w górę. Tak też uczyniłam. L. nakazał mi napisanie listu do Kaczyńskiego, to miałam zgryz. Wieczorem byliśmy w przedszkolu domowym Świętego Dominika po drugiej stronie lasu. Dom mniejszy od naszego, cały podporządkowany dzieciom, czysty. Małe podwórko, blisko ogrodzona łąka, oczekiwanie na miejsce półroczne, domowe jedzenie z zupkami po polsku, modlitwa i drzemka, opłata $41 za dzień, od 7:00-5:30, można z pieluszką, maksymalna ilość dzieci 14, dwie panie pracują z 2. grupami, przedstawienia i takie tam rozmaitości. Żaden zachwyt bezkrytyczny. Pozytywy: dzieci, zabawy, oswojenie. Negatywy? Jeszcze nie wiemy, jak się Mały tam poczuje. Pani sensowna i opanowana, spokojna Ela Sz., rekomendowana przez Jagodę, która z daleka woziła tam Julkę. Zwyczajny domek, spokojny, ale być może tak właśnie być powinno? Wiele mi się kojarzy pytań. Czas oczekiwania na przedszkole chyba będzie trzeba złagodzić nianią – a kogo wybrać? Komu zaproponować? Jeszcze to przedłużanie, na które nikt nie daje większych szans, a Mariusz wręcz proponuje je zarzucić. I ten smutek dziadków, który się powiela… Nie chcą wracać, Zosia chodzi smętna, po powrocie do domu będą zamknięci w 4. ciasnych ścianach, będzie jednak jak Bóg da. Dla porządku i spokoju ducha – napiszę wniosek o przedłużenie – co jednak tam nastulam? Wróciłam do domu w ścisku na drodze przed 7, czekali na mnie z obiadem. Mały zmusił mnie do siedzenia przy jego stoliku. Dom zastałam uprzątnięty, choinkę rozebraną, pasztety upieczone i obiad – mielone z surówką z pekińskiej oraz pieczarkową. Zjadłam. Pobawiłam się z Małym, obejrzeliśmy baję, później była kąpiel, potem pospałam przed spaniem, a Mały rozciągnął mi kolejny rękaw. Wpycha mi przed snem do lewego rękawa obydwie nóżki i rękę. Nie daje sobie obciąć pazurków. Ciekawe, pomimo zadrapań, roztkliwiające doświadczenie. Idę do pracy jutro i w czwartek, na 2. zebrania. W przyszły wtorek kolejne, 2. podejście do telewizji. Muszę pójść do fryzjerki, unormować włosy, usunąć odrosty i powinnam połączyć tę wizytę z ułożeniem, byłby jeden koszt, czyli najlepiej, gdybym wybrała się we wtorek rano. Zadzwonię i zobaczę, co da się zrobić. Dzięki takiemu układowi trochę się przemęczę, ale będę miała długi weekend. A Pan G. powiedział, że i tak chce, żebym była na nagraniu, gdyż „wyglądam, mam osobowość i nawet dyrektor się pogubił, a ja nie”. A już się nastawiłam, że będzie C. I tak ją wkręcę. Jeszcze mogę – za miesiąc będzie trudniej, gdyż bez Dziadziów. 26 stycznia 2006 Jestem już kolejną godzinę w pracy, cały czas mnie męczy kwestia niani-cioci-przedłużenia, dzisiaj po powrocie do domu będziemy z Mariuszem wypełniać potrzebne aplikacje. Marazm i smutek wyziera z poczynań, przesilenie wiosenne. A wtorkowy program telewizyjny nabiera rumieńców. Załatwiłam dzisiaj meble z Idei, tzn. stół i krzesła do rozmowy w ramach wypożyczenia. Teraz wiem, że chcieć to móc i panowie pomagają bez zmrużenia oka. Ale jeszcze nie pokażę, co potrafię, gdyż później nie dam rady się obgonić od zapotrzebowań. 27 stycznia 2006 Latałam, dzisiaj, miałam tyle zebrań, że aż wrzało, przyszło wielu ludzi. A jutro mam tylko katalogowanie. Może odsapnę, dzisiaj bowiem spałam w opakowaniu. Prawie na czas zdążyłam dojechać – tylko maleńki korek. Przegadaliśmy sprawy telewizyjne i omówiłam potrzeby słuchając przychylnych opinii na swój temat. To zrobię jeszcze jeden odcinek i będziemy z panem J. gospodarzami – prawdziwy Jaś i Małgosia show. Niech będzie. Już umówiłam się z Sylwią na czesanko rano we wtorek, zrobię sobie środę wolną w ten sposób. Załatwiłam także muzykę u muzyka jazzowego – zjazzowany menuet Paderewskiego jako life motive do programu. Zobaczymy, jak zabrzmi. Ludzie chcą pomagać, to prawda! I jeszcze parę rzeczy udało nam się dokonać. Wracam do domu – dzisiaj urodziny Miecia. 30 stycznia 2006 Kochani, podsyłam uśmiech w środku Smutku Narodowego Katowic i niedobrej zimy, jestem z Wami, Małgosia Odnalazłam godną polecenia stronę mojej znajomej z radia, która kończyła polonistykę w Kielcach kilka lat później: http://www.marczewska.com. Magda pracuje w 1030 AM i robiła kilka razy ze mną wywiady, pomagała jak mogła. Bardzo ją cenię – jest profesjonalna i sympatyczna, pewnie zaproszę ją do domu! Wróciłam do domu, zjadłam pomidorową i placki, wykąpałam bobasa, uśpiłam, porozmawiałam z Panią Lilą, bardzo swojską i sympatyczną, która wiele mi doradziła, ale raczej nie skorzystam z jej usług. Pracuje w amerykańskim przedszkolu w którym zajmuje się latynoskimi dziećmi na skrzyżowaniu ulic Laramie i Diversey, zbyt daleko. Pomogła mi jednak zrozumieć pewne sprawy.

Uśmiech, Mamuszja!

   Minął bardzo miły weekend, byliśmy blisko ludzi. Odwiedzili nas S. i M. Monia jak zwykle przyniosła moc prezentów, tym razem z Polski, rozpieszcza nas. Na domową kolacje podałam schab z pieczarkami, uproszczoną prażonkę Mamy Hali, konfiturę z żurawin, upiekliśmy z Tuniem ciasteczka Antylka, przygotowałam kisiel z naszymi mrożonymi malinami i różnymi suszonymi owocami, S. przynieśli pyszny sernik z makiem. Posiedzieliśmy razem, usłyszeliśmy dobór wybornych dowcipów, śmiech nas rozgrzewał. Byli z nami tylko 3 godziny, ale ogrzali nam cały tydzień. Bardzo ich lubię.  Na wychodnym dostali 2 rodzaje smalcu – taki z cebulką i jabłkiem (przepis M. Musierowicz) i taki z orzechami, migdałami i suszonymi śliwkami (opis Moni). Ten ostatni świetnie się nadaje do gorącej kaszy jako omasta. Przenosi skokiem w czasy Piasta Kołodzieja. Ogrzewa trzewia.

   W niedzielę pojechaliśmy na kolędowanie z Lajkonikiem na Trójcowo. Widzieliśmy się z naszymi przyjaciółmi. Moje wojsko pospało się w samochodzie. Mariusz został z nimi, ja poszłam na Mszę. Spotkaliśmy się na dole. Tomik popisowo przespał cały rozgradiasz i obudził się dopiero w domu, po 20.00. Nowy wyczyn. Zasługa śpiworka od Agusi. Pod kościołem Hala z pomocą Rodziców wyczarowała miłą atmosferę. Dzieci były zachwycające, kolędnicy malowniczy, trzej Panowie z prasy z aparatami – bardzo przychylni, znajomi życzący najlepszego. Atmosfera ciepła i akceptacji. Nasza mała Polska. Tunio biegał z dziećmi, przestraszył się diabła, ale to dobrze rokuje.  

   Wczoraj bardzo intensywnie popisywałam z Bliskimi emaliowo. Dzwoniłam także. Odebrałam piękne zdjęcia Jurka. Godzę się ze swoim wizerunkiem Babci Małgosi. Już planuję jednak zmiany. Tomaszek ślicznie się uśmiecha, ściga wzrokiem, mówi a gu! A tytuł tego rozdzialiku dlatego, że Tunio uczy się od robiących zdjęcia. Kiedy się zamyślę – mówi Uśmiech, Mamuszja! a po uzyskaniu efektu uśmiecha się sam i potakuje. Sprawca szczęśliwości jeden!