Sylwestry, obecny i wcześniejsze

   W tym roku doznamy czegoś innego niz zawsze. Najpewniej spędzimy Sylwestra w domu, z dziećmi, może jeszcze z kimś, ale nie zapowiada się żadna szampańska zabawa, choć być może pozwolę sobie na kilka łyków szampana, a mój karmiony synek się na mnie nie obrazi i to mu nie zaszkodzi. Będzie być może czas na obejrzenie fajerwerków i prawie fizyczne poczucie przejścia starego w nowe. Moja współpracownica – pani K. wspominała ostatnio wielkopolską chyba tradycję – w Sylwestra trzeba się położyć spać w nowej koszuli nocnej, aby wejść (wśnić się?) w nowe. Na wszelki wypadek – kupiłam sobie w prezencie nową pidżamę. Pierwszy dzień świąt po nocy wstawania do Tomika (potrawy wigilijne) spędziliśmy dosypiając. Do kościoła poszliśmy na 4. Tam spotkaliśmy się z Piotrkami – Konikami Młodszymi. Nasi chłopcy przespali większość Mszy. Tunio z dziewczynkami miał jednak czas na obejrzenie szopki. Zadziwił mnie ksiądz Mateusz swoją entuzjastyczną grą na organach. Odświętny kościół był pustawy – pewnikiem wszyscy byli na Pasterce.

   Po wszystkim pojechaliśmy do Hali, tam czekał na nas wyborny, ciepły obiad, na który rzuciliśmy się wprost z ogromnymi apetytami. Gospodarze podjęli nas po szlachecku, z wyborem mięs i ciast, pomimo tego, że obydwoje mają problemy zdrowotne. Tym bardziej doceniamy ten gest przygarnięcia nas do siebie. Piękna choinka, stroiki. Wieczorem dojechali inni przyjaciele i rodzina. Nawieźli darów wszelakich. Trochę śpiewaliśmy, choć w tym roku nasze serca jakoś nie mogą zaczepić się na śpiewie. Każdy z nas robił zdjęcia. Było odrobinę zamętu, Tomik przechodził z rąk do rąk jak puchar przechodni. Tunio większość czasu siedział na moich kolanach, próbował mieć mamę na wyłączność. Dziewczyny, głównie Agusia, pomagały mi, aby odbywało się to bez protestów. Pod choinką znalazły się kolejne prezenty dla dzieci i nie tylko, mieliśmy czas, aby jeszcze troche porozmawiać. Druga rodzina sprawdziła się po raz kolejny. Do domów Hala wyprawiła nas z wałówką, którą powoli spożywamy. Jej pleśniak zjedzony zostal pierwszego dnia.

Dziekujemy Panstwu M. za przyjazn i opieke, jaka nas otaczali w 2006 roku!

 

 Drugi dzien nie jest swiecony w Stanach, M. mial wolne i spedzilismy go pod choinka z chlopakami, po raz pierwszy od miesiaca przespalam 3 godziny w trakcie dnia. Bylam prawdziwie wypoczeta. Tunio bawil sie nowymi zabawkami, a Tomik artykulowal dwie samogloski: i oraz a. Mily dzien i katar trzech panow zostal choc czesciowo zwalczony. Poszukam bylych Sylwestrow. Odnalazlam, nie ma ich zbyt wiele – nie bylam systematyczna. A te sprzed 1999 sie nie otwieraja, jakas sprzecznosc operacyjna, wiec i ten w Galerii Kenara i ten w Marevas pozostanie we wspomnieniach. Terudno deroga Femciu. I tak lece z Tuniem na polko, Tomik zasnal.

 

1 stycznia 2006 Jestem wymeczona, jak nigdy, a zaraz pewnie goscie na imieniny Mietka. Staram sie gniewem nie unosic i uspokajac. Uwolnilam sie od kamery i nie wzielam jej na Sylwka do Piotrusiow, zajmowalam sie ludzmi i soba ulotnej wizja. Mialam nowa sukienke, nawet dobrze sie w niej czulam. To sie usmiechalam, a ludzie mnie lubia, bo bardzo mnie glaskali – po rekach, ramionach plecach, jakos chcieli sie przytulac. Taka jestem przytulanka i to w brazowych pluszach. Pocieszylam sie, ze przeceniona kiecka czekala na mnie, a jak zeszczupleje ofiaruje ja Mamunie, nie moge sobie wszystkiego odmawiac. Wymyslilam zabawe z losowaniem partnerow i partnerek i dzieki mnie zawirowalo 30 osob, na start imprezy, dzieki temu faceci, zmuszeni niejako, zajeli sie samotnymi paniami. Bylo milo, ale nie zostalismy na noc, przyjechalismy do domu przed 6. Pozniej uslyszalam Malego, usypialam go do 7, a przed 8 wstaly dziewczynki i bylo po spaniu, czesciowo we snie przelezalam do 10, ale teraz jestem niedospana. 2 stycznia Bylismy u Agi i Piotrka, na pozostalosciach, czyli odgrzewanym obiedzie. Zebrala sie znow nasza stala paczka minus Halina, bo ta na probie i minus Mariusz M. bo ten nie chcial. Maly juz bawi sie z dziewczynkami i nie trzeba go tak strasznie pilnowac, robi to czesciowo Oliwka kochana. Obejrzelismy zdjecia cyfrowe z Jamajki, sylwestra i troche nagrania na video. Jak zwykle srednio siebie lubie, wlosy sie rozkrecily, bylam pozniej boso, niech bedzie. Bawilam sie dobrze. A zreszta to ja siebie nie znam, wszyscy przeciez mnie taka widza i sie nie dziwia, wiec o co ten ruch myslowy. Zalozylam sobie w nowym roku nie jesc slodkiego bez przesady i zdrowiej, mniej jesc. Zobaczymy, czy wytrwam. Choc odrobine schudnac, ze 3 kilo na poczatek. Jacek dowiozl mi takze nagranie z CAN TV, ktorego dokonywalam przed swietami. Zobaczylam go w zyczliwym gronie kobitek. Mialy kilka uwag, glownie dotyczacych stroju, nie mogly rozgonic moich trosk dotyczacych jakosci angielskiej wypowiedzi. Wrocilismy z Tuniem, ktory zasnal trzymajac moja parasolke. Spi teraz, ja obejrzalam jeszcze raz czesc materialu i godze sie ze soba. Jednam ludzi spokojem, to jest wlasnie moj atut.

 5 stycznia 2004 Sylwestra przeżyliśmy po cichu u Koników Starszych, było wiele jadła i napitku, odtańczyliśmy jeden taniec. Odpoczęliśmy, porozmawialiśmy. W weekend doczytywałam sobie Mistrza i Małgorzatę. Całkowicie odmiennie to odebrałam. Po 10. latach odmiennie. W sobotę wieczorem pojechaliśmy na wystawę fotograficzną córki Idalki z radia (która zawsze przychylnie z nami współpracuje) do księgarni D&Z, tam Mariuszek kupił mi piękny kalendarz – terminarz, tym razem szary i o połowę mniejszy. Spotkaliśmy życzliwe osoby, tzn. Kruczalaków, Idalkę, Grażynę Auguścik, która ostatnio widnieje na okładce Zwierciadła, Basię Bilsztę z mężem. Przedstawiłam niektórym Mariusza, było mu przyjemnie. Stamtąd pojechaliśmy do Ani M., gdzie byli wszyscy znajomi. Bardzo miły wieczór. Wdepnęli później i Jackowie. Cieszę się, że Jacek ma się lepiej. W niedzielę wstaliśmy na mszę o 10:30 a na świecie biało… i tak bardzo padało. Ale dojechaliśmy, po kościele spotkaliśmy się ze Ś. Chcieli nam oddać pożyczone rzeczy. W ciągu miesiąca osiedlili się zupełnie. Kupili samochód, teraz finalizują kupno domu. Cały dzień, po powrocie do domu z zakupami, przebiegł leniwie – na drzemkach i gotowaniu. Menu z marzeń Mariusza: pomidorowa z ziemniakami i mielone z kiszoną kapustą. Wieczorem Mariusz intensywnie odśnieżał. Na narty pojechał w nocy. Dzisiaj sobie kataloguję, potem jadę na spotkanie biblioteczne w Klubie Ksiazki, a później już spanko. Chyba poproszę o zastępstwo na 2 następne spotkania książkowe. Nie wiem, co mnie czeka. Ale bądźmy dobrej myśli.

1-7 stycznia 2000 Przyjechałam od dermatologa, nadal jestem zaziębiona i siąpiąca, zamęczona ogromnie także. Pojadę do domu wcześniej, nie doszłam bowiem jeszcze do siebie po celebracji przełomowego sylwestra, jaki się przetoczył przez nasz dom. Nowy Rok w domu przeszedł bardzo szybko. Sprzątałam dużo, gotowałam, czułam niezłą presję, w która z dziką umiejętnością potrafię się wplątać. Urządzaliśmy w domu imprezę w stylu lat 70. Ludzie wzięli to do serca i długo planowali stroje, a w końcu się pięknie poprzebierali. Wieś tańczyła i śpiewała, hippisi się wplątali. Samo oglądanie pomysłowych przebrań budziło w nas prawdziwe kaskady śmiechu. Doprowadziłam do tego, że aż przegapiłam telewizyjną relację ze świętowania milenium na całym świecie. Dopiero dzwoniąca z życzeniami ciocia B. uzmysłowiła mi upływ czasu. M. sobie uciął drzemkę, a ja przygotowując przebranie i kręcąc włosy w przeciwną do zwykłej stronę – miotałam się po domu w przygotowywaniu szczegółów. Tu świeczka, tam talerzyk, tu balon. Trudno. Pierwszymi byli M. Otworzyłam drzwi. Siedzieli na schodach i grali, jak hippisi z dawnych lat. Podczas imprezy podawałam jedzenie, kręciłam się jak fryga, tańczyłam w międzyczasie. Ubrana byłam w strój bardzo a propos i bardzo nieprzewiewny. Więcej się spodziewałam po tym Sylwestrze niż się okazało, ale tak już bywa. Mariusza potencjalni znajomi sie nie stawili. Czyli zawiodlo blisko 20 osób. Poprawiliśmy w sobotę. Był wujek, śpiewy, przebieranki i bardziej swojska atmosfera. Jutro zaczyna się szkoła, a ja nie sprawdziłam zeszytów. Znowu zastanie mnie świt.

Trzynastka

  Wigilia minela jak szybka drzemka w czasie czuwania przy dziecku. Zgodnie z tradycja caly dzien uwazalismy na to, co robimy, jak i po co. Caly czas towarzyszyla mi muzyka. Organicznie nie znosze teraz ciszy, kojarzy mi sie z pustka. Brakuje mi muzyki w trakcie dnia. M. byl wczesniej w kosciele, pozniewj zajal sie przygotowaniem ryb. Ja z Tunikiem bylismy w pobliskim kosciele na angielskiej mszy, ktora pan organista przyozdobil spiewajac bardzo uwaznie piesn Serdeczna Matko. Nauczyl sie jej fonetycznie? Po przespiewaniu wersji polskiej kazal otworzyc nowe spiewniki i okazalo sie, ze tlumaczenie tej piesni weszlo do stalego kanonu angielskich piesni koscielnych. Bylam poruszona. Wszyscy Polacy siedzacy w lawkach znacznie sie ozywili. W domu rozpoczelam krojenie galarety, zrobilam konfitury z zurawin, biegalam do Tomika. Okolo 2 postanowilam zadzwonic do Domu i… uslyszalam sygnal oznajmiajacy 2. linie. W tym samym momencie dzwonila Mamuna z Polski. Nie straszne nam oceany… Byli juz w nastroju nostalgicznym, a my ze slonkiem za oknem w rozgardiaszu przygotowan. Ale czulam sie dzieki temu blisko Nich caly dzien.

    Jeszcze przed wyjazdem do Konikow zrobilismy z Tuniem stroik z darow ogrodu. Uplotlam male wianuszki z mandzurskiej wierzby, obcielam srebrnym swierkom galazki, ktore zaczepialy chodnikowych przechodniow, przeprosilam kreta leszczyne i takze zabralam jej galazke ozdobiona w bazie i paczki. Galazki swierka byly fascynujaco szaro-rude, bardzo ostre. Stroik ozdobiony rudymi i zielonymi wstazkami i czerwonym jablkiem, babkami pojechal do Gonki lubiacej te kolory. Ciesze sie, ze sie podobal. Ubralismy nasze wojsko w czerwien okolicznosciowa i pojechalismy, spoznilismy sie tylko kwardrans. Czekali na nas w nagrzanym domu, piekni i wystrojeni. Trzy panie domu wybitnie modne i paskowe (dopiero po ich strojach wiem zwykle, co sie dzieje w modzie) i pan domu bardzo dostojny. Mlodsi Konikowie takze piekni, dziewczynki urocze, dzieki nim polubilam na powrot kolor biskupi. Dom okraszony czerwienia, skomponowany, a prezenty to juz prawdziwe arcydzielo papiernicze i kaligraficzne. Chlopcy spali, wiec w skupieniu zlozylismy sobie zyczenia i zaczelismy sie rozkoszowac talentami kulinarnymi pan. Geniane barszcze, wyborna kapusta, fenomenalne pierogi i wypieki. (Zbytnie obzarstwo przyszlo mi odpokutowac w nocy, Maly plakal). Rob, chlopak Ani spiewal z nami pastoralki po angielsku, staral sie takze towarzyszyc nam fonetycznie przy polskich. Mam juz teorie na temat Robertow – mili ludzie, spokojni i przyjemni w obcowaniu. Po kolacji przyszedl czas rozgardiaszu z prezentami, ktorych gore rozdala Oliwka. Ciocie poszlaly, zarzucily nas prezentami, chlopaki mi sie zbisurmania! Dziekuje w ich imieniu. Tuniowa kolejka pracuje nagdodziny, bucha para i gwizdze. Samo szczescie. A i do mnie moj przystojny Mikolaj sie usmiechnal, czytal w myslach. Dostalam malutki aparat cyfrowy o niemalych mozliwosciach (czeka mnie wieczorne czytanie instrukcji) i pioro jakies znamienite z zyczeniami zabrania sie do pisania. Dziekuje. Posiedzielismy jeszcze w rozleniwieniu przy kolejnej zmianie talerzy i rozjechalismy sie do domow. Dziekujemy Wam Koniki za wszystko dobro, a bylo go niemalo, jakie nas spotkalo od Was w tym roku!

   W domu dokonczylam galarete i borykalam sie z pomoca meza z katarkiem i bolesnoscia brzuszka Tomika. (W duchu wyrzucalam sobie nieumiarkowanie). Teraz, po pozniejszej pobudce pisze z akompaniamentem kolejki. Ogarne dom i przyszykuje surowke na obiad do Misterkow. Na Trojcowo pojedziemy na 4., obejrzymy szopke. Pozdrawiam jeszcze swiatecznie w te nasza trzynastke. Tyle lat od slubu. Ho ho.

Opisy poprzednich Świąt Bożego Narodzenia

26 XII 2005

   Kochani,

wczorajszy dzien minal na spiewie i jedzeniu. Moi byli na pasterce, a ja poszlam na 12:15 do pobliskiego kosciola. Usiadlam w 1. lawce, bardzo wzruszyla mnie ta msza, spiewy po trosze lacinskie i ze 30. katolikow z Indii, ktorzy siedzieli za mna. Na koniec mszy byli zaproszeni do modlitwy i ich przeplatanie sie glosami, monotonne narastanie i opadanie glosow, wyciszenia i to wielokrotne wyszlaaaaaaaa, magolaa nastroily mnie w niespotykany sposob. Wrocilam do domu i juz bylam cierpliwsza w przygotowaniach. Mama Zosia wykazala sie wybitnym talentem organizacyjnym i kulinarnym. Wespol dostroilismy dom i przygotowalismy obiad swiateczno-rocznicowy. Goscie przybyli po 3. Indyk nafaszerowany suszonymi owocami i orzechami byl przedni. Czuwalismy nad goscmi. Zjedlismy pozniej. Na deser wjechaly 2. torty domowej produkcji: makowy i orzechowy, zachwycenie ogolne, pozniej jeszcze inne ciasta, czesc z nich zostala przyniesiona przez dziewczyny. Po chwili nowa fala domowej produkcji: mies, salatek i galaretek, w miedzyczasie koledy, ktore za pomoca prezentu, nagrywalam cyfrowo. Bardzo sie cieszylismy tym dniem. Impreza jak zwykle dwupoziomowa, mlodsze pokolenie na dole, Maly zachwycony mnogoscia gosci, zakochany w dziewczynkach, rozgilgotany, przechodzacy z kolan na kolana, podkradajacy cukierki z choinki. Cale popoludnie minelo jak barwny film. Tyle pieknych prezentow, tyle radosci i smiechu, po nostalgicznej Wigilii i wielkim staraniu radosc zostala uwolniona.

 

11 grudnia 2004

   Kochani nasi, tak szybko nam biegna chwile z Tuniem, ze obawiamy sie w tym roku opoznienia w slaniu zyczen. A tak byc raczej nie powinno. Jestesmy jeszcze w lesie z kartkami, zupelnie nie mam polotu na zyczenia, trwam chwila. Kazdego dnia dzisieje. Taka jestem, a jeszcze w dodatku moj mozg podobno nadal blokuje zle skojarzenia i stres, wiec sie nie przejmuje. A rok 2004 to jeden z tych nielicznych, za jaki powinnismy byc wyjatkowo wdzieczni – i Bogu, i Wam! Styczen – przyniosl remont kuchni i zamet w domu, poczucie uciekajacego czasu, dwie wspaniale niespodzianki zwane „baby showers”, potop w bibliotece, ktory zdawal sie przyniesc kres moim 9-letnim wysilkom. Luty – oczekiwanie, pomoc Przyjaciol w przygotowywaniu domu po remoncie, niezwykle pospolite ruszenie serc. Marzec – juz od pierwszego dnia przyniosl nam Tunia. Pojawil sie oskarowo w naszym swiecie, aby nas soba zajac. Otrzymalismy ogromnie duzo gratulacji i wszelkich gestow sympatii, czulismy sie centrum zainteresowania. Kwiecien – ustalil nas w roli rodzicow, okrzeplismy i wrocilismy do normalnosci. Maj wymusil na mnie powrot do pracy. Korzyscia jednakze niemala byl przyjazd Rodzicow Mariusza i Ich fachowa pomoc przy Tuniu. Czerwiec – to uczenie sie lata, przygotowania do chrzcin, samo wydarzenie i kolejne pospolite ruszenie serdecznosci. Liczebnosc gosci podczas naszej uroczystosci przeszla nasze najsmielsze oczekiwania. Lipiec – to dla mnie walka z wyprzedaza ksiazek w bibliotece, ukojenie w domu, poznawanie swiata oczyma Tunia. Sierpien przyniosl remont biblioteki, poznawanie Tunia z woda, wieczory w ogrodzie, kolejne spacery. Wrzesien byl miesiacem, w ktorym Tunio usiadl sam. Kolejnym stopniem naszego wtajemniczenia. W pazdzierniku wypowiedzial pierwsze slowo: baba i dostal za to kobylke, Baske. Od Dziadkow otrzymalismy kanape i fotel, ktore zmienily nie do poznania nasz dom. W listopadzie nastapila „honorowa zmiana warty”. Przyjechala moja Mama, dla nas BabEla i zastapila Babcie Zosie. Bylismy przez tydzien razem. Obecnosc obydwu Mam przyniosla przemeblowania i lekkie zmiany w wizerunku domu. Ze nie wspomne o niezliczonyh darach. Pozegnanie bylo lzawe. Jak to smutno miec Bliskich tak daleko! Dalsza czesc miesiaca zeszla na oswajaniu sie z nowym domem i nowa sytuacja, przyniosla kolejne slowa Tunia – mocniejsza mame i dziadada. Przyniosla komputerek malenki i nareszcie sprawny. Dwie ogromne imprezy w muzeum. Grudzien jest miesiacem podsumowan. Czekamy na Tatula, ktory jest dla nas niezwykla okrasa Swiat. Tunio zostal starszym bratem wujecznym. Alusi i Michalowi urodzila sie coreczka. Planujemy wspolne swieta z Przyjaciolmi. Wigilia u nas w domu bedzie miala elementy bogoryjskie. Ciekawe, jak Blus zniesie spiewanie koled. W zeszlym roku nie protestowal. Tak wiele chcialabym zrobic… A pochlania mnie najwazniejsze dla nas – nasze domowe szczescie. Z pewnoscia juz przy drugim czytaniu zmienilabym caly ten list. A wtedy wyslalabym jedynie kartki z podpisem. Nie byloby mi to w smak. Tak choc zawiesicie na czyms oko… Pozdrawiam Was goraco od nas wszystkich. Pamietam o Was, czesto mysle – podczas nocnych karmien mam wiele czasu na rozmyslania o szczesciu; dobru, ktore nas poblogoslawilo czesto za Waszym udzialem, naszych wspolnych milych chwilach i tym, ze czas plynie, ale dobro w nas i dobro doznane pozostaje i wraca, odbija sie i rozrasta. Pozdrawiam Was mocno, jestem dla Was i czuwam, choc w czesciowym ukryciu.

17 grudnia 2002

   Wczoraj w szpitalu, nie zastałam S., była na badaniach, zostawiłam więc kartkę i czekoladki, ale pochód przez intensywną terapię pozostawił we mnie smutne myśli. Ci stareńcy, styrani ludzie na łóżkach w różowym kolorycie ścian, to bardzo adwentowe, ale i smutne wizje. Dzisiaj rano powitała mnie H. pytaniem, czy jeszcze nie wiem? Myślałam, że chodzi o S., a to zmarła wczoraj nasza współpracownica z PRCUA, w wieku 62. lat, koleżanka S.; jeszcze wczoraj z nami jadła, w piątek śpiewała na obiedzie świątecznym. Miała piękny i mocny głos. Wydaje się taka namacalna, taka żywa – z pyzatymi policzkami, serdecznymi oczyma, w swoim sweterku z wrabianą choinką, zawsze przyjazna. Pamiętam, jak pomagałam jej wsiadać do samochodu, gdy w zeszłym tygodniu podwoziła S. – wyglądały obydwie, prowadzące się do samochodu, jak dwie starutkie jabłonie podpierające się w sadzie. Tak mi jej żal, a z drugiej strony – będzie na święta z bliskimi, nie będzie już samotna. Jej głos dźwięczy mi w głowie – Malgorata, gdyż tak na mnie mówiła. W takich chwilach człowiek czepliwie chwyta się życia i cieszy się ogromnie z Bliskich, zadziwia to, jak łatwo ludzie odchodzą, a my się i tak nie spieszymy ich kochać. Więc jeszcze przed świętami czeka mnie pogrzeb. Swój, namacalny temat na rozważania adwentowe. Po chwili ciszy zadzwoniła A., która wróciła z Polski i przybiegła. Monia, moja wolontariuszka podała mi przez nią przepiękne: zdjęcia, na których się lubię; muzykę, która teraz gra w bibliotece i cieszy moje serce. Agusia też przybyła z prezentami – dostałam cudowne dzwonki powiązane pęczkami, rudy notes na 2003 rok z oddzieranymi rogami, sentencjami i obrazkami. Czuję się, jeżeli tylko tak można, zbyt obdarowana. Właśnie ostro zwróciłam uwagę L., że zachowuje się jak zwierzę. On sam nie uważa, że po dźwiękowym udowodnieniu, ze zjadł – powinien przeprosić, bo przecież nie może nad tym zapanować! Niektórzy Amerykanie są nienauczalni! Teraz złośliwie prawie ciamka jabłko, głośniej się nie da. Jak w przedszkolu. I wszystko to robi w czytelni biblioteki. Wolontariusz udzielny. W niedzielę po południu pojechałam z C+W do kościoła, potem do muzeum, zostałam zaproszona na ciepły, domowy obiad – dobrze się nam rozmawiało, rodzinnie. M. jeździł na nartach w Galenie. W drodze do domu wstąpiłam do sklepu po prezenty, wyszłam z dużą ilością ramek. Podzielę się sobą – mam tyle ładnych zdjęć, puszczę je pomiędzy ludzi. Mam ustaloną wstępnie w umyśle strategię na święta – ciocia przyjedzie do mnie w sobotę, zabiorę ją po szkole, podgotujemy coś, pojadę po wujka, pobędziemy, może zostaną na noc. Nie wiem jeszcze, jak na to zareaguje M., ale są mi bliscy i chcę mieć choć trochę rodziny wokół. Później – my na Wigilię do Gosi, w święta przedpołudnie z Bogoryjką, popołudnie z Dębicą. 30 grudnia Jeszcze jestem w pracy, choć już jedną nogą w domu. Wysłałam właśnie dzisiaj listy normalną drogą. Ufam, iż nowy 2003 będzie dla nas lepszy niż 2002, że się spotkamy z rodziną na weselu Ali i będziemy tworzyć wspólne, niepowtarzalne wspomnienia. Wzniecajmy w sobie radość z rzeczy najmniejszych, radujmy się nimi i cieszmy się sobą. Wszystko się uda powoli i o czasie. Dzisiaj na prywatce połączymy się myślami z Bliskimi, wypijemy za nasze wspólne zdrowie.

3 stycznia 2003

   Wczoraj skończyłam czytać książkę na kolejne spotkanie w bibliotece – „Agnieszki pejzaże” Z. Turowskiej. Piękna biografia Osieckiej, zakończona smutną śmiercią, ale z przesłaniem. Lektura późnonocna, gdyż jeszcze jestem wybita Sylwestrem z trybu, poprowadziła mnie do mojego własnego tekstu z Ja i Ty, który oparł się czasowi, ale ukazuje niedobory mojej wiedzy w dziedzinie interpunkcji. Ta lektura natomiast poprowadziła mnie wprost do „Tatula, Mamuny” i innych moich artykułów. Jak się zmieniam przez lata! I nic nie mogę na to poradzić, i nawet nie chcę. Mam na jutro sprawdzić prace klasowe uczniów, które są odbiciem, nieco wykrzywionym, mojego sposobu uczenia. U niektórych prace to zbiory poprzekręcanych anegdot. Ponieważ Staff napisał Kowala, a ja opowiadałam o Dziadku przy okazji, więc Staff pozostanie piszącym kowalem. Takie ogromne uproszczenia. Sprawdzanie prac wzrusza mnie i złości, denerwuje i rozczula. Że to właśnie ja jestem jedyną furtką do literatury, jaką kiedykolwiek otworzą… Uchylą, a potem zapomną. Coś zostanie, jeden żart, zdarzenie i majaczący zarys postaci. Ale nie narzekam, nie zakopałam nawet tego uszczerbionego talentu. Rozwijam się, staję lepszym pedagogiem, choć może słabszym polonistą, bo zamerykanizowanym.

30 grudnia 2003

  Minęły przemiłe święta. Rodzinne i zamyślone, prześpiewane. Takie w oczekiwaniu. Bardzo miłe doświadczenie. Całą Wigilię byłam w domu. Mariusz wczesnym rankiem zadzwonił do swoich Rodziców, jeszcze spałam. Po obudzeniu rozmawiałam z Rodzicami, później z Anusią. Takie rozmowy bez pogoni, u mnie ranek, u nich zmierzch przedwigilijny. Pierwszym człowiekiem zobaczonym tego dnia był powracający wcześniej z pracy Mariusz. Trochę sprzątaliśmy, trochę przygotowań. Mariusz drzemał. Przed wyjazdem do Misterków M. przygotował rybę w 2. postaciach, panierowanego karpia i kotlety mielone z rozmaitości rybnych. O 5., przed pojawieniem się pierwszej gwiazdki dojechaliśmy do Misterków. Zachwycili nas. Ogromna, królująca nad pokojem choinka, gospodarze w strojach ludowych, wystrój stołu, stroiki, ręcznie malowane bąbki, muzyka, zapachy, świece i góry prezentów. Było wspaniale. Każda z gospodyń w czymś się dołożyła do postnika. Agusia swoimi wspaniałymi pierogami wygrała mój konkurs na najlepszą potrawę. Ania znalazła pieniążek. Objedliśmy się bardzo. Oliwka rozpoczęła śpiewanie kolęd. Znała ich z 10. Nauczyła się słów sama z płyty, jaką miała z własnej prośby puszczaną przed snem. Dziw nad dziwy. A i mała Gabrysia podśpiewywała sobie „pejełko” pod nosem. Po śpiewaniu odbyło się rozpakowywanie prezentów. Łaskawy dla nas ten Mikołaj. Czas mknął bardzo szybko. W pierwszy dzień świąt dzwonili do nas Rodzice – wszyscy czworo z życzeniami. Było bardzo rodzinnie. Z przyjaciółmi spotkaliśmy się w kościele. Wieczorem odwiedzili nas najbliżsi. Obwianowali nas ponownie. Wypiliśmy szampana, podzieliliśmy tort, zrobiliśmy kolejne zdjęcia i śpiewaliśmy, a czas mknął swoim rytmem. W drugi dzień świąt po kościele poszliśmy na spacer w słońcu, po powrocie okazało się, że choinka się przewróciła. Lojalnie poczekała, aż ją zobaczą. Zbiły się nasze piękne bańki. Dobrze, że nie wszystkie. Poszukiwaliśmy nowego statywu. Po wszystkim naprawiliśmy szkody, pobyliśmy w domu, a wieczorem wpadliśmy do Ani, u której poznaliśmy jej kuzyna z żoną i 3. dzieci, jedno miało zaledwie 3 tygodnie. Jednak można się spotykać i normalnie żyć po… A dla mnie to było bardzo ciekawe doświadczenie. W sobotę po sugestiach dziewczyn kupiliśmy podłogę do pokoju dziecka, śliczną polską klepkę z brzozy. Wieczorem królowaliśmy w domku Piotrusiów. Jak pięknie ustrojony! Jakie smakowite dania! śpiewy z góralami do późna. I występy dzieci. W niedzielę prawie wszyscy spotkaliśmy się w kościele i każdy już odpoczywał w swoim domu. Tak minęło, a w myślach pozostaje obraz dobra i wspólnoty, bliskości. Jak dobrze, że siebie mamy.

10 grudnia 2001

   Zatonęłam w potoku ciężkich spraw do załatwienia. Obecnie wisi nade mną wizja wielkiej próby. Przystąpiłam do pisania przewodnika po Muzeum Polskim na zamówienie Wspólnoty Polskiej i jest to niejako późny wykwit mojego pobytu na zjeździe. Jeżeli sama tego nie dokonam, nie pomoże mi w tym nikt, i nikt tego za mnie nie zrobi. Gromadzę materiały do książki, pieczołowicie przeżywam ostatnie dni wspólne z Mamą, o czas z którą muszę walczyć; goszczę w muzeum dyrektora z warszawskiego archiwum, czynię przygotowania do świąt i jeszcze pomagam w pracy, tzn. w trzech – bibliotece i obydwu szkołach. Pan K. załadował mi do komputera polski sprawdzacz i mogę się nim cieszyć po raz pierwszy w życiu. Wykrywa palcówki! Atmosfera prawdziwie świąteczna, tyle, że wiosenna. Rośliny poszalały, a Amerykanie, którzy otrząsnęli się po przeżyciach – stroją domy, jak nigdy. W minionym tygodniu odprawiliśmy w muzeum aż 4 wigilie. W domu będziemy gościć około 28. osób. Zapowiadają się niepowtarzalne, mamusiowe święta. Będzie mi brakować Reszty. Ale doznania nas pogłębią. Zaczynają nadchodzić życzenia od tych lepiej zorganizowanych znajomych. Cieszymy się telewizją satelitarną, ostrzymy zęby na programy świąteczne. I gdyby nie mara następnej publikacji – byłoby bosko. Ale i tak nie jest źle. Jak co roku będę się łączyła myślami z Wszystkimi, starała się będę pamiętać najlepiej i najpełniej. Dzięki temu nie ginę z horyzontu, ale trwam. Nawet, choć skrajnie zagoniona i skłopotana mniej piszę, jednak współistnieję, staram się odnajdywać w życiu promyki wiedzy i radości, być obecna. Chyba tak bardzo się wewnętrznie nie zmieniam – nadal lubię uczyć, polecać książki i spotykać się z ludźmi, robić herbaty, gotować, śpiewać, wyczyniać obrazki i słuchać muzyki. Jestem dla wszystkich, którzy mnie potrzebują i staram się stawać w tym coraz lepsza. Rozpinam czułość pomiędzy gałązkami drzewka.

 

4 grudnia 2000

   Nadchodzą wielkimi krokami najbardziej oczekiwane święta świata. Osłoda zimowych lub pseudozimowych miesięcy. Już po wielkim święcie Dziękczynnienia (albo nawet przed) Amerykanie radośnie ustroili swoje domy, tworząc ulice konkurujących ze sobą wesołych miasteczek. Wszystko miga, pulsuje, powiewa czerwienią i złotem. Jest “ślycznie”. Postanowiliśmy w tym roku urządzić Wigilię u nas w domu. Zrobiliśmy przemeblowanie. Stół panoszy się na górze, kanapy wyemigrowały na niższy poziom – do wykończonej pięknie przez Mariusza sutereny. Wspólnie planujemy święta i spis jadła, musimy pogodzić nasze rozbieżne pojęcia na temat wigilijnych smaków. Wyjdziemy z tego kompromisowo. Co do jednego jesteśmy zgodni: kompot, ryba i pierogi być muszą. A reszta to tylko wariacje na temat postnikowej dokładności. Spędzą z nami święta najbliżsi znajomi, nasza druga rodzina. Zastanawiamy się nad wyborem choinki. Całe miasto usiane jest miejscami sprzedającymi drzewka. Chyba M. postawi na swoim i zakupi żywą. Szkoda tych usychających drzewek. Dzięki szkoleniom w muzeum, jakie urządzałyśmy z H. dla Amerykanów, powtórzyłam sobie wspaniałe sposoby wyrobu ozdób na choinkę. Ogarnia mnie powoli przedświąteczny popłoch. Dni mijają, a kartki czekają na wypisanie. Jeszcze tylko 3 tygodnie i zabłyśnie pierwsza gwiazdka, podzielimy się opłatkiem, każde z nas będzie myślami w swoim domu, przy bliskich żyjących i tych, którzy odeszli. Powietrze zawiruje od uczuć. Zaśpiewamy z serca. 

2 stycznia 2001

   Tegoroczne święta były dla nas szczególne. Domowe, śnieżne, przepełnione życzliwością, muzyką, zapachem jodełki i ludźmi. A jeszcze przyszło tyle kartek! Żeby nie wiem jak na to parzeć – kartkowa pamięć mnie umacnia. Po latach wykruszyli się przypadkowi adresaci, kierowani jedynie ilością kolorowej makulatury. Pozostali wytrawni pisarze, którzy szczególnie o nas myślą, za coś dziękują lub są życzliwi. Swoista ewolucja życzeniowa. Co roku wymyślam nowe życzenia i mam nadzieję się nie powielać, ale jak wszyscy wiedzą, życzymy sobie najlepszego i trudno jest te życzenia podstawowych prawd pakować w coraz to nowe słowa. Mamunia przeszła samą Siebie i przysłała aż trzy kartki. Jedną wyjątkowo urodziwą. Tyle było opłatków w życzeniach – prawdziwa strawa duchowa. Kartki nadal kipią znad lamperii w kuchni. Jaśnieją kolorowym szlakiem. W w przyszłym roku zrobię z ulubionych ozdoby na choinkę. Stroiliśmy wspólnie choinkę i tyle nam to sprawiło radości! Tak miło było się przekomarzać podczas strojenia. Ozdoby mamy różnorodne, ale spięte łańcuchem wydają się nawiązywać do siebie. Prawie każda ozdoba coś oznacza i wspaniale jest pomyśleć, że po kilku latach będziemy dysponować prawdziwym ładunkiem świątecznych wspomnień. Przydały się wszelkie bombki, prezenty od uczniów, zapomniane koszyczki i malutkie lale, łyżki i fujarki, śnieżynki, nawet płyty kompaktowe – M. wymyślił, że będą wspaniale odbijały żaróweczki – i miał rację. Wygrał ze mną trzema asami: jodełką, kolorowymi światełkami i pomysłowością. Nie przesadzę i mam nadzieję, że nie obrażę moich poprzednich choinek, jeżeli powiem, że ta jest moją najpiękniejszą. Wszystkie czynności nacechowane były wzruszeniem, a wspaniały, blisko metrowej grubości śnieg jedynie wzmacniał te uczucia. Postanowiłam przygotować słowa nowych dla nas kolęd i dzięki technice śpiewać je z podkładem muzycznym. W ten sposób kolędowaliśmy z Santorką, Hanią Banaszak, Krzysiem Krawczykiem, Krywaniem i wieloma innymi. Odbyliśmy tyle przygotowań, pieczenia i gotowania, a w międzyczasie zakup samochodu dla Mariusza. W naszym garażu śpi Niusian. Jego pełna nazwa brzmi Nissan Frontier super crew pick-up. Ładniutki, piaskowo-szary i prawdziwie męski wóz. Półroczne deliberacje i poszukiwania zakończyły się sukcesem. Jest to pierwszy nowy samochód w naszym życiu. Mariusz uspokojony, nie czuje się już uzależniony od moich wyjazdów. Chip – sprzedawca też nie okazał się ogromnym cwaniakiem. Pomagałam w pertraktacjach, wyszukiwaniu finansowania i spisywaniu umowy. Okiełznałam stres. Dwa wolne dni – czwartek i piątek przed świętami pozwoliły mi w pełni się do nich przygotować. W czwartek piekłam ciasteczka w oczekiwaniu na dostawę samochodu. Za oknem trzaskający mróz malował obrazy. Po przyjeździe M. kręcenie ciastek przez maszynkę odbyło się z turbodoładowaniem. Wykorzystałam prezent od szkolnego Mikołaja – zestaw blaszek do pieczenia bez natłuszczania. Wyjątkowo udały mi się “thumb cookies” według przepisu pani O. W piątek gotowałam barszcz i bigos z dziczyzną na drugi dzień świąt, na południe byłam umówiona z A. w samym sercu Chicago, na leczenie kanałowe zęba. Autostrady pełzały w żółwim tempie, ale miałam kasetowy zapas kolęd i cieszyłam się nimi, śpiewając w samochodzie. Miałam okazję w wyjątkowo ładnym świetle mrozowego słońca zobaczyć centrum miasta przejęte gorączką świąteczną. Gabinet, mieszczący się na 9. piętrze nad luksusowymi sklepami, jedynie budował we mnie wrażenia. Wspaniałe katalogi w poczekalni, a w środku kochane dziewczyny – A. (już chyba najwyżej wykształcona specjalistka) i J. Muszę powiedzieć, że lubię chodzić do dentysty. Przyjęły mnie serdecznie. Jeszcze nigdy leczenie nie trwało tak krótko i mało boleśnie. Po wszystkim byłam poproszona na zwiedzanie i poczęstunek, przedstawiona współpracownikom. Co najciekawsze okazało się, że owe leczenie było prezentem! Już zupełnie zniewoliło mnie to rozpuszczanie. Mam nadzieję, że się nie zbisurmanię. Po wszystkim urządziłam sobie spacer po 9. piętrach sklepów i zakupiłam prezent – perfumy, których poszukiwałam od wyjazdu do Polski. Pachnę teraz Pampelune Guerlain’a. I tak mamy prezenty – Mariusz samochód, a ja bezbolesne leczenie kanałowe i perfumy. Wyjątkowa, niedzielna Wigilia rozpoczęła się mszą na Trójcowie, później Gosia przyjechała do pomocy. I dzięki Bogu, gdyż nie czułam się zbyt dobrze. Nie wiem, co mi to wróży na nowy rok, ale gdyby zapisać godziny dnia – byłoby ciekawie. Przygotowania poszły pełną parą. Uwielbiam takie składkowe święta, gdyż każda gospodyni może się czymś wykazać i, co najważniejsze, żadna się zbytnio nie przemęcza. Goście nadchodzili, a prezenty zaczęły zasłaniać choinkę. W pewnym momencie okazało się, że K. stoją z dziewczynkami na autostradzie w niesprawnym samochodzie. Ekipa ratunkowa ruszyła. I może się to wydawać dziwne, ale dzięki Bogu, że tak się stało i wtedy. Takie przysłowiowe szczęście w nieszczęściu. Poczekaliśmy na P., który odwoził samochód do warsztatu i w formie skróconej przeprowadziliśmy wstępy do łamania się opłatkiem. Kominek królował. Życzenia z serca wzruszały. Sprawnie podałyśmy potrawy. Uszy nam pląsały. Wybierany przez Mania stół okazał się po raz kolejny wspaniałym zakupem. W pierogach pan domu wyszukał pieniążek na szczęście. Następnie były prezenty i kolędy. Dostałam bardzo piękny pierścień z mlecznym bursztynem. Oliwka, podczas oględzin, pocałowała mnie weń z rozmachem. Chcę to potraktować jako dobry omen. Nie zdążyliśmy na Pasterkę. Śpiewaliśmy do późna. Położyłam się około 4. K. spali u nas. Dzięki ich obecności przeszliśmy rodzinnie przez drugi dzień. Wspólne śniadanie, radość z dziewczynek, wyprawa z Agusią do kościoła, rozmowy w samochodzie. Wieczorem przybyli następni goście. W sumie, gościliśmy licząc także dzieci – 23 osoby. Drugiego dnia śpiewy wychodziły jak na lekcji pokazowej. Z tego wszystkiego nie zdążyłam się przebrać w przygotowany strój i świętowałam w zwykłych spodniach i golfie. Pomiędzy świętami pracowałam przy dźwiękach kolęd. Na Sylwestra wybraliśmy się do Violi i Marka. Panie, a panowie taneczni. Pojechaliśmy “wesołym autobusem” K. do domu Marka i Eli. Tam przespaliśmy noc. Dzięki odległościom mieliśmy bal wyjazdowy. Elżunia podjęła nas po królewsku barszczem i śniadaniem. Wybraliśmy się na spacer po zalanych słońcem drogach. Jak było cicho! Później pojechaliśmy do K. Było już zupełnie rodzinnie, tak domowo, że M. uciął sobie drzemkę w pokoju maleńkiej Gabrysi. Podliczyłam sobie starym zwyczajem studentek polonistyki przeczytane w 2000 strony książek i … czytam mniej. Nie licząc artykułów z prasy, niedoczytanych książek i powieści na kasetach – 4570 stron.

Przedwigilijnie

Postanowilam nareszcie pisac w ten sposob. Z zamiarem nosilam sie od dawna, wysylalam listy drukowane do bliskich, przyjaciol i znajomych. Ten sposob ulatwi mi komunikacje – nie mam jak z dwojka malych dzieci siegnac do wszystkich, a tak zainstaluje sobie tablice ogloszen drobnych i wiekszych. Moze takie obcowanie sie sprawdzi? Byc moze uda mi sie byc blizej Bliskich? Planuje porownywac lata, gdyz pisze w formie drukowanej od co najmniej 1997. I dobrze byloby spelniac obietnice dane samej sobie – sprawdzac sie w roznych sytuacjach, nawet wirtualnych.

Kolejne swieta juz jutro. Tym razem inne. Wyciszone. Bedziemy we czworo, bez rodziny, jedynie na Wigilie i spiewanie koled pojedziemy do przyjaciol. Przezyjemy to inaczej? Napisalam wczesniej, jako wklad do kartek swiatecznych moj standardowy list. Krotszy w tym roku, oszczedniejszy, jak wszystko. Zacytuje go.

14 grudnia 2006

Kochani,

tym razem kilka slow zaledwie. Bez polskich czcionek, gdyz komputer po walce z wirusami ubozszy. Nasza rodzina cieszy sie z Tomika Czesia. Urodzilam go 10 listopada. Jest pogodnym dzieckiem, donosnie dba o swoje sprawy, je ochoczo, spi kiedy chce. Wyglada na zadowolonego. Tunio pogodzil sie z pozycja starszego brata, tylko czasami wymaga od nas specjalnej troski. My okielznalismy dom. Nastapilo przegrupowanie sil, inny rytm wypoczynku i pracy. Wydaje mi sie, ze juz jestesmy stabilniejsi, wyladowalismy na nazwiskowych czerech lapach. Na kazdym kroku sprawdzamy sie w sytuacjach stresowych. Wiemy wiecej o sobie nawzajem. Caly poprzedni rok byl oczekiwaniem na Tomika, kolejna ciaza byla inna. Przyniosla wiele doswiadczen. Znow zadziwil potok ludzkiej zyczliwosci. Nowi i starzy przyjaciele sprawdzali sie na kazdym kroku. Dziekuje Im za to. Dzieki temu nie czulam sie samotna, choc po raz kolejny zastanawialam sie glebiej nad sensem emigracji i oddaleniem od rodziny. W domu przechodzilismy przez kolejne progi. Wyjazd rodzicow Mariusza i zycie we troje. Niania i przedszkole Tunia, zgranie wszystkich spraw. Ciaza, dom i praca. To byl bardzo budujacy rok. Wyszlismy z niego obronna reka. W pracy podkrecilam obroty i wiele mi sie udalo. Sama sobie udowodnilam, ze moge polegac na wspolpracownikach i wolontariuszach, i potrafie wiele spraw pogodzic. Wypelnilam plan. Ciesze sie z tego. Teraz swiat zamknal mi sie w czterech scianach i kwadracie najblizszych ulic. Oswoilam sie ze swoja samotnoscia we troje. Rozpoznalam swoje miejsce, przeorganizowalam go. Karmie, piore, gotuje, sprzatam i ukladam, rzadko mam szanse na pisanie lub czytanie. Duzo slucham. Odwiedzaja nas najblizsi; ci, ktorym prawdziwie zalezy na kontakcie z nami. Takie adwentowe wyciszenie pomaga przewartosciowac wiele spraw. Pomagam sobie „…Katechizmem” ksiedza Twardowskiego. Blogoslawie internet, z ktorego wylawiam (w formie listow od Bliskich) otuche. Bardzo lubie karty telefoniczne, dzieki ktorym Rodzice sa blizej i moga wspolnie przezywac ten czas. Jest cos pieknego w porankach z dwoma synkami wtulonymi we mnie. Nawet wypisywanie kartek i bieganie do kolyski ma swoj urok – Tomik i Tunio polyskuja drobniutkim brokatem z kartek. Moje dwie choinkowe ozdoby. Juz za kilka dni ubierzemy choinke, na ktora bardzo cieszy sie Tunio, zna o niej wierszyk. Maly Tomik mam nadzieje bedzie smacznie spal tulony koledami. Swieta spedzimy u Przyjaciol, a 13. rocznica slubu – bedzie szczesliwa. Pozdrawiam z glebi serca, w imieniu nas wszystkich.