Język matczyny. Język ojczysty

Mowa jak trawa. Tak samo wieczna. Od początku pamięci. Szczebiotanie. Pierwsze dźwięki pochodzące od ludzi ważnych sercu. Sopran Mamy. Baryton Taty. Bas Dziadzi. Głosy rodziny. Radiowe. Telewizyjne.

Głosy z bajek na czarnych płytach, na kasetach. Pismo. Zapisy. Zeszyty w wąską linię. Szlaczki uzdalniające dłonie. Mozolne przenoszenie wyrazów. Podkładanie dłoni pod brodę aby podzielić je na sylaby. Wyrabianie się w linijkach. Przestrzeń nawykowa. Mozoł. Nareszcie zeszyt w szeroką linię i margines nabity cyrklem. Wymierzony fioletowym długopisem. Dłonie zaplamione od tuszu. Uczenie się wierszy na pamięć. Schola. Bogurodzica dzielona na oddechy nowiutką złotówką. Pragnienie słyszenia drugiego głosu zamiast prostego pierwszego. Nagrywane na Grundigu audycje i przepisywane piosenki poetyckie. Uczenie się ich. Występy. Śpiewanie z siostrą na placu. Echo aż do rzeki. Legenda.

Czytaj dalej

Teoria smaku i jego głębi

W samotności i ciszy dochodzimy do różnych wysublimowanych smaków. Często ten zmysł zastępuje nam inne. On nie zawodzi. Wytwarza się w nas reakcją.

Dojrzałe daktyle kalifornijskie o tajemniczej nazwie Medjoll pozwoliły mi odkryć nieprzeciętną słodycz. Ich pestki pomagają ćwiczyć podniebienie według zaleceń lekarza. Ślizgają się po nim z przyjemnym skrzypieniem i pomagają zapomnieć o nawykowym zaciskaniu szczęk. Radzę spróbować.

Najpierw przyszło święto serdeczne. Dziękuję Bogu za przyjaciół, za dar Patrizia i Jego talentu, za troskę i rozmowy nocne. Za odwiezienie do domu. Tyle wrażeń. Mieszanych emocji.

Od rana zaczęłam słabnieć. Gdy leżałam złożona chorobą z gwiazdami przed oczyma przy każdym podniesieniu się zastanawiałam się nad własnym ciałem. Jego psychosomatycznymi zachowaniami i miłosierdziem choroby właśnie. Grzanka przyniesiona przez syna, herbata i kawałek ciasta przez drugiego. Herbata. Zapachy z kuchni drażniące i skondensowane. Woda z cytryną. Ile znaczy serdeczność. Troska. Gest nawet z innego świata. Telefon. Skrawek dźwięku. Sygnał.

Napraszam się ludziom. Dzielę pozytywnymi piosenkami, tekstami, wspomnieniami. Odganiam depresję. Robię to rutynowo wybierając adresatów. Niektórym to przywodzi uśmiech na twarz. Niektórzy reagują. Niektórzy milczą. Każdy ma takie prawo.

Istnieję teraz bardziej w obrazkach. Choroba rozłożyła mnie tak, że nie uczestniczyłam ani w ważnych urodzinach przyjaciela, ani w epokowym jubileuszu organizacji z którą współpracuję. Ale Fb poinformował mnie o wszystkim, co chciałam i czego nie chciałam zobaczyć.

W sukurs przyszedł Dziadzio. W 29 rocznicę Swojego odejścia był ze mną. Lekturami, wspomnieniami, w zdjęciach. Szczęśliwa jesteś Dziecko? Słyszałam. Właściwie Dziadziu – bywam.

Tak bardzo zatęskniłam za domem, że podniosłam się z tego marazmu i spędziłam czas z moimi synami i ich przyjaciółmi. Przyjechali do nas malować i muzykować. Zostali na noc. Spali jak w schronisku przy kominku, grali i śpiewali mi od rana. Rozmawiali miło ze starszą panią, mamą jednego z nich. Jeszcze są dziećmi. Jeszcze nie mogą sami prowadzić, nie wyrywają się, a garną do siebie. To takie ulotne. Dobrze mi z nimi było. Serdecznie.

Był czas na posiłek, grę planszową, kino, przejście po sklepie gdzie powitał mnie cud metalowej wycinanki. Czy jestem silniejsza po tym przymusowym, wymierzonym mi przez ciało wypoczynku? Bywam

Urlop od siebie

Jan Van Goyen. Fishing Boats off an Estuary 1633. Z wyprawy do Art Institute

Zawsze marzy mi się wyjazd. To odcięcie. Oddalenie, zmiana domowego horyzontu. Tymczasem zatracając upór organizatora pozwoliłam swojemu światu zorganizować mi ten czas. Zdjęłam żagiel muszę. Pozostało mi wiosło trzeba. I tak przepłynęłam przez święta i zetknięcie dekad. Prawie przystań.

Słuchałam najbliższych. Gdy trzeba było – byłam. Nie narzucałam się najbardziej jak mogłam. Wystałam swoje w moim ulubionym miejscu kuchni oglądając kojące filmy. Podzielność uwagi sprawia, że krojenie, mieszanie, mycie wychodzi sprawniej z podkładem muzycznym i wizualnym. Wiele dawno odkładanych obrazów mnie zachwyciło, wzruszyło, obeszło. Przyjaciele podzielili się Swoimi zasobami. Najpiękniejsze prezenty nie kosztują wiele. Przemawia przez nie serdeczność, uwaga i troska.

I to stałe oddzielanie myśli. Tu nie idź. Tu boli. Nie teraz, zaufaj. Trwaj. Pozwól sobie na cierpliwość. Nie naglij. Uśmiechnij się sobą. Teraz teraz teraz.

Gotowanie sprawia mi mniej radości. Sprzątanie też. Bardzo kicham. Nadal jednak lubię wspólne malowanie, strojenie, śpiewanie, oglądanie, spacery.

Odpuściłam. Nie mogę ciągle wymierzać sobie cięgów. Zajęte czym innym niż zwykle dłonie dają odpocząć myślom. Drobiące nogi, gdy spoczną na koniecznym podwyższeniu dają posłuchać gdzie cierpną i gdzie pulsują. Takie wewnętrzne rzeki zdarzeń. Jak dziwnie jest traktować własne nogi jak osobny byt.

I cerowanie. Przyszywanie zapomnianych podszewek, podkładek, zaszywanie pęknięć. Metodyczna i rytmiczna czynność sprawiająca zwyczajną przyjemność. Inną niż praca szydełkiem. I dawanie prezentów młodszym. I radość, że szydełka właśnie, pióra, blejtramy, farby, kredki przydają się i powodują tworzenie, radość pracy, skłonność dłoni. I ta cisza w sercu, kiedy wspólnie się pracuje. I te rozmowy z muzyką. I skupienie. Jednak marzenia się spełniają.

Podczas urlopu doznałam kilku takich chwil, które zachwyciły mnie swoim wdziękiem. Strojenie choinki z synami. Spotkanie naszej Podróżniczki Olivii i wspólny czas. Radość przedwigilijna z przyjaciółkami. Odwiedziny Frania. Poranna rozmowa z Małgonią.

Wigilia u Koników z bezbrzeżną akceptacją i przytuleniem naszej rodziny. Wspólne kolędowanie przy naszym rocznicowym stole z Jezuskiem śpiącym na nim właśnie, z kolędą dla Nieobecnych, która wzruszała każdym słowem, z darami tego, czego nam brakuje pod okiem anioła z suknią découpage, który stał się radosnym hasłem przekomarzania. I z błogosławieństwem od najbliższego nam kapłana Piotra. Dzięki temu specjalnemu dniu przeszliśmy przez stajnię dnia następnego spowodowaną problemami z rurami bez szwanku. I praca i ogród i my skorzystaliśmy na tym kryzysie. Panowie hydraulicy udrożnili także moje myślenie o sytuacji dolnego poziomu naszego domu, mojej bazy.

Dzień ten, dzień św. Szczepana był jakby włoski. Ciepło na zewnątrz. Rodzące się do życia mięta i chrzan. Winorośl. Trawy. Ognisko wonne. Brak kanalizacji w domu. Jak na łodzi. Jedno źródło wody. I ablucje w misie. I zmiana rytmu. Nowe odczucia. I wyrzucenie gruzu i szlamu. Zabranie śmieci. Ile symboli. I wzięcie sobie do serca życzeń znad opłatka i próba pokochania swojego życia. I reakcja jak przed laty. Na ścianie skutej – kwiaty.

Spotkanie u Przyjaciół. Drugie z trzech. Szydełkowanie. Wspólny śmiech. Czuwanie nad drogą.

I wysłuchanie pragnień synów. Pozostanie w domu. Wbrew porywom serca do przestrzeni leśnej i jeziornej. Spokój zadbania o Blusia. Wyprawa z Babcią do lekarza. Herbata w poczekalni. Szydełkowanie. Wspólnota myśli.

I kino. Jego komfort. Wielki ekran. Goście w domu. Wino.

Malowanie z Dziećmi. Młodzieżą. Wypalanie wzorów w drewnie. Zapach tej pracy. Radość i spokój, jaką wyzwala Gabrysia. Rozmowy przy delikatnej muzyce francuskiej. O życiu. O nas. O naszych wyborach. A śnieg padał i otulał nasze myśli. Na kształt mostu do wspólnego czasu, który nie do końca minął. Taka Wigilia Sylwestra Serca. Życzenia wpisane w malowanie.

I spokój końca roku, dekady, lat dziesiątych. Jak przepłynięcie przez łagodną śluzę. Ta wspólna radość. Przy stole – ten śmiech do łez i bólu szczęk. Tak bardzo długo z nimi wszystkimi na raz nie byłam. Tak świadomie doceniając każdego z nich. Patrząc na nich. Słuchając. Pietrek miał rację. Żaden ekran tej jedności nie zastąpi. A zdjęcia są wyzwalaczem pamięci. Miłą funkcją mojego telefonu jest grupowanie zdjęć z jego przepastnych zasobów. I kalejdoskop naszych wspólnych spotkań krzepi mnie niebywale. I to jak się uzupełniamy. Nawet kulinarnie. Tańczyłam, śpiewałam, słuchałam – zostaliśmy na noc. Nie chciałam wracać do pustego domu. Przeciągnął się ten Sylwester w wieczór Nowego Roku. Śpiewaliśmy w radości. Sprzątaliśmy. Rozmawialiśmy.

Koniki kochane dokonali cudu. Stworzyli przystań. Po powrocie do domu poszłam do kościoła aby za wszystko podziękować. Sercem byłam w Taize.

A wczoraj pomimo chwilowych przeciwności udało nam się pojechać do miasta. Zdenerwowanie minęło. Małgonia podzieliła z nami radość obcowania ze sztuką. Światła naszego drugiego miejsca.

Wszystkim Wam za ten urlop dziękuję

Stalówka boczna z błękitnym atramentem. Rzadkość prawdziwa

Miłosz

Ręka Iwonki z wybraną sową z kolekcji Miłosza

Żegnam rok i dojrzałam symbolicznie do pożegnania Miłosza, którego odejście stało się dla mnie rekolekcjami adwentowymi i smakiem świąt. Wczoraj też minęło 30 lat odkąd odszedł w dramatycznych okolicznościach mój Chrzestny – Wujek Jurek. Poświęcę Mu w przyszłości monografię. Zrobię kwerendę serdeczną.

Z Miłoszem nie byliśmy aż tak bardzo blisko, jednak lekcja, jaką mi dał umierając rezonuje. Jego życie odbija się w mojej współczesności, wybory powodują do przemyśleń, a słowa wracają bumerangiem. I tak wsłuchanie się w czas obecny ze świadomością tej lekcji uzmysławia, że pozostają te słowa. Te zapisane. Że po moim odejściu poproszę, aby przyjaciele zabrali ze sobą moje korale, obrazki, szydełkowanie, książki i płyty. Te, które zechcą.

I pozostaje świadomość, że dla nas samych nasze relacje z każdym Bliskim, to kilka scen pisanych przez czułego narratora w naszym sercu. Po zakończeniu, nawet najbardziej pospiesznym, można sobie zadać pytanie czy zechce ktoś naprawdę posiedzieć przy mnie majaczącej i potrzymać za rękę, wypełnić moją ostatnią wolę? Złożyć ostatnią symboliczną żaglówkę z moich słów i zgodnie z wolą wsypać mnie odrobinę i delikatnie z dobrym słowem pchnąć na głęboką wodę w zachwycające piękno miasta, które się stało drugim domem, w którym przeżyło się miłość, gniew, ból i radość?

Pozostaje kochać i ufać, że tak będzie. Możemy się od wszystkiego odizolować, ale nie zapominamy uczucia, jakim napełniają nas bliscy w codzienności.

Napisałam w przesileniu poniższe słowa po śmierci. Tak długo mi zeszło z odnalezieniem w sobie siły do zakończenia.

Był charyzmatyczny. Kończył zdania dopowiadał pointy. Miał w sobie wdzięk wilka morskiego i jego mrukowatość.

I wolność górala. Odwagę TOPRowca. Ofiarowywał swoje książki, które kochał, gromadził i którymi się otaczał. Zbierał sowy. Wirtualne i prawdziwe. Pamiętał imiona.

Odbyliśmy kilka ważnych rozmów w życiu. W bibliotece, przy obrazach, przy gotowaniu zalewajki u mnie w domu, a ta na otwartej łące podczas Tatry Sport w tym roku na zawsze zostanie mi w pamięci. Wokoło gwar i radość konkurujących rodzin. Wspólnota pomimo deszczu. I my w środku. Temat o sprawach ostatecznych. O pojednaniu się z Bogiem, rodziną, bliskimi. I uścisk i pożegnanie. Ostatnie stojące.

Przed Świętem Dziękczynienia miałam okazję odwiedzić Go w Szpitalu Cook County w Chicago. Wyjechałam z pracy w jasny dzień. Było blisko. Podprowadził mnie do Miłosza doktor Waldemar. Iwona z Tatą już tam byli.

Udało się odrobinę pożartować. Popatrzeć w te przepaściste oczy. Potrzymać za rękę. Wyglądał jak Święty Mikołaj. I choć niecierpliwił się – przyjął modlitwę do Najświętszej Marii Gwiazdy Morza. Zostawiłam przy Nim część nas. I zapamiętam go takim. Skupionym. Gdy mniej bolało mówił o pływaniu. O Darze Pomorza, który był Jego Dalą.

Ostatnie spojrzenie. Źrenica. Radość

Ksiądz Andrzej przyniósł najważniejsze. Pojednanie.

Bogdan i Darek czuwali przy nim do końca. Jurek przyjechał z Polski i zabrał go do domu. Ania pomogła z tyloma sprawami, z mogiłą. Iwona, Kazik, Marek, Jacek, Piotrek, Kasia, tylu ludzi. I śpiew w kościele do dreszczy. I prawdziwe słowa, łzy, wzruszenie, ale i świadectwa i czas na żarty, nawet te rodem z Bytomia.

I symboliczne rozdanie kolekcji. Sowa jeździ ze mną samochodem. Maleńka siedzi w stroiku.

A słowa z ostatnich emaili trafiają prosto w punkt. Nic na siłę.

Idę w dryf nowego 2020.

Powinien być stabilny.

Zostanie ze mną tyle. Przede wszystkim modlitwa stworzona przez św. Urszulę. Miłosz też

Gwiazdo Morza, Panno Święta,

Ześlij jasne swe promienie

W duszę moją. Wniebowzięta,

K’ niebu serca zwróć pragnienie!

Gwiazdo Morza! Ucisz burze,

Duszą moją co miotają.

Gwiazdo cudna, tam, na górze,

Rozkaż wiatrom, niech ustają!

Gwiazdo Morza! Mgłę ciemności

Promień łaski niech rozproszy.

Niech ma dusza ku wieczności

Z wiarą, ufnie wzrok swój wznosi.

Gwiazdo Morza! O Maryja,

Niech me serce jak to morze

Tylko niebios toń odbija,

Gwiazd miganie, blaski zorzy.

Gwiazdo Morza! Głębie duszy

Niech promienie złocą słońca.

Niech Twe tchnienie je poruszy

Jak wiatr morze Twe, bez końca.

Gwiazdo Morza! Ku błękitom

Niechaj dusza ma się wzbija.

Ku miłości jasnym szczytom,

Ku mej Gwieździe, o Maryja!

Pani Terenia Mirabella

Pożegnaliśmy Ją wczoraj na Trójcowie. Była otuchą. Napełniała rozmówcę Swoim spokojem i przejmowała dobrem. Przyklękiwała obok do modlitwy. Podsyłała dobrych ludzi.

Dane nam było Ją spotkać w kaplicy Praire. Siedziała po ciemku chłonąc Boga. I dała sobie zrobić to zdjęcie. Jakże prawdziwe. Wszystkimi drogami zawiodła mnie dzisiaj do kościoła. Konfesjonał czekał. I spokój, jaki zapanował okazał się nieziemski. To cud. Mały krok. I jej oczy na moim zdjęciu, które wybrano, aby patrzyło na kościół. Refleksja jak z wczorajszych słuchanych rekolekcji. Nie wiemy, które zdjęcie i kiedy robione zawiera sumę nas. Czy moje już zostało zrobione?

I ludzie i znajomi i ptak krążący nad dachem.

A pożegnalne Ave Maria przede wszystkim. Aniołowie zawiedli Ją do Raju. Jestem przekonana. A orędownictwo czuję. Dziękuję za szansę rozmowy, bycia razem i odczuwania. Za pion.

Dzień po pogrzebie, komunii, wzruszeniu był całkiem inny. Przyniósł nowych ludzi, lżej było żyć. Decyzje łatwiejsze. Jasność.

Teraz pora wstać. I pójść wyprostowaną i pogodną. Bóg z Wami i ze mną

Prezenty na odchodnym w osiemnastą rocznicę zamachu

Kiedy żegnamy kogoś, kogo kochamy odjeżdżamy też, oddajemy mu część siebie, jako symbol nas samych. Czasami wkładamy po kryjomu do ich toreb coś naszego, obrazek, medalik, guzik, wstążkę, samochodzik – zdarzało się tak moim Bliskim. Te znaleziska, te małe sprawy są cząstką nas, która przypomina i którą można potrzymać w dłoniach. Czasami oddajemy otwarcie – poproszeni o coś. Czasami wręczamy. Wymieniamy się ubraniami, czapkami, szalami. Jakby ciepło tej Bliskiej osoby mogło nas ogrzać pomimo oddalenia. Najpiękniejszy dar to ten ulubiony, oddawany bez żalu z radością, jaką sprawia. Symbol szarfy

Na lotnisku nagrywam sobie w pamięci film z pożegnań. To, jak je przeżywamy, ile dla nas znaczy rozdzielenie, co mamy na wierzchu podczas rozstania sprawdza nasz poziom zaangażowania w konkretną relację.

Przywiązuję się do ludzi. Bliskich kocham jakimi są. Rozczulają mnie ich prywatne, używane rzeczy. Zwyczajność. To, jak dobrze jest z nimi po prostu być. Trwać obok. Jak pięknie jest mieć kogoś, z kim cisza nie uwiera, a czas zdaje się zatrzymywać. Wystarczy wówczas być.

Przyszło mi lecieć w 18 rocznicę zamachu. Media napełnione relacjami i wspomnieniami. A ja dziś jakoś zdaję sobie sprawę z naszej dorosłości w świadomości tego, co się wtedy wydarzyło. Każdy dzień otwiera nowe doświadczenia. Istnieje dzisiaj w odniesieniu do wczoraj, sytuacji sprzed miesiąca, dwóch, pięciu, osiemnastu lat. To wiek dojrzałości. Symboliczny.

Odnalazłam w centrum ogrodu naskórek węża. Wyszedł z niej. Czy ten sam, którego obserwowałam na leszczynie? Pora i mnie zrzucić starą symboliczną skórę, która uwiera.

Ale jednak lotu boję się bardziej niż zwykle.

Wzrusza mnie pamięć Bliskich o moim wylocie. Zapominam wiele, ale tego jak czuję się dzięki komuś – zapominać nie powinnam.

Chwila

Ogród gra. W rynnach dzwoni, świerszcze śpiewają, strumyk szemrze, samoloty przypominają o środzie, zioła o jesieni. Chwila spokojna. Kawa ciepła, fotel wilgotny od rosy. Ale ten oddech warty poświęcenia.

Sobota i niedziela pełna ważnych zdarzeń. Początek roku szkolnego, wernisaż sztuki, rodzinny dzień sportowy i kongres teatralny. Kilkadziesiąt osób o zadziwiającej wrażliwości zaangażowanych w tak rozmaity sposób. W pośpiechu przed umykającym latem. A to tylko mój punkt widzenia. Tyle się działo wszystkim.

Powróciłam do dawnych torów nanizywania wspomnień.

Życzliwość i pomoc. Grupa cała wolontariuszy. Praca u podstaw. Solidarność przy staraniach. Talent artystów – płótna pełne przestrzeni, piękna ceramika, wzruszające rzeźby, szczególnie drewniane ptaszki. Poczucie święta. Artyści obchodzą je nieśmiale. Z dystansem. A jeśli jest okazja – tańczą.

Rodzinne zawody sportowe, przygotowania przestrzeni ogromnej, trud i wysiłek wielu pracujących zgodnie osób. Uczestnictwo całymi rodzinami, pomimo deszczu. Radość zmagania. Wspólnota. Rozmowy. Najważniejsza z legendą, mentorem, redaktorem, marynarzem, Miłoszem. Cały ten czas skupił się w jednym pożegnalnym geście – przed moim wyjazdem, Jego zabiegiem. I świadomość uczestniczenia w tej chwili jakby z lotu ptaka. I uszanowanie postanowień. I próby przekonywań. I wsparcie. I cierpliwe oczekiwanie ze wzruszeniem. I jakość tej rozmowy. Jej sedno. Powrócę Doń. Podróż do pracy, gdzie wszystko tętni z ciszą przemyśleń.

Kongres – Sala Pani Sabiny wypełniona prawie wszystkimi znajomymi ludźmi teatru. Kolorami bogata. Osobowościami tryskająca. Jak dobrze usiąść i oddać się spektaklowi. Posłuchać z zainteresowaniem. Ucieszyć. Wzruszyć. Miałam towarzysza do wzruszeń i radości. Głównego pomysłodawcę. W niektórych momentach zapierało dech. Przy Alicji, Stefanie, Bogusiu i Ewie, Wiechu. Wstawaliśmy z miejsc wzruszeni klaszcząc.

A narodowe czytanie było prezentem. Czuwanie nad wszystkim Ewy i Małgosi – opiekuńczym, taktownym wsparciem. Kwiaty zaskoczeniem. Dobre słowa plastrem.

I dzień dzisiejszy, szeregowanie natłoczonych doznań. Kończenie spraw przed wyjazdem. Dobre rozmowy, jak deser po wysiłku rozlewające dzielone opinie na szklanki, których wnętrze zechcemy przyswoić.

I entuzjazm w ludziach obudzony, który łagodzi zmęczenie i smutek długotrwały.

I zaskoczenie spontanicznością Ewy. I szal na drogę. I światło płynące z domu, jakie udało mi się zobaczyć.

Toż metafizyka wysiłku. Dla tych chwil – warto otworzyć drzwi

Soboty

Oddech. Wdech. Napiętrzenie rozłączne.

Kto bardziej. Jak lepiej. Gdzie ciekawiej.

I drżenie ogrodu. I spokój wiatraka. Rozleniwienie synków. Film. Muzyka. Chmury, które się chłonie.

Jak dobrze jest lubić stan, w jakim się jest. Jak dobrze zawisnąć na brzegu świata i spokojnie na niego popatrzeć.

Odnaleźć przestrzeń prześwietloną i zakręcić się w niej. Uspokoić. Uśmiechnąć. Jak dobrze w swojej samotności odnaleźć miejsce dla innej.

A na ludzi czekać otwarcie. Ugościć. Posłuchać. Życzliwie prowadzić rozmową.

Okazać radość.

Sumowanie lata

Ponad rok milczenia. Ciążącego jak wyrzut. Pewne okiełznywanie smutku. Nie godzenie się na rzeczywistość i silne ufanie. Praca. Nad sobą. Swoim nastawieniem. Przestrzenią. Odczuciami. Humorami.

Ludzie. Przynoszący dobre słowa. Radujący. Mnożący doznania.

Grono prawdziwe. Jesteśmy sumą doznań.

Agusia powiedziała: coś miłego dla siebie każdego dnia. Tym miłym są zapachy, smaki, dostrzegania, słowa, dotyk.

I powroty tutaj, do zdarzeń zaprzeszłych. Ludzi, którzy minęli a żyją dla mnie w słowach. Moich słowach o nich.

Już się nie wyliczam z życia. A nie chcę zaprzestać pisania o nim.

O ludziach mi drogich, którzy mijają. Jak ja

Nasz Kapitan

Uczestniczyłam w uczczeniu godziny W. 1 sierpnia. Wzruszyły mnie słowa mężczyzn, poruszyły kobiet. W takich chwilach lepiej być z ludźmi czującymi podobnie. Gdy wracałam do pracy w wielkim korku – zadzwoniłam do znajomych Powstańców. Czekali. Dane mi było współpracować z Nimi przez lata, jako zaszczyt odczuwam możliwość rozmowy i radości z naszej pamięci o Nich. Wiedziałam od Pana Zygmunta, komendanta weteranów, że Pan Kapitan, nasz kochany Dziadziu Tadziu, zaprzyjaźniony z Powstańcami, przygotowuje się do ostatniej drogi. I dowiedziałam się dopiero wieczorem, że dziś przed siódmą rano, w samo święto Przemienienia Pańskiego, zmarł kapitan Tadeusz Terlikowski, mechanik słynnego Dywizjonu 303. Ukończył 17 listopada 100 lat.
Wspaniałym był człowiekiem. Pomnikowym. Gdy przebywał w pokoju, wszystko obok niego zdawało się zatrzymywać. Siedział spokojny, uśmiechnięty, tak łagodny w geście obserwowania przychylnego otoczenia, że wprowadzał w stan onieśmielenia, a za chwilę spokoju. A przecież żartował, reagował na żarty, szybko się uśmiechał, wspaniale pointował, powodował, że buzie w każdym wieku rozjaśniał uśmiech. Potrafił przyjmować kwiaty, mówić o nich i żartować jak nikt. Miło było go uściskać i pomyśleć, że można choć na chwilę przytulić się do polskiej historii. Legendy – takiej swojej, na wyciągnięcie ręki.
Jakże ciekawie komentował zdarzenia. Był bardzo bystrym obserwatorem. Jego uściski zapamiętam do końca życia. I chwilę, gdy otrzymał awans na kapitana. Siedział wśród weteranów, w pierwszym rzędzie. Spokojnie wysłuchał przemów, popatrzył na symbol w dłoniach i uśmiechnął się tylko do niego. Dariusz uchwycił ten moment, to był metafizyczny uśmiech.
Od tygodnia towarzyszyliśmy Mu myślami i modlitwą wiedząc, że powoli odchodzi. Odszedł rankiem. Na święto niebieskie, nad nasze deszczowe chmury. Przywilej lotników. Ze słońcem twarzą w twarz. Ależ tam mają lotnisko w niebie. I cieszą się wszyscy bohaterowie walczący, wyprostowani, docenieni, uśmiechnięci. I czeka na niego żona Zofia, przy której był zawsze myślami i słowem. I przyjaciele.
Spoczywaj w pokoju nasz Kapitanie
(Zdjęcia autorstwa Dariusza Pilki, Dariusza Lachowskiego, archiwalne)
Tadeusz Terlikowski