Pętle czasowe

Ostatnio coraz częściej je widzę. A ponieważ zacieśniają się pętle mojego otoczenia – tworzą się pętle czasowe. Mam świadomość, że bliscy modlą się za mnie, pamiętają o mnie, o nas wszystkich.

Te wszystkie modlitwy nie mogą pozostać niewysłuchane. Dlatego po wyciszeniu się – udaje się je zauważać. Pętle właśnie.

Jak przyjaźń pozostaje symboliczna nawet po śmierci. Jak wzrusza. Trafiły do nas mapy, od słynnego Oskara Haleckiego, który zapisał je w testamencie prof. Tadeuszowi Gromadzie, a on niedawno przekazał je muzeum, gdyż muzeum opiekował się Mieczysław Haiman. Mieczysław zaopatrywał Oskara w duplikaty z naszej biblioteki, a jego mapy trafiły do nas, aby zasilić dzieło wybudowane przez Mieczysława właśnie. I przywieźli je do nas ludzie niezwykli – którzy nie mają ani jednego polskiego korzenia, ale kochają Polskę. I ofiarowali nam czas, dostrzeżenie atencji, zachwyt. Ulepszyli nasze życie i jeszcze wsparli. Najprzyjemniejszym momentem tego dnia była długa wideokonferencja z panem Tadeuszem, który bardzo przypomina mojego Dziadka Tomasza Józefa. Rozmawiał z nami do ciepłoty telefonu, obszedł ze mną wirtualnie muzeum, byliśmy nawet w Pokoju Paderewskiego. Jego radość nadal cieszy, a ponieważ wierzę w świętych obcowanie – nawet nie zdziwiło mnie to, że we czwartek miałam szansę tylko przez chwilę posłuchać płyty, a właściwie adaptera. Tę płytę wybrał Artur, nasz wolontariusz. I płyta zaśpiewała o Panu Tadziu, na którego czeka jego Gromada. Ucieszyło mnie to tak bardzo, że wysłałam mu z dedykacją. Także się ucieszył. Tak dziękuje Mu przez nas Mieczysław.

Następnie przyszła historia o ławce, która stała kiedyś na trzecim piętrze naszej polskiej szkoły i na której zapisywałam w zeszycie wrażenia po wieczorze nikiforowskim. Wróciła w domu rodziców mojego ucznia. W innym miejscu naszego świata, a jednak znajoma. Nie omieszkałam uwiecznić tej chwili. Nawet zeszyt od Aguni miałam ten sam. Zapisany jedynie do połowy. Tak oszczędzam go od pięciu lat. Tak cyzeluję w nim słowa. Nie chcę wszystkiego wypisać. Zostawiam w domyśle.

I bal w chicagowskim Yacht Clubie. W 1980 rozpoczynali tam z Panią Sabiną nasz bal letni. Tym razem inni młodzi ludzie, inaczej ubrani kończyli w pełnię sezon i pewną epokę. Inną rozpoczynali. Śpiewali Młynniarze szanty. Historycznie. I w kręgu. Niektórzy tańczyli.

Co zaczyna się tańcem można i tak zakończyć. Kwestia stawiania czoła. Tym czasowym pętlom. Ja stawiam

Horyzont bez opuchlizny

Jak rozpatrzyć rozpacz? Krok po dniu, oddech po westchnieniu. Spokojnie, wyciszyć się aż do zaciszenia, poczekać na inny kolor myśli. I żyć – codziennością. Zachwyciły mnie ostatnio chmury nad miastem, a w biegu nie zdołałam ich uwiecznić – wyglądały jak góry, białe na bladym niebie i monumentalne. Tylko nad wodą, nie wyżej. Trzeba było wdechu, żeby się przyjrzeć.

Pożegnałam trzy osoby, Grega – entuzjastycznego wolontariusza, przyjaznego admiratora kolei i tramwajów.

Natalia. Jej narodziny dla nieba. Zaskoczone. W basenie, po ataku. Smutek niemożebny. I wspomnienia odżyły. Dzielnej, młodej, bystrej i pięknej dziewczyny. Rysującej, malującej, projektującej. Czytającej i odwiedzającej mnie w bibliotece z mężem we środy. Bliskiej nie tylko przez podzielone urodziny z Anią. Później nasze drogi rozjechały się nieco. Ale widziałyśmy się w sieci. Byłyśmy w swojej przestrzeni. I ta wiadomość o odejściu. Tak nagłym. Tak przypadkowym. Tak napawającym zdziwieniem. Lękiem i gniewem.

I akcja kolista. Ulotka do konsulatu nabrała nowego sensu. A pożegnanie przy trumnie, gdy cała w ulubionych czerwieniach wyglądała jak przepiękna figura z brązu, gdy bliscy nie potrafili pożegnać się wciąż zdziwieni – przejęło mnie pragnieniem życia. Przetańczyłam z Serbami wesele. Zachwyciła mnie serdeczność Bliskich Innej Natalii. Ich kroki, tańce, bębnista gładzący z namaszczeniem swój kołnierz drewnianym drążkiem po uderzeniu. Ich ślubne korony. Sens życia jednej Natalii po pożegnaniu Innej. I narodziny w Ich imionach.

Pożegnałam Pana Stefana, zaproszona przez Jego synową, bliską mi Iwonkę, który kojarzy się z dobrymi czasami po przyjeździe do Stanów i swoim pogrzebem pozwolił nam bezsłownie się spotkać i przekazać sobie znak pokoju. Ile znaczeń.

Ostatnio zbliżam się z J., siostrą w niedoli. Podobieństwa sytuacji, rady, wspieranie. Spadła mi z nieba. Pomagamy sobie wzajemnie. Dobry kontakt. 

Przyjaciele nadchodzą falami, niektórym przejadłam się jak serial bez zwrotów akcji, nie narzucam się. Pamięć cieszy, ale w granicach spokoju. 

Rytm dnia z czasem na modlitwę, chłopców, ogród, gotowanie i pracę. Staram się przydawać. Bywam także okolicznikiem miejsca i czasu. Słucham moich prywatnych koncertów nagranych jedynie sobie. Zdarza mi się siedzieć z Kimś bliskim i przejść ze słuchania muzyki w śpiew na głosy. Warstwowanie i słuchanie się śpiewając, wchodzenie w tę samą ścieżkę z uśmiechem jest klasą samą w sobie. A teraz jeszcze wieczorami grają świerszcze, słychać szczekające psy, samoloty, lato się żegna i jest tak jak „we wtorek w schronisku po sezonie”.

W ramach terapii śpiewam sobie ukochane teksty wcielając się głosem w podkłady moich ulubionych bardów. To rodzaj nobilitacji. Wybieram. Nagrywam. Zachowuję. Studium oddechu i walki z astmą.

https://ising.pl/nagranie/ec30rjrbpq7,Grzegorz_Turnau-Naprawde_nie_dzieje_sie_nic

Nie mogłam już znieść powiększających się zmian na moich powiekach, podobnych jak u M. Niepokoiły, w nocy bezwiednie pocieram bowiem powieki, zgrzytam zębami, jestem inną sobą. Zamalowywanie nic nie dawało – trudno mi było spojrzeć w oczy bez wyłapywania tej anomalii. I umówiłam się ze znajomym chirurgiem aby dostrzec nowy horyzont. Alusia zawiozła, Tomek mi towarzyszył, okiełznałam lęk, choć wszystko składało się na to, aby nie pojechać, zrezygnować.

Ale miła rozmowa w gabinecie, uścisk pewny, światło pod powiekami cytrynowe i jasne, ukłucia precyzyjne, takież szwy, rozmowa o rewolucjach, delikatności skóry, precyzji cięć. Nie zdawałam sobie sprawy, że człowiek na powiekach goi się piękniej niż na plecach. Że najciekawsze są operacje oczu i nosa, a brzuchów banalne. Przypalana skóra przywiodła mi na myśl dentystę w Bogorii. I uciskałam, aby nie było sińców. Wieczór spędziłam z filetami morskimi na oczach, bezwonnie układały się idealnie. Koiły. No i rozmowy z Tymi, którzy zechcieli zapytać – jak po. Terapia. W nocy plastry i szwy naciągały nie tak jak nawykłam. Dziś opuchlizna, oczy nie do końca zamknięte, rozmowy z pracą z przymkniętymi oczyma. Widzenie w oddaleniu, skupianie się na dźwiękach i rezygnacja z koncertu. Choć przez dzień cały śpiewałam sobie w porywach. Ale Turkuś muzycznie upiększa mi moje miejsce w domu.

Zobaczę ten nowy horyzont. Tylko opuchlizna zejdzie.

Poczwórny sens

Tyle minęło mnie opisów. Nie oznacza to, że nie istnieją we mnie. Oznacza to tylko, że nie mogę wyzwolić ich pieczątki i przypomnieć sobie tych chwil, żywo przeżyć na nowo. Te zapiski są albowiem dla mnie. Dla Bliskich też. Ale tak naprawdę jedynie ja znam ich czasami poczwórny sens. Im dalej tym mniej tych sensów, tym prościej widać schemat mojego życia i jego zapętleń.

Na palcu siadła mi ważka. Ironii igraszka

Próbuję kochać i żyć miłością. Która jest ponad wszystko. Poszukiwania jej w przejawach świata przynoszą małe radości. Głupotą z mojej strony byłoby drapanie w ranie serca, a jednak swędzi. Podrywam ten strup. Nie daję się niczemu zabliźnić.

Każdy żyje swoim życiem. Każdy ma pogoń, smutek, pęd i choroby. Bliscy daleczą. Boli.

W życiu przyklejamy się do obiektów uczuć. Wszystkim. Skojarzeniami, słowami, tendencjami, muzyką; pielęgnujemy w sobie ten obiekt wygładzając jego braki, małostki, płaskość. Nadajemy takiej osobie swojego sensu.

I tak potrzeba miłości, zgoda i kompromis trwa. Czasami całe życie. Czasami trzydzieści lat.

A później już nie ma o czym mówić. Wypłakane łzy wracają falą. Każde słowo boli.

Co można stworzyć z popiołu?

Serce z wodorostów, grabienie jeziora i walka z brudnym wiatrem. Knaga spokoju

Najważniejsze jest mieć gdzie uciec. Mieć do kogo uciec i z kim. Miejsce się staje oswojone w miarę poznawania.

Rutynowe rytmy roku skłaniają do podobnych reakcji. Deser lata w domu kojarzy się z wyjazdem. Wyjazdem do przyjaciół. Przytuleniem się do siły odśrodkowej jedności ich grupy. Niezmienności rodzinnej. Intencji. Sakramentu.

Wcześniejsza dorosła ucieczka w muzykę z przyjaciółmi czeka na opis. Nadejdzie, jak wiele innych. Narasta falą. Jednak ten spokój wywoławczy, ułatwiający powrót do pisania stanowi twórcze katharsis.

Zawahania, lęk przed zmianą życia, lęk przed reakcją zadaną sobie na lekcję życia w prawdzie podejmowania decyzji i prawdzie cichości serca. Lęk dziecka. Poważna rozmowa o potrzebie lasu, przestrzeni, życzliwości, grupy. Przeniesienie nacisku z ja na my. I odpowiedzialność za siebie. I kompromis. Wzruszenie. Narzucenie siebie jak prosząca wdowa. Zgoda na obecność. I postanowienie radości. Czerpania czegoś dobrego z każdego dnia, z każdej chwili. Użyteczność.

W pracy już parzyły mnie myśli. Ostatnią szansą na odzyskanie spokoju był wyjazd – ucieczka od zmęczenia grantowego, problemów z budynkiem, setek maili. Od sytuacji we mnie. W nas. Zanim terminy zapiszczą jak paznokciem o tablicę. Zanim się zacznie proces. Zanim znów będzie trzeba stawić czoła wodzie. Bezmiarowi wód. I stanąć na roz.

Te wakacje miały smak przedwojenny.

Obóz żeglarski nad jeziorem osobliwości. Literatura kłaniała się przypominając młodość. Tyle starań czwórki przyjaciół Bogdana, Kasi, Darka i Lucynki. Początek i narodziny wielkiego dzieła na lata. Tworzenie schematu, modus operandi, zaplecza, krystalizowanie się potrzeb dzieci, pójście za drogą swojego serca. Dzielenie się talentami. Rzadko kto ma ochotę nauczać swojej pasji. Rzadko zdarza się, że ktoś chce organizować grupowe wyjazdy, aby znajomi i nieznajomi młodzi ludzie mogli skorzystać. Ile przygotowań! Ile zabiegów. Jaka ogromna służba grupie. Przygotowanie zaplecza, wielomiesięczne zakupy laserów, pływaków, lin, materiałów, knag, koszulek, książek, osprzętu. Rozbijanie namiotów, koszenie łąki, wykaszanie lasu, grabienie i czyszczenie jeziora. Nadmiar lilii wodnych, zupełne jego zagrządzielowanie dusiło powietrze w wodzie, i choć malownicze, stanowiły trudność dla pływających. Scena z „Nocy i dni” wielokrotnie przychodziła mi na myśli. I jeszcze świadomość, jak w jednym miejscu poszukiwana piękna i romantyczna roślina, w innym stanowi przeszkodę i zagrożenie. Poznałam nowe narzędzia. Kątową kosę do wycinania wodorostów i lilii i wielkie wodne grzebienie i grabie obsługiwane z canoe. Towarzyszyła im mozolna i powolna praca. Kompost nadbrzeżny. Nauczono mnie odmienności spojrzenia utylitarnego i sportowego na wodę. Widziałam wyschnięte plamy lilii unoszące się na wodzie, które kojarzyły mi się z suchymi gałęziami na moich drzewach wymagającymi piły. Teoria wycinania wszędzie jednaka.

Plan pracy. Plan dnia. Radość tworzenia wspomnień. Wpasować się starałam jak zwykle. Farbami, włóczką. Dobrodziejstwo ich terapii działa nie tylko na mnie. Lubię ludzi. Lubię się przydawać. Przydawka określa mnie najlepiej. Często bez moich starań zupełnie spokojnie by się obeszło. Zdaję sobie z tego sprawę. Ale obcowanie z ludźmi, których cenię i odpoczywanie obok w ich spokoju przyniosło spokój i mi. Brakuje mi dzieci. Tych małych. Ich życzliwości. Ich zainteresowania. Ten nauczyciel we mnie tkwi. A tu okazało się, że są i dzieci młodsze. Nasiąknięte żeglarstwem, mówiące jego podwójnym językiem, chętne, odważne, myślące i życzliwe. Garnące się do wiedzy. Do wspólnego zachwytu farbami, włóczką, kredkami, muzyką, roślinami z lasu, żabami, gąsienicami, węzłami i wodą. Ich żywiołem.

Rodzice przywieźli ich w radości. Kilkoro z nich, znajomych z widzenia, okazało się bliższymi. Anetka od Musierowicz ze swoją rodziną z wyboru, Dorotka z synami, Pani Czesia, jej Mama z tajemnicą dłoni i spojrzenia; cierpiąca, a symboliczna, wnukowie opiekujący się nią. Symbolem się stała naszych rodziców. Rodzice najmłodszej Czwórki. Mama i Babcia Mai. Wieczór szant przed rozpoczęciem obozu był jak przedłużenie festiwalu. Jest radość w śpiewaniu znanych sobie pieśni w nowej grupie. Jest nowa dynamika. I ta polana. Jakże lepiej widzieć ją w tym świetle.

Msza niedzielna w rycie przedsoborowym. Organy z kotłami, które wibrowały. Słowa mądre. Szale szydełkowe modlitewne w stronę których tyle lat dryfowałam moją twórczością wakacyjną. Nagle zaistniały w moim świecie i wzruszyły anielskim znakiem. Otuchą. Nawet te kieszonkowe. Zostawiłam sobie jeden. Noszę go w plecaku.

I ruszyła maszyna. Zgrupowanie, formowanie, ognisko z pogadanką. Wspólna modlitwa. Codzienna. Z pamięcią o rodzinach i o tych, którzy na bieżąco odchodzili: ojcu Józefie Zuziaku, Babci Amelki, Joasi Belon, Marcinie Zielonce. Moje czuwanie przy kominku. Wybór domu przy dzieciach, a nie samotnego namiotu na uboczu. Minimalizacja potrzeb. Rytm dnia.

Kasia jest genialnym mistrzem kuchni, życzliwą opiekunką centrum domostwa. W rytmie różańca z Janem Pawłem II wręcz nie chciała pomocy. Ruchy zaplanowane, każdy z sensem i wyważeniem. Jedzenie smaczne i pożywne. Tomek prosił mnie abym tak nauczyła się gotować. Tak będzie.

Pogadanki poranne i wieczorne z przesłaniem. Rola kapitana. Struktura załogi. Dzielenie się talentami. Mnożenie radości. Bogdan ma wiele talentów. Jednak krasomówczy jest w nich bardzo ważny. Gadane to jedno, a analiza, synteza, dobór słownictwa i docieranie do słuchaczy, życzliwość to insza inszość. No i wszechobecne gazdowanie. Pomysły. Tytaniczna praca. Pokłady całe. I czuwanie nad wszystkim. Kapitan.

Darek ma ogromną cierpliwość, takt i talent uczenia. Pamiętał wszystkie dzieci i ich zaangażowanie, analizował ich poczynania na wodzie i podczas wykładów. Z notatkami przygotowywał się od miesięcy. Nagrałam sobie te opowieści o łodziach, wietrze, w tym nauce pływania czystym wiatrem, aby sobie go nie odbierać i nie pływać brudnym; savoir vivre na wodzie; węzłach przydatnych na całe życie w każdej sytuacji. Nauczyłam się tak wiele, uszeregowałam wiedzę. Podziw wielki i szacunek.

Lucynka pracowała cały czas zdalnie z nieodłącznym komputerem, ale w każdej okazji starała się być przydatna – w każdej dziedzinie. Łatwo nawiązuje kontakty z ludźmi, szczególnie młodymi, jest wspaniałym, współczującym kompanem, refleksyjnym i taktownym.

Młoda kadra: Amelia, Filip, Ignac i Klimek zadziwiali sprawnością, gracją, talentami. Każdy z młodszych chciał nimi być.

I istota. Żegluga. Czas na nią. Przygotowania codzienne, obcowanie z wodą, sterem, żaglem, wiatrem. Nagrywałam filmy poklatkowe leżąc na nowym, pachnącym pomoście. Patrzyłam na taniec żaglówek na wietrze. Pozwoliłam sobie tam być. W całej mojej istocie. Dumna byłam z Tomka, ale i ich wszystkich dzielących się po powrocie wrażeniami. Zachwyconymi. Czułam się jak kronikarz radości. Dzielili się ze mną muzyką. Jeździliśmy razem nad jezioro i na wycieczki. Z kierowcą Ignasiem. Stworzyłam naszą listę ulubionych i polecanych mi piosenek. Każda inna. Każda radosna. Do zdjęć i filmów powracać będę po ten spokój. Rozmowy z Kasią, Mayą, Amelką, Reginą i Misią, Ignasiem, Klimkiem, Filipem, Karolem i Lwem zapadły mi w serce. Zabawy i obcowanie z piątką: Biancą, czyli Białaskiem; Oliwką, Melką, Kubkiem i Tymkiem przyniosły mi wiele radości.

Pożegnania były łzawe. Dzieci motywowane przez Lucynkę i Kasię wręczyły mi laurki. Tańczyły razem. Oglądaliśmy filmy z przesłaniem. Wyprawę Con Tiki, Eddie the Eagle, Mrs. Doubtfire. Jak sposób patrzenia z czasem się zmienia.

I jeszcze w drodze powrotnej nasze Houston zaleczyło problem z chłodnicą.

Nic nie odbierze mi tego tygodnia. Gratuluję z serca i tak samo dziękuję. Pięknie było Was obserwować i być świadkiem tego cudu wspólnoty i sukcesu. Nowi żeglarze wzrastają. Ahoy

Wasza Przydawka

#tatrasailing

Złote Gody Sedna

Elżunia i Cześ. Najpierw chodzili razem do szkoły. Potem rozjechali się na szkołę średnią. Później były szkoły podyplomowe, wojsko, Ameryka, podbój świata i powrót. I dopiero tutaj na nowo poznała Ich ciocia Hania. Moja Mama Chrzestna. To oddalenie wspomogło odnalezienie się na nowo. Jak klasyczna historia Pielgrzyma.

Wspierali się przez całe życie. To było takie normalne zobaczyć Ich razem. Razem pracowali, razem gotowali, razem piekli, razem pomagali innym, razem wypoczywali, jeżeli tylko mogli.

Nazywaliśmy Ich Franciszkami, gdyż zawsze obok, podwójnie. Sądziłam że tak powinno wyglądać małżeństwo, rozumieć siebie, schodzić sobie z drogi, wspierać wtedy kiedy trzeba, doceniać swoją odmienność. I wybaczać. Przemilczać wybuchy. Rozumieć wypady. Sądziłam, że tak to wygląda. Można mieć temperament mojej mamy, ale i cierpliwość i dystans mojego taty. I to się sumuje, pozostaje taka zwyczajna normalna ludzka miłość. Która trwa, cierpliwa jest i współweseli się w prawdzie. Że godność pozostaje. Że droga do kościoła zawsze wyprowadza z tarapatów. Że odwiedza się zmarłych bliskich na pobliskim cmentarzu i to daje czas na spacer, na dystans, na inne sprawy.

Pokazywali mi też jak tłumaczyć sobie małe śmiesznostki. To jest trwanie obok, które wydawało się takie zwyczajne i ono najbardziej zapadło mi w serce.

Odnalezienie się w innych pracach po opuszczeniu przez nas gniazda. Mama w Legionie, tato w oceanie internetu.

Ale nadal sobie pomagają: czytają swoje teksty, sugerują zmiany, pieką, wspierają się przy chorobach, załatwieniach, decyzjach. I choć wydaje się czasem, że pozostali po części dziećmi, którymi byli – są także w pełni dojrzałymi dorosłymi, świadomymi swoich braków, bezwarunkowo wspierającymi swoich bliskich. Pomimo walczącego ze zmęczeniem ciała zawsze gotowi pomagać i omadlać tak bardzo potrzebne łaski.

Takimi ich więc widzę: być może z dystansu, być może przez okienko telefonu, być może oderwanych, ale w oddaleniu właśnie widzę Ich Sedno: trwanie w złocie, na pięciu dekadach. To prawdziwie złote gody.

Jak chciałabym Was mocno uściskać i po ludzku poczuć!

Życzę Wam Kochani spokoju w sercach, wiary, nadziei i miłości, bo najważniejsza jest miłość. I wspólnego czasu. Jesteście dla nas wzorem. Tak dobrze jest być Waszą córką!

Książki w nas. Habent sua fata libelli

Ten moment gdy sens dniu nadaje dotyk. Dniu Książki. Ustanowionemu. Omówionemu. Ustalonemu.

Nadjechał z daleka mecenas z biblioteką organizacji starej jak my. Sokolstwa. Siedemdziesiąt dwa pudła. Niektóre zawierajace zwyczajne lustra wszystkich emigracyjnych kolekcji. Niektóre miłe zdziwienia. Nie otwierany od nowości katalog wystawy światowej 1939. Z niewinną okładką. Radosne odkrycie.

W kolejnym pudle wraca do domu Mieczysław Haiman.

Nareszcie czytam wstęp. Dotykam stron. Okładki. Są atłasowe. A słowa pasują.

Wzruszenie na bocznej uliczce, w oczekiwaniu na pomocników. Oprzeć się musiałam o kosz. Zakręciło mi się w głowie.

Dwie godziny wcześniej i wczoraj rozmawiałam o Nim. Małgonia usiłowała ożywić Jego fotografię. A On uśmiechnął się do mnie Swoimi słowami.

I jak nie wierzyć w anioły? Zapamiętam ten słoneczny moment. I dotyk słowem.

I uśmiech, gdyż nawet nie zaskoczył mnie, że dzięki Małgosi także się do mnie uśmiechnął. Dziękuję za otuchę Panie Mieciu!

#mieczysławhaiman #bookday #sokolstwo #polishfalconsinamerica #books

Teoria odchodzenia i droga bieguna

Wierny sobie

Nawet gdy chciałoby się po prostu zostać, przeczekać, odpocząć. Coś gna. Wyciąga, wypycha. Trzeba sprawdzić co tam. Za drzwiami. Za domem. Gdzieś. Stagnacja i powtarzalność męczy. Denerwuje.

Opowiadanie swojej historii. Przeglądanie się w oczach zainteresowanych, nowych słuchaczy. Lepienie siebie w ich spojrzeniach i podziwie. Sklejanie. Bycie wojażerem. Nowością. Sensacją wieczoru. Ale i oddanie sobie racji. Hołdu. Przytulenie króla niespełnionego. Bycie frasobliwym.

Zobojętnienie na otoczenie. Parcie w przód. Bez oglądania. Bez wzruszeń. Bez porównań. Bez użalania się, ale i bez litości. Ale przyzwoicie. Grzecznie. Z dystansem w szacunku. Pewną nawet życzliwością.

Jak wyjazd na studia. Początek nowego życia. Odwiedzany dom wydaje się znajomy ale mniejszy. Jego problemy oddalone. Sprzęty niepotrzebne. Bibeloty, które narastały latami – teraz porozrzucane układają się jak muszle na brzegu z falą.

Odzwyczajenie. Umniejszenie. Wyciszenie.

Prawda. Pustka

Skrawki uczuć

Potrzebuję jedynie skrawków uczuć. Przejawów. Wystarczy mi drobny gest, uśmiech, dobre słowo, pamięć, nawet pośpieszny telefon. Nie potrzebuję wiele.

Cieszę się małymi rzeczami. Potrafią mnie podnieść, rozproszyć, rozrzedzić moją mgłę podszytą smutkiem.

Dostaję skądinąd niż czekam. Anioły czuwają. Czas pustyni osusza łzy. Rytm dnia nadaje sens pustce. Modlitwa wprowadza na inny poziom spokoju. Użyteczność. Odosobnienie. Odmawianie.

Wiedza czasami jest zupełnie niepotrzebna. Dystans bardziej.

Ze skrawków można utkać koc na serce. Taki ciepły, do gładzenia

Święto w nas

Życzenia na dobry przyszły rok. Ten mijający, który wydawał się bardzo stabilny – był trudny, ale i zarazem bardzo klarujący. Pokazał, co w nas tkwi, pokazał kogo mamy blisko; pokazał, jak traktujemy rzeczy i siebie nawzajem. Zamieszał, ale i uładził nasze zmieszane myśli. Wielu ludzi odeszło od nas wirtualnie i realnie. To był rok amplitud. Pora zmian. Okazało się, że mamy do siebie wiele elektronicznych dróg, zwyczajnych też, ale nie zawsze chcemy je podejmować, gdyż wytłumaczenie się znajdzie. Warto stawać w prawdzie o sobie samych. Chodzić, poznawać nabliższych i najbliższe otoczenie, sięgać po stare ulubione czynności, porządkować swój świat i doceniać, pozwalać naturze oddychać.

Chłopcy w gościnnym domu Maryni

Dziękuję za tyle dobra każdego dnia, za obudzenie ogrodu bez toksyn, za delikatność słuchania, za tęsknotę za normalnością, za prawdę bycia obok, za chęci, filmy, witaminy, wsparcie w chorobie, sekundowanie. Za to, że byliście obok, aby po prostu przy mnie posiedzieć w ciszy. Za to, że przysyłaliście mi muzykę, na jakiej potrafiłam się oprzeć, znajdowaliście słowa i radość nawet w małych gestach. Za opiekę przy kupnie samochodu, wyborze lekarza. Za to, że cieszycie się z kontaktu, z rozmowy, z wiersza, zdjęcia i zwykłego spaceru.

Katastrofy tego roku skrystalizowały we mnie: mnie. I pozostaje szlifować, odczulać, ruszać, leczyć. A najważniejszy jest nasz wspólny czas i miłość.

Czekam

Piątek. Zapowiadał się jako ostatni dzień w pracy w tym roku. Pora go zamknąć. Musi przyjść nowe i inne. Przyzwyczaję się do tego, jak do nowych szkieł w nowych oprawkach. Stopniowo.

Wszystko podobne – a jednak odmienne. Gusta. Kolory. Kształty. I powroty do siebie sprzed lat. Do tekstów odległych, lektur odłożonych na później, pisania rozpoczętego, nauki śpiewu drugim głosem. Do trudnej sztuki oddychania przeponą. Do dna. Adwent. Pora rorat.

Pora ciastek przez maszynkę, lepienia uszek, pieczenia mięs, kręcenia maku. Pora łańcuchów na szydełku i stroików. Pora kalendarzy i dobierania książek do ich czytelników. Wypisywania dedykacji. Cieszenia się z rozmów, śpiewania, bliskości. Nawet tej oddzielonej ekranem i powietrzem w wypełnionym głosem Bliskich wnętrzu samochodu.

Pora spacerów z widokiem na własny oddech. Pora kominka. Zadawania pytań, słuchania, cichej prawdy.

Czekam