Książki w nas. Habent sua fata libelli

Ten moment gdy sens dniu nadaje dotyk. Dniu Książki. Ustanowionemu. Omówionemu. Ustalonemu.

Nadjechał z daleka mecenas z biblioteką organizacji starej jak my. Sokolstwa. Siedemdziesiąt dwa pudła. Niektóre zawierajace zwyczajne lustra wszystkich emigracyjnych kolekcji. Niektóre miłe zdziwienia. Nie otwierany od nowości katalog wystawy światowej 1939. Z niewinną okładką. Radosne odkrycie.

W kolejnym pudle wraca do domu Mieczysław Haiman.

Nareszcie czytam wstęp. Dotykam stron. Okładki. Są atłasowe. A słowa pasują.

Wzruszenie na bocznej uliczce, w oczekiwaniu na pomocników. Oprzeć się musiałam o kosz. Zakręciło mi się w głowie.

Dwie godziny wcześniej i wczoraj rozmawiałam o Nim. Małgonia usiłowała ożywić Jego fotografię. A On uśmiechnął się do mnie Swoimi słowami.

I jak nie wierzyć w anioły? Zapamiętam ten słoneczny moment. I dotyk słowem.

I uśmiech, gdyż nawet nie zaskoczył mnie, że dzięki Małgosi także się do mnie uśmiechnął. Dziękuję za otuchę Panie Mieciu!

#mieczysławhaiman #bookday #sokolstwo #polishfalconsinamerica #books

Teoria odchodzenia i droga bieguna

Wierny sobie

Nawet gdy chciałoby się po prostu zostać, przeczekać, odpocząć. Coś gna. Wyciąga, wypycha. Trzeba sprawdzić co tam. Za drzwiami. Za domem. Gdzieś. Stagnacja i powtarzalność męczy. Denerwuje.

Opowiadanie swojej historii. Przeglądanie się w oczach zainteresowanych, nowych słuchaczy. Lepienie siebie w ich spojrzeniach i podziwie. Sklejanie. Bycie wojażerem. Nowością. Sensacją wieczoru. Ale i oddanie sobie racji. Hołdu. Przytulenie króla niespełnionego. Bycie frasobliwym.

Zobojętnienie na otoczenie. Parcie w przód. Bez oglądania. Bez wzruszeń. Bez porównań. Bez użalania się, ale i bez litości. Ale przyzwoicie. Grzecznie. Z dystansem w szacunku. Pewną nawet życzliwością.

Jak wyjazd na studia. Początek nowego życia. Odwiedzany dom wydaje się znajomy ale mniejszy. Jego problemy oddalone. Sprzęty niepotrzebne. Bibeloty, które narastały latami – teraz porozrzucane układają się jak muszle na brzegu z falą.

Odzwyczajenie. Umniejszenie. Wyciszenie.

Prawda. Pustka

Skrawki uczuć

Potrzebuję jedynie skrawków uczuć. Przejawów. Wystarczy mi drobny gest, uśmiech, dobre słowo, pamięć, nawet pośpieszny telefon. Nie potrzebuję wiele.

Cieszę się małymi rzeczami. Potrafią mnie podnieść, rozproszyć, rozrzedzić moją mgłę podszytą smutkiem.

Dostaję skądinąd niż czekam. Anioły czuwają. Czas pustyni osusza łzy. Rytm dnia nadaje sens pustce. Modlitwa wprowadza na inny poziom spokoju. Użyteczność. Odosobnienie. Odmawianie.

Wiedza czasami jest zupełnie niepotrzebna. Dystans bardziej.

Ze skrawków można utkać koc na serce. Taki ciepły, do gładzenia

Święto w nas

Życzenia na dobry przyszły rok. Ten mijający, który wydawał się bardzo stabilny – był trudny, ale i zarazem bardzo klarujący. Pokazał, co w nas tkwi, pokazał kogo mamy blisko; pokazał, jak traktujemy rzeczy i siebie nawzajem. Zamieszał, ale i uładził nasze zmieszane myśli. Wielu ludzi odeszło od nas wirtualnie i realnie. To był rok amplitud. Pora zmian. Okazało się, że mamy do siebie wiele elektronicznych dróg, zwyczajnych też, ale nie zawsze chcemy je podejmować, gdyż wytłumaczenie się znajdzie. Warto stawać w prawdzie o sobie samych. Chodzić, poznawać nabliższych i najbliższe otoczenie, sięgać po stare ulubione czynności, porządkować swój świat i doceniać, pozwalać naturze oddychać.

Chłopcy w gościnnym domu Maryni

Dziękuję za tyle dobra każdego dnia, za obudzenie ogrodu bez toksyn, za delikatność słuchania, za tęsknotę za normalnością, za prawdę bycia obok, za chęci, filmy, witaminy, wsparcie w chorobie, sekundowanie. Za to, że byliście obok, aby po prostu przy mnie posiedzieć w ciszy. Za to, że przysyłaliście mi muzykę, na jakiej potrafiłam się oprzeć, znajdowaliście słowa i radość nawet w małych gestach. Za opiekę przy kupnie samochodu, wyborze lekarza. Za to, że cieszycie się z kontaktu, z rozmowy, z wiersza, zdjęcia i zwykłego spaceru.

Katastrofy tego roku skrystalizowały we mnie: mnie. I pozostaje szlifować, odczulać, ruszać, leczyć. A najważniejszy jest nasz wspólny czas i miłość.

Czekam

Piątek. Zapowiadał się jako ostatni dzień w pracy w tym roku. Pora go zamknąć. Musi przyjść nowe i inne. Przyzwyczaję się do tego, jak do nowych szkieł w nowych oprawkach. Stopniowo.

Wszystko podobne – a jednak odmienne. Gusta. Kolory. Kształty. I powroty do siebie sprzed lat. Do tekstów odległych, lektur odłożonych na później, pisania rozpoczętego, nauki śpiewu drugim głosem. Do trudnej sztuki oddychania przeponą. Do dna. Adwent. Pora rorat.

Pora ciastek przez maszynkę, lepienia uszek, pieczenia mięs, kręcenia maku. Pora łańcuchów na szydełku i stroików. Pora kalendarzy i dobierania książek do ich czytelników. Wypisywania dedykacji. Cieszenia się z rozmów, śpiewania, bliskości. Nawet tej oddzielonej ekranem i powietrzem w wypełnionym głosem Bliskich wnętrzu samochodu.

Pora spacerów z widokiem na własny oddech. Pora kominka. Zadawania pytań, słuchania, cichej prawdy.

Czekam

Adwent z Arkiem

Dziś mija miesiąc – a ja wciąż zbieram wspomnienia, żeby pożegnać Przyjaciela, Sąsiada, a z Nim część mojego bogoryjskiego dzieciństwa. 1 listopada odszedł od nas nagle Arek Wójtowicz, leśnik, mąż, ojciec, syn, brat, przyjaciel, sąsiad. Był częścią mojej Bogorii na Jędrusiów.

Nie czuć było upływu czasu przy powrotach i rozmowach. Był, po prostu był. Taki Konstans. Zwykle rozmowy z Bliskimi zahaczały i o Niego. Pamięć wspólnych lektur i szczególnego zaznaczania słów, Wąwozu Ognisk i ratunku dla mojej nogi, pogoni ze mną na rękach, rajdowej trasy syrenką na pogotowie. Później traktowanie gipsu, pożyczanie roweru, wyprawy na głębiny, do Złotych Piasków w wąwozie. Wspominki Placu Jerzyka, asfaltu, jazd rowerowych „do zakrętu”. Zabaw w podchody, chowanego, budowania tam na Korzennej, hodowli kijanek, skarbców, zabaw w dom, fortów w górze piasku, wynajdywania kolorowych miedzianych drucików u Pana Tadka. I rozpłaszczanie złotówek na torach. I leżenie z uszami przy nich w oczekiwaniu na echo ciuchci. I nasze domy o siebie wsparte.

I jeszcze kościół, poza tym harcerstwo, wyjazdy na obozy, zbieranie grzybów i jeżyn, śpiewy na placu, papierówki. Wymienianie się psami, kotami, pamiętny królik.

I wspólne dojazdy autobusami do szkoły w Staszowie. I rola w kabarecie, która przyniosła Arkowi przydomek Kamizel. Moje dzieciństwo i wczesna młodość ma także Twoją buzię.

Zamyka się razem z Tobą Arku ta kłódka na bramie, która pokazuje nasze miejsce w Bogorii. Bardzo współczuję Iwonce, Mai, Kubie i Filipowi, Pani Niuni, Elizie, Mateuszowi i Piotrusiowi, Bliskim i Sąsiadom.

Twój Tato, Pan Tadeusz i Dziadkowie, Bliscy i znajomi z naszej ulicy, Remek – powitali Cię w święto. Tylko nam pozostanie zrozumieć.

Adwent z Arkiem.

Tylko czas wyciąga się niemożliwie. Spoczywaj w Pokoju.

O tym, że czuwasz wiem.

Czujemy to wszyscy

#arekwójtowicz #arkadiuszwójtowicz

Święty i zapamiętany stempel pamięci

Cały wczorajszy dzień w obecności Świetego. Tyle pieśni, kazań, czytań, cytatów i głos, za którym tęsknię. I świadomość, że od 1990, gdy byłam w Rzymie przed maturą i dane mi było tam przeżyć Święta Wielkanocne, minęło – mija 30 lat. Życie całe dorosłe. Ten Rzym i Włochy odbijają się we mnie echem od tylu lat. Nikt mi tego nie zabierze. „Tyś dał, tyś wziął – Twoja jest wola i Twoja jest moc”.

Przedziwne i mocne wspomnienie – podczas modlitwy pod Colosseum, gdzie wysportowany i dzielny Papież niósł krzyż i odprawiał Drogę Krzyżową chłonęłam atmosferę i obserwowałam nadlatujące nad Rzym samoloty. Kosmiczne strzeliste życzenie – aby tak kiedyś mieszkać – wypełnia mi się od 20 lat. Mieszkam pod ogromnym lotniskiem i samoloty, które fascynują mnie nadal swoją żelazną gracją są częścią mojego pejzażu horyzontalnego. Pamiętam tamte święta pełne czuwania, śpiewu, czekania, zimno było, my wiecznie zmarznięci i senni, ale szczęśliwi. Czerstwy chleb, konserwy, słoiki, spacery. Czuwający nad nami Śp. Ksiądz Wiesław Gibała. Dowcipny, bezpardonowy, opiekun duchowy. Autokar, dwóch rzadko uśmiechających się kierowców, pakowanie, przemieszczanie – zgrzyt pomiędzy Włochów zachodniością i naszą ubogą raczej wschodniością. I bronienie się językami: francuskim, łaciną i maminym angielskim. I duma. Jesteśmy biedniejsi, ale z Jego narodu. On nasz jest. U Was teraz. Takie uskrzydlenie polskością właśnie. I ta radość podróży. Te place, kościoły, mosty, obrzędy, muzea, galerie. I powroty do salek katechetycznych, gdzie swój dmuchany materac, plecak na stelażu i różowy śpiwór w kremowe kwiaty. Wspólne posiłki przy długich, połączonych stołach w korytarzach. Potęga tych stołów. Naszej radości. A na zdjęciach jesteśmy tacy młodzi, tacy zasłuchani, radośni, szczupli jak modele tamtego czasu w naszych tureckich swetrach, bluzkach, z wypieszczonymi zachodnimi elementami garderoby. Trzymamy się za ramiona z gospodarzami: Nicolettą, Maurizio, Massimo, Asią naszą z włoskim zaśpiewem. Carabinieri, którzy grali na gitarach i śpiewali Margaritę. Uczyli się naszych Litanii śpiewanych, dośpiewywali po swojemu refreny z Taize. Telespazio jak z filmów.

Tych amerykańskich i my pomiędzy tymi antenami – kosmicznie przejęci. I spotkania z rodzinami włoskich znajomych. Przywilej kąpieli. Zapachy ich delikatnych środków myjących, oszałamiających cytrynową trawą i pomarańczami.

Sekrety kuchni. Pasta. Płaskie pizze. Oliwki. Zachwyt cienką jak papier mortadellą z pieprzem. Apetyt na życie. Podziękowania muzyką. Wyśpiewywanie serc. Prywatna audiencja w Castel Gandolfo. Prasowanie najpiękniejszych ubrań bezżelazkowe i sposobem. I dar z żółtym kamieniem siarki, z której ziemi pochodziliśmy. I zdjęcia zamawiane. Losowanie miejsc na nich. Stałam blisko, druga od Niego. Jako wysoka z tyłu. Ten moment wyłączności, gdy zdawaliśmy się tylko my istnieć dla Niego. I ks. Marek, cały w czerni i On cały w bieli w serdecznym uścisku. Zaczepiali o siebie. Papież czarnymi butami, a ks. Marek białą koloratką. Przechodzili w siebie. Dopiero później przypomnieli mi poznany symbol równowagi. Zapamiętany stempel pamięci. To zdjęcie jest ze mną od tylu lat. Przesłania Dni Młodzieży i pielgrzymki oficjalne i transmisje telewizyjne.

A potem rzeka słów wszechogarniających. A ulubione pochodzą z Pieśni o Bogu ukrytym. Dzięki Ewie – Bogdan Łańko, którego cenię od lat i podziwiam przeczytał je na trzy sposoby. Świeca się paliła w oknie. Świat uczestniczył w tym czytaniu dygitalnie, kwarantannowo.

Dziękuję z serca! Łatwiej mi będzie trwać. Bóg zapłać nasz Kochany Święty!

8.

Co to znaczy, że tyle dostrzegam, gdy nic nie widzę,

kiedy już poza horyzont ostatni osunął się ptak

kiedy fala w szkle go ukryła – opadłem jeszcze niżej,

zanurzając się razem z ptakiem w nurcie chłodnego szkła.

Im bardziej wzrok natężam, tym widzę mniej,

i woda schylona nad słońcem tym bliższe przynosi odbicie,

im dalszy od słońca oddziela ją cień,

im dalszy cień od słońca oddziela moje życie.

Więc w mroku jest tyle światła,

ile życia w otwartej róży,

ile Boga zstępującego

na brzegi duszy.

9.

Z wolna słowom odbieram blask,

spędzam myśli jak gromadę cieni,

z wolna wszystko napełniam nicością,

która czeka na dzień stworzenia.

To dlatego, by otworzyć przestrzeń

dla wyciągniętych Twych rąk,

to dlatego by przybliżyć wieczność,

w którą byś tchnął.

Nie nasycony jednym dniem stworzenia,

coraz większej pożądam nicości,

aby serce nakłonić do tchnienia

Twojej Miłości.

Zaszczyciliście mnie Swoimi opowieściami o spotkaniach ze Świętym Janem Pawłem II i jeszcze mi poopowiadacie lub napiszecie – tak dobrze jest słuchać. Tyle nas w opowieściach. Czekam

Przy jaźni jaźń

Odbywam podróż w teksty niepublikowane. Historie, które czekają na czytelników. Refleksyjny czas odosobnienia krystalizuje pragnienia.

Milczenie wybrzmiało. Czasami zdarzało mi się mówić obrazami na Instagramie. To miejsce jest bardziej moje. Poczytałam dialog SMSów z przyjaciółmi. Nasze przezbywania naznaczone charakterem każdego z nas. Nawet w pisaniu lakonicznym jesteśmy sobą. W kropkach, wykrzyknikach, mordkach. Nie pisujemy często w grupie. Panie się wycofały, kiedyś pisały więcej. Ale gdy już piszemy tworzymy swoją własną powieść. Prywatną literaturę.

Inaczej z Wami pisze się indywidualnie. Dialogowe powieści w przepastnej pamięci iPhonicznej. Z ilustracjami. Muzyką. Nagraniami. Na kilku kanałach. Wolicie tak pisać niż komentować tu, czy na Kotowie. Zadziwiające ilu ścieżek do siebie nam potrzeba. Co noc zasypiam patrząc na regał serdeczny. Korespondencji życiowej. Tej papierowej. Kiedyś dałam jej okładki, oprawy. Wracam do niej, cieszy mądrością archiwum i papierową formą. Pomyślałam sobie, że zachowam od zapomnienia te obrazki przelotne nie zapisane tutaj. Być może sięgniecie po nie Wy. Być może Synowie moi. Gdybym zgubiła telefon i siebie. I nie znalazła kodu do chmury – odejdą. A cieszą i mnie. Szkoda tych koralików wspomnień. Nas szkoda. Tak dobrze, że istnieje przyjaźń. Z całą swą jaźnią co przy.

Las. We Friendship. Tyle znaczeń. Nie było nas – był. Nie będzie nas – pozostanie. Pachnie sosnami, mchem, mydlnicą, macierzanką, dziurawcem. Wspomnieniami. Przyjechaliśmy tu po raz pierwszy blisko dekadę temu dzięki Marcie. I tak Pani Irenka stała się naszą daleką krewną, symbolem Babć i Cioć pozostawionych w stronach rodzinnych. Dom rozbrzmiewał tupotem małych stóp naszych dzieci, zwierzęta były zawsze miłe widziane, różowa kuchnia i jej mały stół zdawały się powiększać w miarę potrzeb. Las rozbrzmiewał naszym śpiewem, rozmowami do świtu. Sosny dotykały niewidocznych w Chicago gwiazd. Wspólne gotowanie, grzybobranie, marynowanie, łowienie ryb – zbliżało nas do siebie jak mało co. Dla każdego z nas Friendship oprócz znaczenia słownikowego ma tę właśnie podszewkę. Z placu zabaw, plaży, pętlowego drzewa na brzegu, kwitnącej na zielono wody, trampoliny, teleskopu, stodoły z kotkami, śpiewu.

I najważniejszy z tych wspomnień jest nasz wspólny czas. Uwaga. Przyjaźń właśnie

Na podorędziu

Oj. Nadciąga. Jak w literaturze. Psychoza. Podszyta strachem. Zrobiłam polskie zapasy. Blokuję umysł przed tumultem myśli. Pomaga modlitwa. Muzyka. Nervina od Bonifratrów nadesłana przez Rodziców. I ten powrót. Do pisania. Słowa dają mi poczucie ogarniania i bezpieczeństwa.

Zgromadziłam przepisy. Połączyłam ogrodowe zioła. Nareszcie zsypane z rozmaitych słoików pomagają pełnią. W herbacie. To jak przytulenie własnego ogrodu. Godzin starań przy plewieniu, suszeniu, rozdrabnianiu, przechowywaniu i teraz ta potrzeba przednówkowa zużycia i podzielenia się. I wiara w to, że pomaga. Łagodnością swojego istnienia. Mój dziki bez sprzed domu; oregano po którym tańczyły pszczoły, mięty serdeczne, melisy rozcierane, tymianek kojący. I wiązówka od Donaty. Przysłana z Polski w reakcji na moje infekcje gardła. Płatki bogoryjskiej róży dla koloru i delikatnego posmaku dzieciństwa. Smakuje. Motywacji udzieliła mi Marynia. Podesłała poniższy link. Okazało się, że większość zbierałam, hodowałam, mam. Powrót do źródeł. Polecam.

Zioła przeciwwirusowe – 12 najsilniej działających naturalnych substancji

Domowa herbata. Koi

Dom okazuje się mruczeć. Ogród czeka na cięcia. Muzyka wydobyta z oddalenia przynosi wspomnienia. To czas rekolekcji myślowych. Czas koronny. Nie chcę nadużywać tego słowa choć tyle kojarzy się ewidentnych spraw.

Widać jak na dłoni co i kto stanowi dla nas priorytet. Amplitudą telefonów, SMSów, połączeń. Po kogo sięgamy. Po co. Kto bliski jest bardziej niż strach i samotność bycia. Kto jest potrzebny. Kto niezbędny. Bądźmy dla siebie. Nawet wirtualnie. Na podorędziu

Drewienko

Mam to drewienko z plaży.

Z farbą z jakiejś łodzi.

I oranż od kajaka, która myśli wodzi ku ufności i trosce.

Błękitu łamaniu. Odległemu w spokoju bujanemu spaniu.

Oddali nie oddalisz.

Nie uśniesz w błękicie.

Zatęsknisz za przestrzenią raz na całe życie.