Droga przez góry

Doliny nastrajają. Do drogi szykuję się długo. Do decyzji jeszcze dłużej. Czasami ten ostateczny popych i finalizację mobilizuje tylko zmęczenie materiału. Z natury bowiem jestem kontynuatorem.

Bardzo boli mnie porażka. Naturalne umieranie. Zajmuję się podtrzymywaniem życia rzeczom, obiektom. Nie lubię pisać wprost. Oskarżać. Ale w ciszy drogi o blisko 48-godzinnej długości wybrzmiały we mnie idee i słowa, wybrzmiała cisza. Kilka razy przełykałam łzy. Kilka razy zawiodły się moje oczekiwania. Ale więcej razy zachwyciłam się niezamierzoną ludzką życzliwością. Zamierzoną także. Więcej razy śmiałam się do łez. Prawie z byle czego. Więcej razy bywałam szczęśliwa. Ot tak. Beztrosko.

Lubię swój samochód. Henrysia. Jest zwinny i zwrotny. Niezawodny. Ma zryw, ładnie brzmi. Idealnie pomaga codzienności. Te rozmowy z Bliskimi jak z kokpitu, ta muzyka wypełniająca moje drogi. Ta zgrabna kierownica. Jak z Pana Samochodzika. No i turbo.

Sprawdził się i w górach. A przejazdu przez nie właśnie długo nie zapomnę. Pusta droga. Klarowne powietrze. Żadnych chmur. Mało samochodów i ten pęd i wybór i przestrzenie. Nic tak mnie teraz nie odpręża.

Podczas jazdy dużo śpiewaliśmy z Synem na głosy. Tunio dobierał klasykę, a ja rozumiałam nareszcie o co chodzi w tych piosenkach z jego wydatną pomocą. Pomagał też kierować. Jest coraz lepszy. Rozmawiać nie lubi. Po prostu jest obok i to wspólne bycie nie ma sobie równego w żadnej innej mojej relacji. Tomek asysytuje, kontakt z nim jest inny i też szczególny, rwie się do jazdy, ale jeszcze nie ma pozwolenia. Podczas drogi panowała taka bliskość, o którą trudno w normalnym codziennym dniu, w domu. Fajnych mam synów, dorośleją, opiekują się mną, są podporą w trudnych chwilach i potrafią ze mną żartować, a wręcz przekształcać w kabaret nasze zwyczajne rozmowy. Urodziłam sobie przyszłość. Moja krew. Ten fakt nie przestaje mnie zadziwiać. Pozostają moim największym osiągnięciem. Zawdzięczam ich naszemu małżeństwu. I nie zapominam o tym, skupiając się na jasnej stronie wszystkich moich przeżyć.

Podpięłam się do przyjaciół. Jechali na mistrzostwa narciarskie. Filip pomógł mi kierować i przebrnąć przez psią wachtę. Zaufałam mu i usnęłam przy świtaniu jadąc przez łąki Nebraski. Poczułam ulgę, jakbym spała długo. Odkąd zaczęliśmy ze sobą rozmawiać o maturalnej literaturze potrafimy to robić. Rozmowa z nim cieszy. Dołączył do nas Tunio. Tematy relacji, fascynacji, wyborów, zmian, opowiadanie sobie filmów. Dbanie o siebie. Jakby spadł mi z nieba. Poruszyliśmy tematy, które były nabrzmiałe. Był dla mnie bohaterem tego wyjazdu. Wspaniale Go wychowali Rodzice. Z jego bratem, Ignacym tym razem jechałam tylko jeden odcinek. Dzielnie asystował swojemu Tacie w nadzorze nad niedomagającym autobuskiem. Inaczej mówi od brata, inaczej słucha. Te same tematy odkrywają nowe sprawy. Jest bardziej techniczny. Myśli technicznie. Lubię go. Mamy tyle powodów do śmiechu i wspomnień. Zaledwie pięć lat temu woziłam ich wszystkich w różne miejsca. Teraz porośli na silnych młodych ludzi i wożą mnie. Przekazywanie pałeczki. Miałam ich kolejne przykłady. Studium relacji.

Od czterech lat chciałam odwiedzić Dorotkę z Rodziną. Od kiedy się wyprowadziła. Ucieczka do niej właśnie, z mojego bolesnego świata i wykorzystanie wolnego chłopców była mi potrzebna. To tradycja od lat – wyjazdy w przerwie wiosennej. I drogi potrzeba. I życzliwości potrzeba. I zaleczenia lęku przed czymś zupełnie nieznanym i bardzo kosztownym.

Nasze dzieci się przyjaźnią. My się przyjaźnimy. Trzeba się odwiedzać. Jakbym jechała do Polski. Do Bliskich.

Powitali nas po królewsku. Oddali sypialnie, Sara oddała mi swoją z widokiem na Pikes Peak. Chiałabym mieć taką – uporządkowaną i spokojną, wygodną. U mnie bucha wszystkim jak u Nutrii Borejko. Jakie zadziwiające jest przeniesienie domu gdzieś indziej. Dom jest tam, gdzie my – gdzie nasze zdjęcia, pamiątki, meble. Ściany się zmieniają, a dom jest w nas. Jakbym wróciła do naszych wspomnień sprzed lat. Oswoili mi Kotorado. Bardzo jestem wdzięczna.

Spacery, oglądanie przestrzeni, obwoziny po tych kolorach i łanach z górami na horyzoncie. Z Dorotką i mężami onegdaj pojechaliśmy na 9-dniowy objazd Colorado na motorach, czyli zarys był znajomy. Teraz było jednak inaczej. Jak pejzaż horyzontalny po burzy. Burzy w sercu.

Julia wzięła wolne z pracy i obwiozła nas po swoich ulubionych miejscach. Pałacu Biskupa w górach z tajemniczymi rozwiązaniami technicznymi, gdzie mój lęk z zachwianym poczuciem równowagi dawał się we znaki. To miejsce zapadło chłopcom w serce, jako pamiątka tego wyjazdu. Dzieliła się spostrzeżeniami, muzyką, była idelanym kompanem, a ja z zachwytem obserwowałam tę młodą kobietę, która tak niedawno była nastolatką. Mądra jest, trzeźwo myśli, daleko zajdzie. Dziękuję.

Dorotka natomiast przeszła samą siebie. Przejęła się nami do szpiku. Nakarmiła, przytuliła, otuliła troską. Zawiozła nas w najpiękniejszy dzień naszego pobytu do Ogrodu Bogów, miejsca, gdzie wszystkie moje ulubione kolory się stykają, dojechaliśmy tam w tzw. złotej godzinie, chłopcy wspinali się na skałki, a ja napatrzeć się nie mogłam w zachwycie. I ta droga i ten pył na butach i te siostry z Chicago – takie habitowe i nie, czyli my dwie.

Nasze dzieci coraz radośniej ze sobą były, tańczyły, zwiedzały, chodziły na zakupy, a nam nawet nie były potrzebne Oskary, żeby czuć się szczególnie. Pominęłyśmy je jakoś bokiem. To świadczy do relaksie. O zapomnieniu, nie ważne kto kogo uderzył, kto co wdział na siebie. Bliskość miła.

Jak dobrze posiedzieć, zrobić coś na szydełku, pomalować, przejść się na zakupy, poradzić. Takie prawdziwe wakacje od siebie bez swoich spraw. Niedosyt. Ciągły niedosyt. Za krótko, ale to dobrze, bo trzeba powtórzyć. Dziękuję wszystkim Państwu – Dorotce, Darkowi, Julce, Sarze, Kasi i Rudemu za zezwolenie na najazd Kotów. Dziękuję za oazę.

I spełniliśmy marzenie – zabraliśmy nasze Koloradki na narty. Ogórkowie z całym swoim ferworem i zaangażowaniem uczestniczyli w mistrzostwach w narciarstwie alpejskim, w Aspen Snowmass. Odwiedziliśmy i to miejsce.

A droga przez góry była kwintesencją moich ostatnich przejść i przeżyć, po raz pierwszy prowadziłam sama, wyrwałam przed Dorotkę, gdyż potrzebowałam przestrzeni przed sobą i kierowniczego stanowiska. Coś mnie rwało do przodu. Hamulce zmienione, hamowanie biegami, paletki w kierownicy, chłopcy w odwodzie. I te przestrzenie, zmieniające się za każdym zakrętem, pulsujące kolorami, to niebo. Ta własna droga, stroma, kręta, ale piękna. Ten zachwyt. Ta wspólnota. Metafizyczna podróż.

Na miejscu odnaleźliśmy świętujących narciarskie tryumfy przyjaciół i znajomych, żyjących już swoim rytmem wyjazdowym, wynajęliśmy sprzęt na następny dzień, zostaliśmy nakarmieni przez Kasię i pożegnani, dojechaliśmy do wód – do Glenwood Springs – do legendarnego Hotelu Colorado. Tam wrażenia ściśle historyczne, jakby z filmu Shining. Dwa pokoje – mamy w jednym, dzieci w drugim, przeniesienie w czasie i przestrzeni. Trzeba było przywyknąć do remontowanej historii miejsca.

Dzień następny to sprawdzenie się w roli nauczyciela jazdy. Nauczyłam dziewczyny wszystkiego, czego nauczyli mnie onegdaj Ogórkowie, Bogdan przyjechał z odsieczą i pomógł nam zjechać z góry. Bardzo bolała mnie nabrzmiała noga, natomiast kurtka modna a nie narciarska pozwoliła mi wypocić strach. Czułam się jak parnik do ziemniaków na szczudłach i tak wyglądałam. Ale pokonałam ten stok i w pięknym stylu padłam w mokry śnieg na dole gubiąc telefon. Święty Antoni i Dorotka pomogli mi go odnaleźć. Ile szamotania wrażeń. I pochód odwagi w tych ciężkich butach, aby je oddać i jazda do hotelu, i przygotowania na bankiet narciarki, i… pąs na twarzy na skutek nie posmarowania się. I nagroda od zaprzyjaźnionych TOPRowców. I bycie częścią świata ludzi, którzy tak śmigają, jak się jeszcze nie odważę, i ten radosny śmiech pełen ulgi, i przyjaciele, i Stasek i nalewka. Co za dzień!

Sobota to pożegnania w oczekiwaniu na konwój, spokojna kawa, śniadanie, spacer, sklepiki. Niedosyt. Nie daliśmy rady skorzystać z ciepłych źródeł, nie było na to czasu, musimy wrócić. Latem? Oby się udało.

Pożegnaliśmy Dorotkę i Sarę fizycznie, pozostając w kontakcie telefonicznym i przejechaliśmy za autobusem Tatry, który powoli odmawiał posłuszeństwa. Lojalnie pozwolił przejechać przez najtrudniejsze tereny przy dolewaniu płynów, aby się poddać na spokojnych płaszczyznach Ohio. Ale też nie do końca. To była lekcja współpracy, wspomagania się w trudnościach, cierpliwości i spokoju. Podzielił nas kapitan na łodzie. Henryś ze Stopkami. Darek przy sterach. Lucynka i Amelia. Rozmowy. Trzymaliśmy kurs. Przeładunek sprawny, droga podzielona na samochody. Każdy inna trasa. A bohaterscy organizatorzy zwiedzili stan drogami podmiejskimi Lincolna jadąc powoli i smakując niedzielę. Cierpliwie ratując autobus. Czekałam na podorędziu u nich w domu, poszłam do ich kościoła, poznałam spokój ich świata. Podołali sami. Kolejny podziw.

A podsumowanie wyjazdu wygłoszone przez Tomka w samochodzie gdy od nich wracaliśmy o jakości przyjaźni i wsparcia i jej prawdziwości – pozostanie we mnie na długo. Jako świadectwo dojrzałości młodszego syna, pointa.

Dziękuję Bogu za Kotorado! I Was!

Kwintesencja Kotorado

Uczyła sercem

Pani Helenka Sromkowa. Jej poświęcony dzień – pełen wspomnień i wdzięczności. Jakże natchnęła własne dzieci, uczniów, przyjaciół. Czytała, myślała, uczyła kochając. Uczyła sercem. Bóg przyniósł Jej wiosnę w darze. Tak, w słońcu Ją pożegnaliśmy. Była wspaniałą wychowawczynią m.in. górali w amerykańskiej Curie High School, którzy sprawiali jej kłopoty, ale zawsze potrafiła do nich dotrzeć. W kościele świadectwo Bogdana rozczuliło nas wszystkich. Jak prawda porusza. Jak zwykły gest akceptacji łobuziaka i próba zrozumienia go zmienia jego tory myślenia na całe życie. Podziękował sercem w imieniu wszystkich setek Jej uczniów. Dobro, jakie dajemy ludziom rozchodzi się echem po naszym życiu. Wraca do nas falą. Przytula pamięcią.

Mała kobietka z laseczką. Przy biurku. A garnęli się do Niej dziesiątkami. Była ich panią Sromek. A dla bliskich Leną. Kochającą książki, szczególnie Sienkiewicza. Czytała nałogowo, otaczała się książkami. Lubiła Beatlesów, Sinatrę, Szczepanika, Komedę, Presleya. Filmy Hitchcocka. Nóż w wodzie. Nauczyła się języka wychowując kolejne dzieci na dialogach z Days of Our Lives.

Zabierała swoje dzieci co lato na wycieczki po Stanach, vanem, później kamperem. Odwiedzali parki narodowe i polskie miejsca m. in. Pannę Marię, Fort Pułaskiego.

Gdy kierowała szkołą polską często bywała na Trójcowie. Chodziła na parady i organizowała życie. Była naszą członkinią wieczystą i zależało Jej szczególnie na skatalogowaniu archiwum.

Jej odbicie znajdziemy w Teresie i innych dzieciach: Anulce, Irence, Agnieszce i Piotrze.

Cięte riposty, bystry umysł, cenne obserwacje. I prawda obiektywna. I ciepło. Każdemu z nas kogoś przypominała. Kogoś z naszych.

Jak dobrze, że pojednała się z Panem. Jak dobrze, że spoczęła na Marianowie z garstką polskiej ziemi na wieku. Jak pięknie pożegnali Ją Bliscy i Trójcowo! Spoczywaj w pokoju Pani Helenko! Jest Pani z nami

Kwadrofonia

Rozbrojona śpiewem jestem. Wszystkie lęki świata skomasowane w wojnę, która trwa i nadciąga trzeba rozbrajać. Śpiewem, wspólnotą, modlitwą, życzliwością, zrozumieniem.

Ponadczasowa pastorałka. Kto śpiewa dwa razy się modli

Gesty właśnie rzucają na kolana. Gesty dobra w stosunku do nas. Wykonujemy coś, co budzi w nas odwagę w obliczu ostateczności. Lęk podrasowuje wyczulenie, współczucie, chęć poświęcenia. Poczucie wdzięczności i służby. Dajemy się użyć. Na małą chwilę. Spełniamy czyjąś wolę albo pragnienie. I tłumaczymy to sobie jako czyn społeczny, służbę właśnie. Dopasowujemy do osobowości

{Weź się udziel}.

A w spotkaniach z okazji dorosłości mojego syna było tyle muzyki. Tyle śpiewu właśnie.

Zawsze chciałam, abyśmy śpiewali. I moje pragnienia przerosła rzeczywistość. Rozpłynęłam się słuchając. Dziękuję Boże!

Jakbym chciała postawić tych młodych ludzi, aby mogli zaśpiewać pełną piersią, nad rzeką. I nagrać im teledysk. Każda z koleżanek Arta wygląda jak Shenandoah. A jak ją śpiewają wbrew maskom poniekąd. Unoszą. Zanim się rozejdą daleko od siebie. Zanim zapomną

Stłumieni ale silni

Przyjdźcie koniecznie na musical. Próby są obiecujące

Podpatrzone ze schodów

Dziękuję Wam za to śpiewanie. Słuchałam nawet oczyma

Uśmiechnij się wbrew jutru

Tkliwie o tkaninach

Katalogowanie kojeniem. Od pokoleń. Porządek w obrusach, serwetkach, firankach, podszewkach i poszewkach przetykanych mydłami i suszoną miętą.

Poczucie ładu promieniuje na dom i na mnie nawet zza zamkniętych drzwi w centrum domowego świata. Firanki od cioć i babć, podszewki od bliskich, obrusy od przyjaciół. Bieżniki od życia w biegu odciągające. Serwety do serwowania. Każde znaczne, z historią. A ich kolory w przemieszaniu odpowiadają nastrojom, tendencjom. Cieszą.

Zapoznanie się z ich warstwami przypomina tkaninowe życie domu. Sedymentację równą tej piaskowej na Złotych Piaskach. Zwijanie pozwala układać je jak klocki.

Mam słabość do tkanin od lat. Tkam czas

Grom

Dziś dwa lata mija od kiedy Darek przeniósł mnie na WordPressa. Miał rację. Źle stałoby się gdybym straciła to moje białe pisanie. Siebie muszę odnaleźć. Sprzed smutku permanentnego.

I dzisiaj dzień w bieli. Dzień śnieżny, gdy wszyscy: i rodzice i dzieci mają marzenia o odpoczynku pod padającym śniegiem. O cieple, które leniwie zesłane pięknie się toczy. I mają nadzieję, że poodwoływane szkoły nie zawiedzie pogoda i nagle nie pojaśnieje. Spędziłam podwójnie zasypiany poranek z Marynią, solenizantką i moją chrześnicą przygotowując się do olimpiady i zachwycając Różewiczem. Jego mądrym i wrażliwym słowem. Jakie to było pyszne.

Poruszył mnie onegdaj ten tekst. „Święto Ofiarowania Pańskiego – Matki Bożej Gromnicznej. Płonąca świeca oznacza zapalenie światła wiary w naszej duszy.
Zapalajmy ją częściej. Zapalajmy w domach, kiedy robi się w nich burzowo, kłótliwie, kiedy lodowaty grad niszczy uprawy wzajemnej miłości, kiedy wybuchają pożary zawiści, kiedy zagraża powódź pazerności. Niech gromnica nie będzie tylko jednym z przechowywanych w naszym domu bibelotów. Zapalajmy ją także wtedy, gdy ktoś z domowników ciężko choruje, gdy został okradziony, napadnięty, oszukany, poniżony, odrzucony, opuszczony. Przywróćmy zwyczaj wkładania jej do ręki konającym, opuszczającym ten świat naszym bliskim. niedziela.pl”.

Dopisałam i ciągle dopisuję dalsze słowa.
Brońmy tego płomienia otaczając go dłońmi symbolizującymi codzienne wsparcie, najpiękniejsze nieuchwytne nieraz gesty czułości – odgarnięcie włosów, przytulenie, wysłuchanie, czujność. Niech to światło w nas trwa nieprzerwanie. Dziękuję za trwanie z gromnicami. Dziękuję za troskę, opiekę, odśnieżanie, naprawianie, Waszą wszelką pomoc. Moim Kochanym Mariom, przede wszystkim mojej Córeczce chrzestnej składam serdeczne życzenia otuchy w sercach, która oświetla jak gromnica nasze życie. Zachwyciła mnie ta Maryja, wydrukowana – istnieje w mojej codzienności. Poszukuję Jej autora, gdyż bardzo ciekawa jestem innych prac. Wszystkiego dobrego w dzisiejszej spokojnej bieli, bezpieczeństwa Kochani🖌💙

I dzwoniłam do ludzi o których się troszczę. Aby znaleźć w mojej samotności miejsca na Ich samotność. W głosach dzwoneczki radości. To był dzień historii życia powiedzianych w zaufaniu.

Gotowałam na żądanie. Pikantnie i smacznie. Synowie odśnieżyli dom. Rozebrałam choinkę. Jak zwykle nas ogrzała.

I pojechaliśmy po odśnieżonym, czarnym asfalcie na Trójcowo z nową gromnicą. Zaśpiewaliśmy ostatnie kolędy. Ta najostatniejsza to „Bóg się rodzi”. I siostra Iwonka rozdawała gwiazdy betlejemskie do domów. Dostała nam się piękna sprzed ołtarza. I choć wywróciła się Tomkowi z dachu Henrysia i odrobinę połamała – wygląda nieziemsko w domu. Omodlona taka, bogata, czerwona.

Czuję otuchę i czuwanie. Wierzę

PS Dobry duch z Nowego Jorku odnalazł autora obrazu: Zygmunt Narkiewicz – Matka Boska Gromniczna 1926, Panie Grzegorzu, dziękuję! Odwiedzę kiedyś Cieślin https://www.parafia-cieslin.pl/aktualnosci-i-komunikaty/swieto-ofiarowania-panskiego-matki-bozej-gromnicznej/attachment/zygmunt-narkiewicz-matka-boska-gromniczna-1926/

Oczekiwanie

Sens życia wypełniony jest nim

Zawsze na coś lub Kogoś czekamy, a chwile, gdy osiadamy w czekaniu i dobrze jest nam jak jest należą do najspokojniejszych.

Otoczona jestem dobrymi ludźmi. Dbają o mnie bardziej niż ja o Nich w ostatnim czasie. Przechodzę kolejne stadium żałoby. Oswojenie. Jestem wdzięczna za gesty i starania, telefony, wizyty. Wyzwalam smutek pytaniami, zainteresowaniem, zadaniowością. Staram się walczyć z lenistwem.

Codzienny rytm rozpoczęty od rorat z Trójcowa, rozbudza dom i myśli. Lekarstwa powoli wchłaniane stawiają na nogi. Inhalacje buczą. Te małe czynności pomagają rozumieć dwutorowość mojego życia. Radość rutyny.

Bliscy kochają z bliska. Tak powiedział ostatnio rekolekcjonista. Grono Bliskich filtruje się przez różne media. Chęć bycia blisko pokazuje jak jest naprawdę. Do kogo sięgam. Kto sięga do mnie. Po mnie kto.

Zmiany w domu spokojnieją. Wróciłam do początkowego w nim miejsca. Te same sprzęty zestarzały się ze mną. Ostatnia niemoc choroby i milczenie pozwoliły mi to dojrzeć. Docenić. Kolory mnie nadal cieszą i pozwalają spędzić część czasu na ich rozpamiętywaniu. Stare filmy. Zdjęcia. Dokumenty. Ruszyłam w archeologię basementu. Wyrzucam. Archiwizuję. Robię sobie miejsce.

Gotuję i piekę. Jem mniej. Jakby dobrze było obudzić się lżejszą o smutki, lęki, kilogramy. Mozół jednak tylko pozwoli docenić tę walkę o lepsze.

Moja długoletnia przyjaźń z techniką ograniczyła strefę radiowo-muzyczno-filmową do sprzętów, które mogę zamykać w dłoni. Telefon, turkuś, teraz dostałam wyciszające słuchawki z podusiami. Można klarownie radować się dźwiękiem nawet podczas buczących inhalacji. Najlepsze prezenty wpasowują się w nasze życie ulepszając je uczuciem, intencją w nich zawartą. Nawet mimochodem. Dziękuję. Chciałabym mieć tyle środków, aby Bliskich obdarzać prezentami, które mądrze ulepszają Ich codzienność. Uda mi się

Święta bez śniegu, inne niż zawsze, rozdzielone. A jednak staram się codziennie zasypiać licząc błogosławieństwa – jesteś wśród błogosławieństw.

Uderzyła mnie samotna śmierć Pana Włodka Zuterka, który zawsze był chętny śpiewać dla nas, z nami, grać na trąbce. Rozmawiał ze mną radośnie i przedziwnie. Dane nam było wspólne śpiewanie. Teraz zbieramy fundusze na pożegnanie. A jego spojrzenie towarzyszy mi teraz.

Wiele osób odeszło. Coraz częściej zwracają się do mnie ludzie z prośbą o słowa pożegnań. Jak wielu ludzi dane mi było gościć. Trwamy w zadumaniu nad odejściem Jana Śliwińskiego, Pawła Buckiego, Maryni Piergies.

Piotr dziś pochował Mamę. Staram się być obok, ale każde z nas ma swoją drogę i swoją ścieżkę wspomnień. Współczuję

Zapinamy ten rok. Granty dzięki dobrym ludziom w naszym Zespole spływają. Wszystko jak przygotowania do świąt. Wszędzie listy. Wdzięczna jestem Wszystkim

Pętle czasowe

Ostatnio coraz częściej je widzę. A ponieważ zacieśniają się pętle mojego otoczenia – tworzą się pętle czasowe. Mam świadomość, że bliscy modlą się za mnie, pamiętają o mnie, o nas wszystkich.

Te wszystkie modlitwy nie mogą pozostać niewysłuchane. Dlatego po wyciszeniu się – udaje się je zauważać. Pętle właśnie.

Jak przyjaźń pozostaje symboliczna nawet po śmierci. Jak wzrusza. Trafiły do nas mapy, od słynnego Oskara Haleckiego, który zapisał je w testamencie prof. Tadeuszowi Gromadzie, a on niedawno przekazał je muzeum, gdyż muzeum opiekował się Mieczysław Haiman. Mieczysław zaopatrywał Oskara w duplikaty z naszej biblioteki, a jego mapy trafiły do nas, aby zasilić dzieło wybudowane przez Mieczysława właśnie. I przywieźli je do nas ludzie niezwykli – którzy nie mają ani jednego polskiego korzenia, ale kochają Polskę. I ofiarowali nam czas, dostrzeżenie atencji, zachwyt. Ulepszyli nasze życie i jeszcze wsparli. Najprzyjemniejszym momentem tego dnia była długa wideokonferencja z panem Tadeuszem, który bardzo przypomina mojego Dziadka Tomasza Józefa. Rozmawiał z nami do ciepłoty telefonu, obszedł ze mną wirtualnie muzeum, byliśmy nawet w Pokoju Paderewskiego. Jego radość nadal cieszy, a ponieważ wierzę w świętych obcowanie – nawet nie zdziwiło mnie to, że we czwartek miałam szansę tylko przez chwilę posłuchać płyty, a właściwie adaptera. Tę płytę wybrał Artur, nasz wolontariusz. I płyta zaśpiewała o Panu Tadziu, na którego czeka jego Gromada. Ucieszyło mnie to tak bardzo, że wysłałam mu z dedykacją. Także się ucieszył. Tak dziękuje Mu przez nas Mieczysław.

Następnie przyszła historia o ławce, która stała kiedyś na trzecim piętrze naszej polskiej szkoły i na której zapisywałam w zeszycie wrażenia po wieczorze nikiforowskim. Wróciła w domu rodziców mojego ucznia. W innym miejscu naszego świata, a jednak znajoma. Nie omieszkałam uwiecznić tej chwili. Nawet zeszyt od Aguni miałam ten sam. Zapisany jedynie do połowy. Tak oszczędzam go od pięciu lat. Tak cyzeluję w nim słowa. Nie chcę wszystkiego wypisać. Zostawiam w domyśle.

I bal w chicagowskim Yacht Clubie. W 1980 rozpoczynali tam z Panią Sabiną nasz bal letni. Tym razem inni młodzi ludzie, inaczej ubrani kończyli w pełnię sezon i pewną epokę. Inną rozpoczynali. Śpiewali Młynniarze szanty. Historycznie. I w kręgu. Niektórzy tańczyli.

Co zaczyna się tańcem można i tak zakończyć. Kwestia stawiania czoła. Tym czasowym pętlom. Ja stawiam

Horyzont bez opuchlizny

Jak rozpatrzyć rozpacz? Krok po dniu, oddech po westchnieniu. Spokojnie, wyciszyć się aż do zaciszenia, poczekać na inny kolor myśli. I żyć – codziennością. Zachwyciły mnie ostatnio chmury nad miastem, a w biegu nie zdołałam ich uwiecznić – wyglądały jak góry, białe na bladym niebie i monumentalne. Tylko nad wodą, nie wyżej. Trzeba było wdechu, żeby się przyjrzeć.

Pożegnałam trzy osoby, Grega – entuzjastycznego wolontariusza, przyjaznego admiratora kolei i tramwajów.

Natalia. Jej narodziny dla nieba. Zaskoczone. W basenie, po ataku. Smutek niemożebny. I wspomnienia odżyły. Dzielnej, młodej, bystrej i pięknej dziewczyny. Rysującej, malującej, projektującej. Czytającej i odwiedzającej mnie w bibliotece z mężem we środy. Bliskiej nie tylko przez podzielone urodziny z Anią. Później nasze drogi rozjechały się nieco. Ale widziałyśmy się w sieci. Byłyśmy w swojej przestrzeni. I ta wiadomość o odejściu. Tak nagłym. Tak przypadkowym. Tak napawającym zdziwieniem. Lękiem i gniewem.

I akcja kolista. Ulotka do konsulatu nabrała nowego sensu. A pożegnanie przy trumnie, gdy cała w ulubionych czerwieniach wyglądała jak przepiękna figura z brązu, gdy bliscy nie potrafili pożegnać się wciąż zdziwieni – przejęło mnie pragnieniem życia. Przetańczyłam z Serbami wesele. Zachwyciła mnie serdeczność Bliskich Innej Natalii. Ich kroki, tańce, bębnista gładzący z namaszczeniem swój kołnierz drewnianym drążkiem po uderzeniu. Ich ślubne korony. Sens życia jednej Natalii po pożegnaniu Innej. I narodziny w Ich imionach.

Pożegnałam Pana Stefana, zaproszona przez Jego synową, bliską mi Iwonkę, który kojarzy się z dobrymi czasami po przyjeździe do Stanów i swoim pogrzebem pozwolił nam bezsłownie się spotkać i przekazać sobie znak pokoju. Ile znaczeń.

Ostatnio zbliżam się z J., siostrą w niedoli. Podobieństwa sytuacji, rady, wspieranie. Spadła mi z nieba. Pomagamy sobie wzajemnie. Dobry kontakt. 

Przyjaciele nadchodzą falami, niektórym przejadłam się jak serial bez zwrotów akcji, nie narzucam się. Pamięć cieszy, ale w granicach spokoju. 

Rytm dnia z czasem na modlitwę, chłopców, ogród, gotowanie i pracę. Staram się przydawać. Bywam także okolicznikiem miejsca i czasu. Słucham moich prywatnych koncertów nagranych jedynie sobie. Zdarza mi się siedzieć z Kimś bliskim i przejść ze słuchania muzyki w śpiew na głosy. Warstwowanie i słuchanie się śpiewając, wchodzenie w tę samą ścieżkę z uśmiechem jest klasą samą w sobie. A teraz jeszcze wieczorami grają świerszcze, słychać szczekające psy, samoloty, lato się żegna i jest tak jak „we wtorek w schronisku po sezonie”.

W ramach terapii śpiewam sobie ukochane teksty wcielając się głosem w podkłady moich ulubionych bardów. To rodzaj nobilitacji. Wybieram. Nagrywam. Zachowuję. Studium oddechu i walki z astmą.

https://ising.pl/nagranie/ec30rjrbpq7,Grzegorz_Turnau-Naprawde_nie_dzieje_sie_nic

Nie mogłam już znieść powiększających się zmian na moich powiekach, podobnych jak u M. Niepokoiły, w nocy bezwiednie pocieram bowiem powieki, zgrzytam zębami, jestem inną sobą. Zamalowywanie nic nie dawało – trudno mi było spojrzeć w oczy bez wyłapywania tej anomalii. I umówiłam się ze znajomym chirurgiem aby dostrzec nowy horyzont. Alusia zawiozła, Tomek mi towarzyszył, okiełznałam lęk, choć wszystko składało się na to, aby nie pojechać, zrezygnować.

Ale miła rozmowa w gabinecie, uścisk pewny, światło pod powiekami cytrynowe i jasne, ukłucia precyzyjne, takież szwy, rozmowa o rewolucjach, delikatności skóry, precyzji cięć. Nie zdawałam sobie sprawy, że człowiek na powiekach goi się piękniej niż na plecach. Że najciekawsze są operacje oczu i nosa, a brzuchów banalne. Przypalana skóra przywiodła mi na myśl dentystę w Bogorii. I uciskałam, aby nie było sińców. Wieczór spędziłam z filetami morskimi na oczach, bezwonnie układały się idealnie. Koiły. No i rozmowy z Tymi, którzy zechcieli zapytać – jak po. Terapia. W nocy plastry i szwy naciągały nie tak jak nawykłam. Dziś opuchlizna, oczy nie do końca zamknięte, rozmowy z pracą z przymkniętymi oczyma. Widzenie w oddaleniu, skupianie się na dźwiękach i rezygnacja z koncertu. Choć przez dzień cały śpiewałam sobie w porywach. Ale Turkuś muzycznie upiększa mi moje miejsce w domu.

Zobaczę ten nowy horyzont. Tylko opuchlizna zejdzie.

Poczwórny sens

Tyle minęło mnie opisów. Nie oznacza to, że nie istnieją we mnie. Oznacza to tylko, że nie mogę wyzwolić ich pieczątki i przypomnieć sobie tych chwil, żywo przeżyć na nowo. Te zapiski są albowiem dla mnie. Dla Bliskich też. Ale tak naprawdę jedynie ja znam ich czasami poczwórny sens. Im dalej tym mniej tych sensów, tym prościej widać schemat mojego życia i jego zapętleń.

Na palcu siadła mi ważka. Ironii igraszka

Próbuję kochać i żyć miłością. Która jest ponad wszystko. Poszukiwania jej w przejawach świata przynoszą małe radości. Głupotą z mojej strony byłoby drapanie w ranie serca, a jednak swędzi. Podrywam ten strup. Nie daję się niczemu zabliźnić.

Każdy żyje swoim życiem. Każdy ma pogoń, smutek, pęd i choroby. Bliscy daleczą. Boli.

W życiu przyklejamy się do obiektów uczuć. Wszystkim. Skojarzeniami, słowami, tendencjami, muzyką; pielęgnujemy w sobie ten obiekt wygładzając jego braki, małostki, płaskość. Nadajemy takiej osobie swojego sensu.

I tak potrzeba miłości, zgoda i kompromis trwa. Czasami całe życie. Czasami trzydzieści lat.

A później już nie ma o czym mówić. Wypłakane łzy wracają falą. Każde słowo boli.

Co można stworzyć z popiołu?

Serce z wodorostów, grabienie jeziora i walka z brudnym wiatrem. Knaga spokoju

Najważniejsze jest mieć gdzie uciec. Mieć do kogo uciec i z kim. Miejsce się staje oswojone w miarę poznawania.

Rutynowe rytmy roku skłaniają do podobnych reakcji. Deser lata w domu kojarzy się z wyjazdem. Wyjazdem do przyjaciół. Przytuleniem się do siły odśrodkowej jedności ich grupy. Niezmienności rodzinnej. Intencji. Sakramentu.

Wcześniejsza dorosła ucieczka w muzykę z przyjaciółmi czeka na opis. Nadejdzie, jak wiele innych. Narasta falą. Jednak ten spokój wywoławczy, ułatwiający powrót do pisania stanowi twórcze katharsis.

Zawahania, lęk przed zmianą życia, lęk przed reakcją zadaną sobie na lekcję życia w prawdzie podejmowania decyzji i prawdzie cichości serca. Lęk dziecka. Poważna rozmowa o potrzebie lasu, przestrzeni, życzliwości, grupy. Przeniesienie nacisku z ja na my. I odpowiedzialność za siebie. I kompromis. Wzruszenie. Narzucenie siebie jak prosząca wdowa. Zgoda na obecność. I postanowienie radości. Czerpania czegoś dobrego z każdego dnia, z każdej chwili. Użyteczność.

W pracy już parzyły mnie myśli. Ostatnią szansą na odzyskanie spokoju był wyjazd – ucieczka od zmęczenia grantowego, problemów z budynkiem, setek maili. Od sytuacji we mnie. W nas. Zanim terminy zapiszczą jak paznokciem o tablicę. Zanim się zacznie proces. Zanim znów będzie trzeba stawić czoła wodzie. Bezmiarowi wód. I stanąć na roz.

Te wakacje miały smak przedwojenny.

Obóz żeglarski nad jeziorem osobliwości. Literatura kłaniała się przypominając młodość. Tyle starań czwórki przyjaciół Bogdana, Kasi, Darka i Lucynki. Początek i narodziny wielkiego dzieła na lata. Tworzenie schematu, modus operandi, zaplecza, krystalizowanie się potrzeb dzieci, pójście za drogą swojego serca. Dzielenie się talentami. Rzadko kto ma ochotę nauczać swojej pasji. Rzadko zdarza się, że ktoś chce organizować grupowe wyjazdy, aby znajomi i nieznajomi młodzi ludzie mogli skorzystać. Ile przygotowań! Ile zabiegów. Jaka ogromna służba grupie. Przygotowanie zaplecza, wielomiesięczne zakupy laserów, pływaków, lin, materiałów, knag, koszulek, książek, osprzętu. Rozbijanie namiotów, koszenie łąki, wykaszanie lasu, grabienie i czyszczenie jeziora. Nadmiar lilii wodnych, zupełne jego zagrządzielowanie dusiło powietrze w wodzie, i choć malownicze, stanowiły trudność dla pływających. Scena z „Nocy i dni” wielokrotnie przychodziła mi na myśli. I jeszcze świadomość, jak w jednym miejscu poszukiwana piękna i romantyczna roślina, w innym stanowi przeszkodę i zagrożenie. Poznałam nowe narzędzia. Kątową kosę do wycinania wodorostów i lilii i wielkie wodne grzebienie i grabie obsługiwane z canoe. Towarzyszyła im mozolna i powolna praca. Kompost nadbrzeżny. Nauczono mnie odmienności spojrzenia utylitarnego i sportowego na wodę. Widziałam wyschnięte plamy lilii unoszące się na wodzie, które kojarzyły mi się z suchymi gałęziami na moich drzewach wymagającymi piły. Teoria wycinania wszędzie jednaka.

Plan pracy. Plan dnia. Radość tworzenia wspomnień. Wpasować się starałam jak zwykle. Farbami, włóczką. Dobrodziejstwo ich terapii działa nie tylko na mnie. Lubię ludzi. Lubię się przydawać. Przydawka określa mnie najlepiej. Często bez moich starań zupełnie spokojnie by się obeszło. Zdaję sobie z tego sprawę. Ale obcowanie z ludźmi, których cenię i odpoczywanie obok w ich spokoju przyniosło spokój i mi. Brakuje mi dzieci. Tych małych. Ich życzliwości. Ich zainteresowania. Ten nauczyciel we mnie tkwi. A tu okazało się, że są i dzieci młodsze. Nasiąknięte żeglarstwem, mówiące jego podwójnym językiem, chętne, odważne, myślące i życzliwe. Garnące się do wiedzy. Do wspólnego zachwytu farbami, włóczką, kredkami, muzyką, roślinami z lasu, żabami, gąsienicami, węzłami i wodą. Ich żywiołem.

Rodzice przywieźli ich w radości. Kilkoro z nich, znajomych z widzenia, okazało się bliższymi. Anetka od Musierowicz ze swoją rodziną z wyboru, Dorotka z synami, Pani Czesia, jej Mama z tajemnicą dłoni i spojrzenia; cierpiąca, a symboliczna, wnukowie opiekujący się nią. Symbolem się stała naszych rodziców. Rodzice najmłodszej Czwórki. Mama i Babcia Mai. Wieczór szant przed rozpoczęciem obozu był jak przedłużenie festiwalu. Jest radość w śpiewaniu znanych sobie pieśni w nowej grupie. Jest nowa dynamika. I ta polana. Jakże lepiej widzieć ją w tym świetle.

Msza niedzielna w rycie przedsoborowym. Organy z kotłami, które wibrowały. Słowa mądre. Szale szydełkowe modlitewne w stronę których tyle lat dryfowałam moją twórczością wakacyjną. Nagle zaistniały w moim świecie i wzruszyły anielskim znakiem. Otuchą. Nawet te kieszonkowe. Zostawiłam sobie jeden. Noszę go w plecaku.

I ruszyła maszyna. Zgrupowanie, formowanie, ognisko z pogadanką. Wspólna modlitwa. Codzienna. Z pamięcią o rodzinach i o tych, którzy na bieżąco odchodzili: ojcu Józefie Zuziaku, Babci Amelki, Joasi Belon, Marcinie Zielonce. Moje czuwanie przy kominku. Wybór domu przy dzieciach, a nie samotnego namiotu na uboczu. Minimalizacja potrzeb. Rytm dnia.

Kasia jest genialnym mistrzem kuchni, życzliwą opiekunką centrum domostwa. W rytmie różańca z Janem Pawłem II wręcz nie chciała pomocy. Ruchy zaplanowane, każdy z sensem i wyważeniem. Jedzenie smaczne i pożywne. Tomek prosił mnie abym tak nauczyła się gotować. Tak będzie.

Pogadanki poranne i wieczorne z przesłaniem. Rola kapitana. Struktura załogi. Dzielenie się talentami. Mnożenie radości. Bogdan ma wiele talentów. Jednak krasomówczy jest w nich bardzo ważny. Gadane to jedno, a analiza, synteza, dobór słownictwa i docieranie do słuchaczy, życzliwość to insza inszość. No i wszechobecne gazdowanie. Pomysły. Tytaniczna praca. Pokłady całe. I czuwanie nad wszystkim. Kapitan.

Darek ma ogromną cierpliwość, takt i talent uczenia. Pamiętał wszystkie dzieci i ich zaangażowanie, analizował ich poczynania na wodzie i podczas wykładów. Z notatkami przygotowywał się od miesięcy. Nagrałam sobie te opowieści o łodziach, wietrze, w tym nauce pływania czystym wiatrem, aby sobie go nie odbierać i nie pływać brudnym; savoir vivre na wodzie; węzłach przydatnych na całe życie w każdej sytuacji. Nauczyłam się tak wiele, uszeregowałam wiedzę. Podziw wielki i szacunek.

Lucynka pracowała cały czas zdalnie z nieodłącznym komputerem, ale w każdej okazji starała się być przydatna – w każdej dziedzinie. Łatwo nawiązuje kontakty z ludźmi, szczególnie młodymi, jest wspaniałym, współczującym kompanem, refleksyjnym i taktownym.

Młoda kadra: Amelia, Filip, Ignac i Klimek zadziwiali sprawnością, gracją, talentami. Każdy z młodszych chciał nimi być.

I istota. Żegluga. Czas na nią. Przygotowania codzienne, obcowanie z wodą, sterem, żaglem, wiatrem. Nagrywałam filmy poklatkowe leżąc na nowym, pachnącym pomoście. Patrzyłam na taniec żaglówek na wietrze. Pozwoliłam sobie tam być. W całej mojej istocie. Dumna byłam z Tomka, ale i ich wszystkich dzielących się po powrocie wrażeniami. Zachwyconymi. Czułam się jak kronikarz radości. Dzielili się ze mną muzyką. Jeździliśmy razem nad jezioro i na wycieczki. Z kierowcą Ignasiem. Stworzyłam naszą listę ulubionych i polecanych mi piosenek. Każda inna. Każda radosna. Do zdjęć i filmów powracać będę po ten spokój. Rozmowy z Kasią, Mayą, Amelką, Reginą i Misią, Ignasiem, Klimkiem, Filipem, Karolem i Lwem zapadły mi w serce. Zabawy i obcowanie z piątką: Biancą, czyli Białaskiem; Oliwką, Melką, Kubkiem i Tymkiem przyniosły mi wiele radości.

Pożegnania były łzawe. Dzieci motywowane przez Lucynkę i Kasię wręczyły mi laurki. Tańczyły razem. Oglądaliśmy filmy z przesłaniem. Wyprawę Con Tiki, Eddie the Eagle, Mrs. Doubtfire. Jak sposób patrzenia z czasem się zmienia.

I jeszcze w drodze powrotnej nasze Houston zaleczyło problem z chłodnicą.

Nic nie odbierze mi tego tygodnia. Gratuluję z serca i tak samo dziękuję. Pięknie było Was obserwować i być świadkiem tego cudu wspólnoty i sukcesu. Nowi żeglarze wzrastają. Ahoy

Wasza Przydawka

#tatrasailing